Press "Enter" to skip to content

8 rzeczy, których NIE CIERPIĘ w Pekinie

Mieszkam w Pekinie łącznie ponad dwa lata, więc czas trochę ponarzekać. Przecież życie w Chinach, poza pewnymi zaletami, ma też mnóstwo wad. Będzie kilka obleśnych przykładów (ale bez zdjęć, spokojnie), więc osoby co wrażliwsze proszone są o zastanowienie się. Już? To zapraszam do mojej listy.

1.    Pogoda

Taaa… Pekińska pogoda jest dla mnie chyba najgorszą rzeczą w całym mieście. Zacznijmy od zimy – niby temperatura nie jest niższa od temperatury w Polsce, ale jest dużo zimniej. Wszystko przez ten cholerny wiatr wiejący od strony Mongolii Wewnętrznej. Nieważne jak grubo się ubierzesz, nieważne ile warstw na siebie założysz, przemarzniesz do kości już po kilku chwilach.

Do tego zimna dodajmy jeszcze to, że powietrze jest suche niczym pieprz (syczuański, hehe), że po jakimś czasie skóra, zwłaszcza na dłoniach, odmawia posłuszeństwa i robią się w niej takie małe bruzdy. Aha, o śniegu raczej można zapomnieć. W tej suchocie nie ma nawet wystarczającej ilości wody do uformowania chmur, a mi się śniegu zachciewa. Jeśli już spadnie, co dzieje się od wielkiego dzwonu (czyli nie w tym roku), to jest go tyle co kot napłakał i za chwilę go nie ma. Ale zabawnie jest widzieć jak wszyscy tłoczą się przy oknach i kręcą filmy albo robią zdjęcia, przynajmniej jakby objawienie widzieli.

Myślicie sobie, że pewnie latem jest lepiej, co? Otóż nie. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do piekarnika i się tak spokojnie grillujecie. Jak wiatr zawieje, to czujecie się jakby ktoś dodatkowo włączył funkcję termoobiegu. Przemykacie więc tylko od jednego klimatyzowanego pomieszczenia do drugiego. A że wielu ludzi nie potrafi dobrze używać klimatyzacji, to łapiecie zaraz przeziębienie. Na dworze 34, w pomieszczeniu 18. Ile to ja razy szedłem na zajęcia i kląłem pod nosem, bo Indonezyjczycy przychodzili w swetrach, a ja, uznając że jest gorąc, to przecież nie muszę. Every F* time.

Pogoda da się lubić wiosną, kiedy nagle wszystkie kwiaty rozkwitają na raz i jest przepięknie. Serio, spędzając tu pierwszą wiosnę, po ujrzeniu pięknych magnolii na kampusie, chcieliśmy z kolegami sprawdzać czy nikt ich w nocy nie dokleił – zakwitły wszystkie na akord. Z tym doklejaniem to wbrew pozorom nie jest wcale jakiś głupi pomysł z naszej strony. Skoro drzewa przesadzają w zależności od pory roku…

2.    Odległości

Pekin jest OGROMNY. Z resztą, całe Chiny są ogromne. Miałem kiedyś znajomych w dzielnicy Shunyi – żeby tam dojechać, trzeba było tłuc się bite dwie godziny metrem, a potem jeszcze przejść solidny kawałek pieszo.

Czytałem kiedyś bardzo ładny artykuł, w którym autor wysnuł tezę, że bycie z osobą mieszkającą w innej dzielnicy spokojnie można nazwać związkiem na odległość. W ekstremalnych warunkach, mamy do przejechania 220 km (bo tyle można praktycznie przejechać od południa do północy granic administracyjnych Pekinu. Nawet więcej, ale przyjmijmy to za taką średnią). W normalnych, jeśli nie mówimy o terenach wiejskich należących do Pekinu, pewnie jakieś 50.

Cóż, jedno z największych miast na świecie, to i rozmiar musi mieć spory.

3.    Komunikacja miejska

Yup, tak jak powiedziałem wyżej – Pekin jest OGROMNY. Bez dobrej komunikacji miejskiej ani rusz. I nie mogę się spierać, tutaj wcale nie jest źle, ale i tak nie cierpię jeździć autobusem, ani metrem. Dlaczego? Jest kilka powodów.

Pierwszym z brzegu jest to, że nie ma rozkładu jazdy. Na przystanku jest tylko wykaz przystanków danej linii i godziny odjazdu z zajezdni (sic!) pierwszego i ostatniego autobusu. Nic więcej. Możesz iść na przystanek i stać pół godziny, a nic nie przyjedzie. A potem przyjadą trzy takie same autobusy pod rząd (tak, serio, zdarza mi się nader często). Bo dlaczego nie, przecież nie ma godzin odjazdów. Metro co prawda nie ma rozkładu jazdy do wglądu, ale na telewizorach na stacjach widać kiedy przyjedzie następne. Do tego więc się nie przyczepię.

Kolejna rzecz – większość Chińczyków nie przepuści ludzi wysiadających, jeśli stoi w drzwiach. No po prostu nie i kropka. Stoi taka święta krowa na środku i nawet się nie spróbuje lekko przytulić do ściany, żeby było łatwiej.

Większość z mieszkańców Pekinu nie uznaje też wsiadania do wagonu po opuszczeniu go przez ludzi chcących wysiąść. Trzeba więc walczyć na dwóch frontach – żeby w ogóle móc wyjść, a także nie zostać wciągniętym razem z tłumem wsiadających. Bardzo często stojąc przy drzwiach po prostu wychodzę z wagonu bądź autobusu, wypuszczam wszystkich za mną i wsiadam. Patrzą wtedy na mnie jak skończonego kretyna. Ale od czasu do czasu widzę, jak na twarzach niektórych z nich maluje się zrozumienie i na następnym przystanku też tak robią (!). Da się więc. Niestety, w większości pozostają twarde łokcie i barki.

Ostatnią, najbardziej ohydną sprawą jest to, że wielu ludzi nie może się pochwalić higieną jamy ustnej na najwyższym poziomie. Czasem stojąc tyłem do jakiegoś Chińczyka nadal wstrzymuję się od wymiotów. Bo smród jest taki, że idzie zemdleć. W Polsce mamy zapach żuli i potu, kiedy tylko ludzie przestają nosić kurtki, a tutaj smród chińskich zębów. Nie wiem co gorsze.

Kolejka do stacji przy dworcu w Pekinie

4.    Kraina pawia

Wiecie co rzuciło mi się w oczy pierwszego dnia mojego pobytu w Pekinie w 2014 roku? Poza smogiem, to za łatwe. Wymioty. I nieprzerwanie od tych kilku lat jak tutaj siedzę, nie mogę zrozumieć jednej rzeczy – dlaczego Pekin jest tak konkretnie naznaczony rzygami? Idąc z rana na przystanek autobusowy nie sposób nie przejść przy przynajmniej dwóch-trzech miejscach, przy których ktoś miał wyraźny problem z żołądkiem.

Wiele mówi się o problemach z higieną czy świeżością w restauracjach czy na stoiskach ze street foodem, ale… Nigdy, ale to nigdy nie miałem problemu, żeby zwrócić na ulicy. Może mam żelazny żołądek, a może to nie to… Może Chińczycy po prostu jedzą tak dużo, że nie mogą utrzymać wszystkiego w trzewiach? Nie wiem w sumie czy chcę wiedzieć. Niemniej, Pekin mógłby być bardziej ozdobiony – feniksami i smokami, a nie pawiami.

No właśnie, Wasze komentarze przypomniały mi o jeszcze jednym zjawisku, które pasuje tutaj. Charkanie gdzie popadnie. Przez każdego człowieka, każdej płci i wieku. Nie mam pojęcia z czym to jest związane, ale Chińczycy PLUJĄ. I to nie tak, że przechodząc obok trawnika spluną na trawę. Nie. Potrafią pluć w publicznej toalecie na podłogę czy na ścianę, a nawet w tunelu metra. Możliwe, że jest to spowodowane ilością smogu w powietrzu. I najgorszy widok jest wtedy, kiedy widzi się śliczną dziewczynę, a następnie usłyszy się to charakterystyczne „CHRRRRRRRR”. Brrr. Aha, przechodząc kiedyś pod jednym z bloków ze znajomymi o mało co nie mieliśmy takiego charka na głowie, bo przecież z balkonu z piętnastego piętra też można.

5.    Demolka albo Wielki Mur

W Chinach w większości wypadków nie przykłada się wagi do starych budynków. Jeśli ktoś już określi część miasta „starówką” i ją odremontuje, to jest pięknie. Ale jest pełno starych budynków, o których uczymy się podczas zajęć chińskiego, a wyparowują one właściwie z dnia na dzień. Chodzi tu chociażby o symbol architektury chińskiej (właściwie pekińskiej czy północnochińskiej) – siheyuan, czyli posiadłość otoczona murem, która ma wewnętrzny dziedziniec. Najczęściej parterowa. Kilka razy pisałem i hutongach – to właśnie pomiędzy siheyuan przebiegają hutongi – wąskie uliczki.

Wszystko zastępowane jest ogromnymi blokami mieszkalnymi. Deweloper lokuje wszystkich dawnych mieszkańców w jednym bloku, a reszta mieszkań jest na sprzedaż. A ceny tychże w Pekinie są ogromne. Kilka milionów juanów to wcale nie jest wygórowana cena.

I tak znikają te najlepsze, najpyszniejsze restauracyjki, wyparowują nagle przybytki, w których dotychczas codziennie jadłem malatang czy baozi. I nie jest to wcale miłe uczucie.

Drugą opcją, która śmieszy i wpienia jest stawianie murów. Nie wiem, może w Chinach i światopoglądzie Chińczyków nie zmieniło się nic od czasu epoki budowy Wielkiego Muru, ale oni nadal to lubią. Mam taką uliczkę, którą często chodzę. Było przy niej pełno takich małych, brudnych sklepików, restauracyjek i innych przybytków. Pewnego razu, przed XIX zjazdem KPCh… Wszystkie sklepiki zostały odgrodzone murem. Dosłownie przed ich wejściami postawiono mur. Ale nie tak, żeby je zagrodzić całkowicie, o nie. Przed schodkami zostawione jest jakieś pół metra, żeby można było się do nich dostać. Mur ma też kilka „wyrw”, dzięki czemu można spokojnie wejść za niego i przejść się do wybranego stoiska. Myślę więc, że mury w tym wypadku mają zakryć to, czego władza nie chce pokazać – biedne osiedla czy sklepy.

6.    Morza rowerów

O rowerach pisałem już dużo. Na blogu głównie w kwestii zalet, na fanpage’u wrzucałem często zdjęcia całych złogów rowerowych. I tak, pomimo że ogólnodostępność rowerów miejskich jest ich ogromną zaletą, jest też ich ogromną wadą, bo blokują przejścia gdzie się tylko da. O tym możecie przeczytać we wpisie o rowerach – wiedzcie tylko, że kocham je tak samo bardzo jak ich nie cierpię. Zwłaszcza, kiedy kilka z rzędu okazuje się zepsutych, nie można podwyższyć siodełka. Albo kiedy ciągniesz za sobą ciężką walizę w tym wąskim korytarzu rowerowego labiryntu.

Rowerowa góra

7.    Umierający street food

Nie ma nic lepszego niż zjedzenie sobie pysznego jianbinga, shouzhua binga albo kaolengmian podczas powolnego spaceru wśród zatłoczonych chińskich uliczek. WRÓĆ, nie było. Nie wiem, czy to tylko moje wrażenie, ale od jakiegoś czasu mnie ono męczy – otóż… w Pekinie coraz mniej jest stoisk czy wózków z różnego rodzaju jedzeniem ulicznym.

Większość budek ze street foodem nie spełnia żadnych norm sanitarnych, nie uświadczymy tam zakładania rękawiczek dla każdego klienta osobno, ba, nawet pieniądze podaje się tu tą samą ręką, która zaraz dorzuci do placka cebuli.

Rozumiem doskonale, że kraj zaczyna z tym walczyć, żeby poprawić wizerunek i żeby zachować jakieś normy, ale… Brakuje mi street foodu. No może oprócz smrodu śmierdzącego tofu, ale za tym nigdy nie przepadałem.

Walka z ulicznymi sprzedawcami jedzenia przypomina trochę walkę z wiatrakami. Jeśli się ich widuje, to stoją oni w tym samym miejscu. Czasem nie widuje się ich w ogóle, a tam gdzie powinni być zaparkowany jest policyjny wóz. Po takiej kontroli wszystko wraca do normy. Przynajmniej kiedyś zawsze wracało, bo tak jak mówię, ulicznego żarcia jest coraz mniej.

Pani przygotowująca kaolengmian

8.    Wyłączanie ciepłej wody

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że mieszkacie w akademiku i nagle we wrześniu uczelnia postanawia zająć się naprawą rur. Na dworze jest jeszcze dość ciepło, ale przez remont rur możecie wykąpać się tylko od siódmej do ósmej w ciągu całego dnia. A wiadomo, jak wszyscy się rzucają do kąpieli, to instalacja nie nadąża i albo ciśnienie jest bardzo słabe, albo po prostu gorącej wody nie wystarcza dla wszystkich.

Problem trwa i trwa i trwa. Tak przez miesiąc. Niedługo listopad, a za oknem coraz zimniej. Właściwie to fajnie byłoby się ogrzać po wieczornych zajęciach, które trwają do 21:25, ale przecież minęła już godzina kąpieli, ogrzewanie jeszcze nie jest włączone, więc zostaje tylko picie dużej ilości gorącej wody (jakież to chińskie). Nagle woda wraca, wszyscy są szczęśliwi.

Jest już grudzień, temperatury w nocy spadają grubo poniżej zera, aż nagle, w losowym momencie uczelnia wyłącza gorącą wodę. I ogrzewanie, bo to przecież jeden system. I tak kilka razy w miesiącu. Zwariować idzie.

I nie, to nie jest wyolbrzymianie – w 2017 roku takich zdarzeń było aż nadto. Chociaż nic nie przebije mojego pierwszego roku magisterki tutaj – dwa bite miesiące nie było ciepłej wody. Od końca września do końca listopada. Świetnie. Nie cierpię tego akademika.

 

Uff, dość. Na pewno jest jeszcze więcej rzeczy, które doprowadzają mnie do czerwoności, ale te chyba najbardziej. I najczęściej potrzebuję po prostu resetu w Polsce. Chociaż ten ostatni, świąteczny, średnio pomógł… I żeby nie było, że leję bezpodstawny hejt. Mimo tego wszystkiego, ja nadal lubię mieszkać w Pekinie. Ba, podoba mi się tu! Może ja już pójdę się wykąpać, bo jeszcze wodę wyłączą. Dobranoc!

Komentarze

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline