Press "Enter" to skip to content

14 edycja „Chińskiego Mostu” – konkursu języka chińskiego

I stało się, już po wszystkim. Trochę ponad trzy tygodnie przygotowań, mnóstwo zjedzonych nerwów i kilkaset powtórzeń dwóch tekstów. Po co? Żeby wziąć udział w czternastej już edycji konkursu, który jest jednym z najważniejszych konkursów w sinologicznym światku. Oczywiście ma on na celu popularyzowanie chińskiej kultury i tak dalej. Finał odbywa się co roku w Chinach i muszę przyznać, że jest dość imponujący: finaliści z całego świata zjeżdżają się do Chin i wykonują powierzone im zadania. Jest ciekawie, a wszystko to transmitowane jest w chińskiej telewizji. Z resztą, zobaczcie:

Tak się składa, że i w Polsce od kilku lat odbywają się eliminacje do tego konkursu. W tym roku organizował je opolski Instytut Konfucjusza. I to nie byle jak: z pompą, oczywiście! Same eliminacje odbyły się w przepięknym zamku (właściwie to pałacu) w Mosznej, kilkadziesiąt kilometrów od samego Opola. Niestety, do teraz nie dostałem zdjęć, które udało mi się zrobić dorwaną przeze mnie lustrzanką, ale chyba nie będziecie mieli problemu z podejrzeniem zdjęć gdzieś indziej w internecie, chociażby na oficjalnej stronie zamku: tutaj.

Jak to się stało, że w ogóle wziąłem w konkursie udział? Już rok temu było mówione, że coś takiego jest i prawdopodobnie Gdańsk będzie musiał wysłać swoich reprezentantów. Ale ja zawsze uważam, że mój chiński nie jest zbyt dobry: co z tego, że się dogaduję, jak mówię po prostu brzydko? Piekielne tony… No, ale gdy jeden z wykładowców spytał kto chce, uznałem, że spróbuję: przecież nic nie tracę. I tak, jakiś miesiąc przed samym konkursem, dowiedziałem się, że „ok Ke Wei, postanowiliśmy że razem z Marią będziesz reprezentował Uniwersytet Gdański”. I tyle miałem do gadania. Dostałem za to stos kartek z pytaniami związanymi z językiem chińskim, kulturą i współczesnymi zagadnieniami z Państwa Środka. Trochę ponad 250. Niektóre proste, niektóre totalnie durne, bo co mnie obchodzi pierwsza chińska kobieta w kosmosie? Albo nazwy firm petrochemicznych. Uczyłem się pilnie.

Pozostałymi częściami konkursu była przemowa (jako, że wypada siedemdziesiąta rocznica zakończenia II wojny światowej, powinno się w niej podkreślić znaczenie pokoju na świecie), a także jakaś forma chińskiej sztuki. Nie śpiewam, nie tańczę, nie gram na instrumencie. Malować też nie potrafię. Zostały mi formy mówione: szybko wybrałem coś w stylu naszego stand-upu, czyli skeczu kabaretowego mówionego przez jedną osobę. Czas leciał nieubłaganie szybko, a ja nadal nic nie umiałem. W ostatnim tygodniu się zawziąłem (nawet odpuściłem sobie majówkę w Mławie) i opanowałem wszystko na „mniej-więcej”, bo do ostatniego dnia nadal popełniałem błędy w obydwu przemowach. Ale to nic.

Z Gdańska wyruszyłem pociągiem do Warszawy, razem z wykładowcami. W Warszawie niestety mnie opuścili, bo mieli jakieś sprawy w ambasadzie i sam pojechałem do Opola, gdzie spotkałem się już z Marią, a następnie dojechali wykładowcy. Chwilę później już siedzieliśmy w samochodzie i jechaliśmy do Mosznej. Jej, jaki ten zamek jest piękny. Naprawdę, zachęcam do wygooglowania większej ilości zdjęć. Sam apartament w którym przyszło mi mieszkać z trzema innymi chłopakami był wspaniały: ponoć największy i najbardziej luksusowy w całym kompleksie. Była nawet łoże z baldachimem i fortepian!

Dotarliśmy prosto na kolację, a po niej jeszcze trochę powtarzania i spać, bo przecież na drugi dzień o 11-stej konkurs. Z rana wskoczyłem w garnitur (cholera, przytyło mi się, ledwo się dopiąłem!), zszedłem na dół do kaplicy w której miejsce miały nasze sinologiczne zmagania. I… zaczęło się. Uważam, że poziom był dość wysoki, zwłaszcza że większość startujących spędziła w Chinach już jakiś czas. Przemowy w gruncie rzeczy były podobne. Każda osoba chwilę później, musiała odpowiedzieć na zestaw pięciu pytań. Ja, z numerem jedenastym czekałem niecierpliwie na swoją kolej odpowiadając po cichu na pytania reszty. I wiedziałem, że kiedy przyjdzie mój czas, nagle wszystko zapomnę. Nie było tak źle: przemowa ponoć udała się bardzo dobrze, a w pytaniach wyłożyłem się tylko na jednym, bo zapomniałem przez które prowincje przepływa Rzeka Jangcy. Ale to nic.

Po obiedzie przyszedł czas na część artystyczną. Tutaj różnorodność była ogromna: był chiński rap, piosenka, granie na instrumentach (zarówno chińskich, jak i tych uznawanych za „nasze” jak fortepian czy skrzypce), opera pekińska, a dwóch uczestników wzięło się nawet za malowanie! I muszę przyznać, że bardzo ładnie to wyszło. Mój 单口相声 (dankou xiangsheng, bo tak nazywa się ta forma sztuki) był dość odważny. Temat na jaki mówiłem zaskoczył chyba każdego: otóż opowiadałem historyjkę, jak to otworzyłem firmę z toaletami. Druga część opisywała moje „doświadczenia”, kiedy to zjadłem coś nieświeżego i szukałem toalety gdzieś na południu Chin. Pamiętajcie, że podejście mieszkańców Państwa Środka do fekalnych tematów jest dużo bardziej liberalne niż u nas i nie jest to temat tabu!

Potem już tylko najdłużej oczekiwany moment: ogłoszenie wyników. Właściwie chwilę przed już wiedziałem, że nie wygrałem, bo jeden z nauczycieli szepnął koledze do ucha rezultaty. Ale to nic, okazało się, że dostałem wyróżnienie, a w nagrodę kurs językowy w Zakopanem w wakacje i głośnik na bluetooth. Cóż, może do Chin nie pojadę (uczestniczyć może 1-wsze miejsce, a zdobywca drugiego jedzie jako obserwator), ale i tak nieźle. Tym bardziej, że uczę się tylko dwa lata, a i czasu na przygotowanie miałem mało. Za rok spróbuję na pewno, ale muszę wymyślić jakąś formę sztuki, która bardziej spodoba się jurorom, bo ponoć samo kłapanie jęzorem nie robi na nikim wrażenia. Może faktycznie zaśpiewam coś z opery pekińskiej? Będę do tego potrzebował kogoś, kto zagra mi na garnkach, dla lepszego efektu ;) :

 

Jeśli ktoś z uczestników czyta Worek Ryżu, to nieważne, czy zdobył jakieś miejsce czy nie: niech wie, że z całego serca gratuluję, bo wiem, że nie jest to łatwy kawałek chleba! Jeśli zaś jest tu ktoś, kto się chińskiego uczy i wahał się, czy wziąć udział: jedźmy razem za rok!

Czy jestem zadowolony i jak oceniłbym imprezę? Jasne, że jestem zadowolony. Tak, oczywiście: liczyłem na to, że wyjdzie mi lepiej, ale… przecież za rok też jest jeszcze szansa, a wtedy już nie będę brać jeńców! Samo mieszkanie w luksusowym apartamencie i takim pięknym zamku było wspaniałe! I nowe znajomości oczywiście! Nie mogę już się doczekać kolejnego wydarzenia podobnego do tego.

A tu filmik:

 

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline