Press "Enter" to skip to content

A gdyby tak pójść na karaoke…?

Środek tygodnia minął, ja na śpiewaniu byłem już dobre kilka dni temu, a notki jak nie było tak nie ma. Przepraszam, jakoś leń mnie złapał i nie robiłem właściwie nic konstruktywnego. No, może czasem się trochę pouczyłem. Co u mnie? W sumie to nic, na zajęciach jak było tak jest, po egzaminach zawsze czuję się trochę rozprężony więc właściwie jest okej.

Ale co ja będę pisał o tym. Przejdę od razu do rzeczy: dzisiejszą notkę poświęcę sobotniemu wypadowi na karaoke (albo „KTV”, jak nazywają to tutaj chińczycy, bo „卡拉OK [kalaOK]” jest podobno terminem przestarzałym). Nie jestem stałym bywalcem takich imprez: wszyscy wokół zawsze mówią mi, że lepiej żebym nie śpiewał w towarzystwie, jeśli nie chcę, żeby ktoś stracił słuch. I się tego trzymam, chociaż sam bardzo lubię sobie pośpiewać.
No, więc w Polsce, karaoke zawsze kojarzyło mi się z wyjściem do pubu, radosnym piciem alkoholu i przy okazji śpiewaniu największych szlagierów, polskich lub zagranicznych. Nie tylko w studenckich pubach istnieje tradycja, że śpiewający dostaje kupon na darmowe piwo po wykonaniu piosenki.
W Chinach jest inaczej, przynajmniej z tego, co udało mi się zobaczyć ostatnio, ale od początku. Umawialiśmy się z koleżanką na to wyjście już od jakiegoś czasu. Ciągle nie byłem zbyt przekonany, coby iść i publicznie sprawiać, że ludziom krwawią uszy, ale chińska koleżanka zapewniała, że na pewno będzie super. No i się zgodziłem. Dziwną tylko rzeczą była godzina. 10.30 (którą potem zmieniła na 11.30).
Tak więc o 11.30 spotkaliśmy się na kampusie w liczbie sześciu osób: trójka Chińczyków, dwójka Polaków i jeden Japończyk. Mieszanka wybuchowa? Jak najbardziej. I poszliśmy. Po podjechaniu jednego przystanku autobusem, weszliśmy do sporego budynku i zjechaliśmy windą. Tam, bramka sprawdzająca czy nie wnosimy metalowych rzeczy, ochrona prawie jak przy wejściu na Tian’Anmen, sprawdzili też chłopakom plecaki. W głównym holu przepych i kicz: wielki, kryształowy żyrandol, fałszywy, długi na 2 metry kominek (nie dawał ciepła a się świecił!) i takie tam.

Weszliśmy do niewielkiej salki, w której była spora kanapa na jakieś 10 osób, dwa duże telewizory na ścianie, kilka paneli kontrolnych i tak dalej. Na środku stał mikrofon, też stylizowany na profesjonalny. I tak, Chińczycy wybrali najpierw sobie jakieś piosenki, ja z Magdą postanowiłem się przypatrzeć na początek. Na mikrofon nałożono jeszcze jakiś efekt, że wszystko brzmiało jak na jakimś koncercie.

Po kilku piosenkach przyszła kolej na nas, bo Japończyk też już zdążył trochę pośpiewać. Niezbyt wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać, więc przeglądaliśmy listę zagranicznych wykonawców (niestety, po chińsku jeszcze nie zaśpiewam, bo znaków tak szybko nie przeczytam). Poszły najróżniejsze piosenki, począwszy od „Pink” Aerosmith, przez „One Step Closer” Linkin Parku, kończąc nawet na „The Fox” Ylvisa. Niektóre piosenki wychodziły gorzej, niektóre lepiej. Najlepiej wyszły mi chyba „Lips of an Angel” i „Better than me” zespołu Hinder, ale to dlatego, że chyba najbardziej jestem z tymi utworami związany emocjonalnie, jakkolwiek by to nie brzmiało. Brakowało mi kilku tytułów, mimo że wykonawców odnalazłem („Amazing” Aerosmith, czy „Bodies” Drowning Pool). Nie było też nic polskiego, a i po francusku znalazłem tylko jedną piosenkę („Alors on danse” Stromae). Co do chińskiej muzyki: zamieszczam dwa utwory, które zapamiętałem: pierwszy śpiewaliśmy wszyscy, bo znałem go trochę z zajęć, a drugi… brzmiał przecudnie w wykonaniu naszego Wyspiarza.
Na wszystkim zeszło się nam do 17! Tak, przez blisko 5h śpiewaliśmy najróżniejsze piosenki. Najbardziej zaskoczył nas Japończyk, który potrafił zaśpiewać większość piosenek tak wysoko, że właściwie nie byliśmy w stanie odróżnić czy to on, czy po prostu ktoś włączył wokal w podkładzie, gdy śpiewał partie kobiece. Taka forma karaoke strasznie mi się spodobała, bo słuchają mnie tylko znajomi i nie muszę się aż tak wstydzić, a zawsze ktoś może pomóc (są trzy mikrofony, więc bez problemu żadnego można śpiewać we trójkę.
Po pięciu godzinach głośnej muzyki, zawodzenia i wygłupów, aż rozbolała mnie głowa, a reszta była zmęczona, więc postanowiliśmy jeszcze zjeść wspólnie jakiś obiad. Wyszliśmy, a tam zaskoczenie: wiatr wiał, jakby zaraz miało się zebrać na burzę, ale na szczęście nie padało. Ale było chłodno. Prawie nawet zrezygnowaliśmy z wyjścia, ale jednak się przemogliśmy i zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca.
Po kilku nieudanych próbach w różnych lokalach, trafiliśmy do restauracji sygnowanej nazwiskiem Towarzysza Mao. W środku wystrój całkiem ciekawy: rewolucyjne hasła typu „不吃辣椒不革命” [dosłownie: bez jedzenia ostrych papryczek nie ma rewolucji; z tego co wyczytałem, to Przewodniczący Mao uwielbiał jeść pikantne jedzenie. Ja też je lubię. Kelnerki ubrane były w mundury (na jednym ze zdjęć widać właśnie kelnerkę z lokalu).
Co jedliśmy? Trochę warzyw, do tego potrawa, która w konsystencji była trochę galaretowata, ale okazała się po gotowanym na parze boczkiem. Smaczne, ale wręcz rozpływało się w ustach. A potem dwie ryby w dwóch różnych smakach, na ostro. Nie przepadam za rybami, a krew mnie zalewa jak muszę je jeść pałeczkami, ale powiem, że nie było tak źle. Do tego coś słodkiego: w menu nazwano to „słodkimi pierożkami”, ale były to kulki z jakiegoś ciasta ryżowego w zalewie. Na gorąco. Przepyszne, chociaż wygląda dość… „ciekawie”. Sami zobaczcie.
Po tym wszystkim można było w końcu udać się na upragniony spoczynek i odpoczywać całą niedzielę (bądź też nadrabiać zaległości). W tygodniu praktycznie nic się nie działo, poza tym, że po zajęciach ćwiczyliśmy zespołowe skakanie przez skakankę, bo jutro mamy jakieś zawody. Niestety, nie poskaczę, bo oddelegowali mnie do przeciągania liny, razem z Kazachami (bo każdy z nich to kawał chłopa, a ja też, w porównaniu do większości ludzi tutaj, chuchrem nie jestem). Przepraszam Was, że dzisiaj ze zdjęciami tak ubogo, na KTV było dość ciemno i aparaty nie wyrabiały, a po fleszu niestety już tak ładnie to wszystko nie wyglądało.
Jeżeli jutro będzie o czym pisać, to napiszę, jak nie, to spodziewajcie się wpisu w sobotę bądź niedzielę, bo w weekend ruszamy do parku mniejszości etnicznych: będą pokazy, występy i w ogóle. Mam nadzieję na dobrą i edukującą zabawę. Cześć!

Komentarze

3 komentarze

  1. fantasmagorja
    fantasmagorja 2014-05-09

    co Ty gadasz, jesteś urodzonym showmanem, przed oczyma mam jak śpiewasz, na scenie mdku, 'ewrytiiiiing'!

  2. […] po naszemu, karaoke, choć nie do końca w Chinach wygląda to tak, jak u nas. Pisałem o tym tutaj). W piosence warto zwrócić uwagę na refren: śpiewany trochę w stylu tradycyjnej chińskiej […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline