Press "Enter" to skip to content

Autostopem do Chorwacji cz. 2 – Słowenia jest piękna!

Dzisiaj druga część autostopowej wyprawy. Dokąd jedziemy? Najpierw staramy się wydostać z Austrii, co łatwe nie będzie, a autostopowanie nie zawsze wiąże się tylko z przyjemnościami. Kolejny dzień pozwoli nam za to spojrzeć na… przepiękną Słowenię i atak potworów z kosmosu. No dobra, to tylko ślimaki.

Dzień trzeci: dzień, w którym zaczęły się schody

Od Michała wyszliśmy dość późno, bo dopiero koło dziesiątej (rano oczywiście!). Wcześniej jeszcze śniadanko i kawka, a potem od razu z buta na wylotówkę. Niedaleko, bo mieszkanie znajduje się w południowej części miasta, czyli idealnie dla nas. Po jakichś dwudziestu minutach marszu dotarliśmy do stacji benzynowej, na której próbowaliśmy zatrzymać kogoś przez godzinę. Niestety, szybko przyszło nam zderzyć się z rzeczywistością i zobaczyć, że jeśli Austriacy w ogóle na nas (i naszą ogromną tabliczkę) spojrzą, to w większości przypadków patrzą z politowaniem, zamiast się zatrzymać. Czy chociażby uśmiechnąć.

DSC_0061

Tak, głupi uśmiech czy pomachanie do autostopowicza potrafi nastroić go pozytywnie, nawet jeśli się go nie weźmie. I milej się stoi, widząc że ludzie reagują dobrze na takich dziwnych przybyszów, którzy chcą spełniać marzenia i jechać tam, gdzie się uda.

…Ale tutaj tak nie było. Przez długi czas nic. Uznałem, że jesteśmy za bardzo w mieście i powinniśmy iść dalej, odsiać te samochody, które skręcają jeszcze gdzieś w obrębie miasta. Kolejna stacja była jakieś 2km dalej. Ale to nic, był poranek, my byliśmy wypoczęci, nie ma problemu. Na kolejnej stacji poprosiliśmy o dolewkę wody (kupiliśmy dwie butelki 1,5l, ale w upale schodziła jak… woda ;) i zaczęliśmy łapać, tym razem w słońcu, bo nie było drzew, które by nas przed nim osłoniły. Po jakimś czasie opracowaliśmy system zmianowy: jeden siedział pod tablicą z cenami benzyny, a drugi łapał. Ewentualnie ten co siedział, pytał na stacji. Zagadałem raz nawet jakiegoś Chińczyka. Ale powiedział, że skręca za 20km i nic nam to nie pomoże. Ale był miło zaskoczony, że jakiś białas przemówił w jego języku.

DSC_0069

Po kolejnej godzinie czekania zobaczyliśmy samochód z dwoma chłopakami w środku. Jeden zaczął się szczerzyć i pokazał nam tabliczkę z napisem „GRAZ”. Zupełnie jak nasza! Okazało się, że też jest autostopowiczem i też jedzie w tamtą stronę, a kolega który go zabrał, zgodził się wziąć i nas, na stację benzynową, z której szybko coś złapiemy. Nie mogliśmy przestać dziękować: sytuacja wyglądała dość beznadziejnie (i tutaj od razu uprzedzę „prawdziwych autostopowiczów”: tak, wiem, że 2h to żaden problem, ale piszę to z perspektywy człowieka, który wyjechał w ten sposób pierwszy raz w życiu. Na dodatek za granicę). Swoją drogą, kierowca powiedział nam, że skoczył do Wiednia tylko po łuk i strzały, bo chce sobie postrzelać. Fajne hobby, też bym chciał.

Wysiedliśmy na stacji benzynowej w kierunku Graz. Miała ogromny parking. Dołączyła do nas trójka innych autostopowiczów. Narodowościowo, rozłożyło się to tak: dwóch Polaków, dwóch Ukraińców, jedna Chorwatka i jeden Rumun. Adrian z Rumunem poszli napełnić butelki z wodą (ach, ta pyszna Kranówka Zdrój), nasz dotychczasowy kompan nie próżnował i poleciał od razu pytać ludzi. Pierwszy samochód na numerach z Graz okazał się strzałem w dziesiątkę. Kierowca rzucił, że może zabrać cztery osoby. Ukrainiec powiedział tylko, że kobieta ma pierwszeństwo, więc wziął ze sobą ją i jej chłopaka. Ja z Adrianem postanowiłem się nie rozdzielać, więc zdecydowałem, że zostajemy. I pojechali, ale ja miałem bardzo pozytywne nastawienie, przecież tamtym udało się praktycznie bez problemu!

…tak bardzo się myliłem. Z każdą połową godziny odechciewało mi się coraz bardziej. Ludzie w większości udawali, że nie rozumieją angielskiego, albo że w ogóle nie kumają o co chodzi. Szczytem chamstwa było zatrzaskiwanie przed nami drzwi, kiedy podchodziliśmy spytać czy nas wezmą. Za jedną z najgorszych rozmów uznałem rozmowę z pewną Czeszką. Brzmiało to mniej więcej tak: „Dobry den, jedziecie na Graz?” – zacząłem rozmowę. „Ne rozumiem” – odparła. „Nie rozumie Pani?” – udawałem zdziwienie. „Nie, nie rozumiem” – odparła. Zwątpiłem i sobie poszedłem. Ech.

Było pierońsko gorąco, a my lataliśmy po stacji jak głupi pytając każdego kierowcy. Polacy albo wracali do Polski, albo byli obładowani, jak zawsze. Udało mi się pomóc Rumunowi. Chciał jechać przez Włochy do Francji. Zobaczyłem ciężarówkę na mławskich numerach, więc podszedłem do kierowcy i spytałem, czy go zabierze. O dziwo zgodził się. Miał chłopak szczęście, my łapaliśmy dalej. W międzyczasie pojawiali się inni autostopowicze. Rosjanin z Sankt Petersburga, dwóch Holendrów wracających do domu. Hitem było dwóch gości (nie mam pojęcia jakiej narodowości, bo mówili że są Francuzami, i co potwierdzałby ich akcent, ale nie chcieli mówić po francusku), którzy wyszli z lasu, a potem na wskroś przez pola. Przywitałem ich pięknym „WELCOME TO THE DEAD SPOT, FELLOW HITCHHIKERS!” [witajcie w czarnym punkcie, autostopowicze!]. Usiedli zrezygnowani, powiedzieli, że szli dobre 10km od Wiednia, bo tam nie mogli liczyć na żadną podwózkę. Byli załamani, z obolałymi stopami…

Nagle przybiegł Adrian i zawołał zaaferowany „Ke Wei, zbieraj się, lecimy ajeee!”. Udało się. Po prawie czterech godzinach biegania po parkingu i wręcz błagania ludzi, żeby nas zabrali, Adrian znalazł jednego człowieka, który jechał prosto do Graz i zgodził się nas zabrać. Samochód z klimatyzacją był prawie wybawieniem, czuliśmy się błogo… Przegadaliśmy całą drogę. O studiach, o Chinach, o naszym planie… I zostaliśmy wysadzeni niedaleko wylotówki na Słowenię, przy Ikei w Graz. Wydawało się to dobrym wyjściem: pełno samochodów na blachach miejscowości Maribor.

DSC_0082

I znowu uzupełnienie zapasów wody, a potem bieganie po parkingu, żeby uprosić kogoś, żeby zabrał nas chociaż za granicę. Nauczyliśmy się nawet jednej kwestii po słoweńsku („czy jedziecie do Mariboru?”). Wszystko na nic. Samochody były albo obładowane, albo ludzie mówili, że jadą gdzie indziej. Już mieliśmy przebłysk nadziei, kiedy spytałem starszego małżeństwa, czy nas porzucą. Facet powiedział, że nie ma problemu, ale chwilę po odejściu i reprymendzie ze strony żony rzucił „Chłopaki, przepraszam Was, my jednak do Salzburga jedziemy”. Kolejny dramat.

Było już dość późno, więc zaczęliśmy rozglądać się za jakimś miejscem do spania. Albo chociaż za jakąś stacją benzynową. Ale przecież na autostradę nie wyjdziemy, a tu w pobliżu było o coś takiego ciężko. Były domki przy markecie budowlanym i praktycznie byłem gotów w nich spać, ale ciągle miałem nadzieję. Po jakimś czasie zauważyłem, że z Ikei wyszła młoda dziewczyna, razem ze swoją mamą. Wcześniej powiedziały, że nas nie wezmą, bo będą miały wyładowany samochód. Ale kiedy zobaczyła mnie na skraju załamania, wręcz błagającego, żeby nas zabrać… Zgodziła się! Jeszcze dzisiejszej nocy mieliśmy ruszyć do Słowenii! Okazało się, że jest studentką dentystyki, nigdy nie jeździła ani nie brała autostopowiczów i że spanie pod namiotem to jakaś ekstremalna sytuacja, ostatnio była na festiwalu przez trzy dni i… no hardkor! Jak usłyszała, że śpimy po stacjach benzynowych i dzisiejszej nocy też tak planujemy, to złapała się za głowę. No cóż, też bym pewnie kiedyś tak zrobił.

DSC_0086

Wysiedliśmy na stacji już za granicą Słowenii. Zdążyło zrobić  się już ciemno, więc przeszliśmy się po terenie szukając jakiegoś miejsca do spania. Spotkałem polskich kierowców TIR-ów, pili piwko i głośno przeklinali. Zagryzali kiełbasą. Kiedy spytałem gdzie tu można się przespać, powiedzieli że w sumie to nie wiedzą, ale żebym spróbował za tą polną drogą przy stacji. I był to strzał w dziesiątkę, przy drodze stały drzewa i był kawał łąki. Idealnie: osłonięci od samochodów i trochę incognito. Była 21.15, a my chcieliśmy z Adrianem kupić jakieś piwo, żeby się orzeźwić na wieczór… Ale nagle dostrzegłem, że dział alkoholowy (i pół lodówki) zostały zakryte roletą. „O co tu kurczę chodzi?” pomyślałem. Okazało się, że w Słowenii panuje jakiś dziwny typ prohibicji i po godzinie 21 nie można kupować alkoholu. Jak to określił jeden z miejscowych „Dziewiąta ura, tilko voda!”. Zostało nam tylko rozbić namiot i iść spać.

Dzień czwarty: niespodziewany kurs do Ljubljany

I znowu obudził nas niespodziewany chłód. Ale słońce już powoli wschodziło i robiło się coraz cieplej. Adrian wyszedł z namiotu, ja zacząłem zgarniać rzeczy. Okazało się, że wokół naszego namiotu mieliśmy kolonię ohydnych potworów. Ślimaków bez skorupki. Mam jakąś dziwną fobię i cholernie boję się takiego robactwa. Mój kompan nie mógł zapanować nad śmiechem i drwił ze mnie, że w Chinach jadłem skorpiony, a boję się małych nieszkodliwych ślimaków. Nie boję się, tylko się brzydzę, przecież one są FUJ! Porobiłem zdjęcia naszej miejscówce do spania i ruszyliśmy na stację.

Tam szybka toaleta w damskiej łazience (ktoś zamknął męską). Mydło na stacji się skończyło, więc każdemu pożyczałem mojego żelu, od razu patrzyli przychylniejszym okiem. Zobaczyłem, że zajechał jakiś TIR z polskimi numerami. Od razu podszedłem, przywitałem się i rzucam „Zabierze nas pan w stronę Chorwacji?”. Odparł, że jedzie w drugą stronę, do Lublany, stolicy Słowenii. „Ładne miasto?” spytałem. Przy twierdzącej odpowiedzi długo się nie zastanawiałem: jedziemy! Kierowca zrobił sobie śniadanie, zaparzył nam herbatę i mogliśmy ruszać. Co prawda ja musiałem leżeć na pryczy, bo ponoć teraz kierowcy ciężarówek nie mogą zabierać więcej niż jednej osoby. Ukryty przed kamerami spokojnie sobie zasnąłem, kiedy Adrian prowadził filozoficzne dyskusje. Dowiedziałem się też jednej życiowej prawdy dotyczącej związków. „Chłopaki, pamiętajcie! Z kobietami trzeba zrobić tak, żeby one myślały, że podejmują decyzje! Jeśli dacie im iluzję władzy, to Wasze życie będzie usłane różami! I nie będziecie się kłócić, że chcecie z chłopakami iść na piwo czy na ryby. Po prostu się zgodzą, bo będą myślały, że pytacie je o zgodę!”. Cóż, trzeba będzie przetestować! ( ;) )

Wysiedliśmy na stacji benzynowej na południu miasta. Tam zostaliśmy poinstruowani, że mamy przejść przez wyrwę w ogrodzeniu i trafimy do miasta. Tak zrobiliśmy i faktycznie, idąc praktycznie ciągle prosto i mijając śliczne osiedla domków jednorodzinnych, masę zieleni i rzeczek, parliśmy w stronę centrum miasta. Tam minęliśmy ambasadę Włoch, a nawet rzymskie zabudowania! Uśmiech od ucha do ucha nie schodził z mojej twarzy. Mówiłem do Adriana „Człowieku, jeszcze przedwczoraj byliśmy w Austrii, a dzisiaj już jesteśmy w takim pięknym mieście! Dalej będzie jeszcze tylko lepiej!”. Turystów było zadziwiająco mało. Po jakimś czasie dotarliśmy do samego centrum, a potem nad rzekę, wokół której toczyło się całe życie miasta. Magia. Postanowiliśmy się nie spieszyć i zwiedzać na co tylko przyjdzie nam ochota.

DSC_0093

W pewnym momencie spotkaliśmy innych autostopowiczów. Podchodzimy, witamy się… Okazało się, że są Polakami i już wracają z Chorwacji, Kamil jechał do Francji, a Ania do Barcelony. „Chłopaki. Mam półtora litra wina własnej roboty, które dostałem od naszego kierowcy w Chorwacji. Ciężko mi, a Ania nie chce pić. Przecież nie będę pił sam…”. Jak tu chłopakowi nie pomóc? Znaleźliśmy szybko jakąś miejscówkę, wyciągnęliśmy kubki i zaczęliśmy degustację. Dobre, niezbyt cierpkie. Temperatura właściwa. Niech Ania żałuje, że poszła przedwcześnie zwiedzać, a my tu sobie siedzimy. W pewnym momencie podszedł do nas jakiś pijaczek. Myślałem, że chce wina, ale on zaczął bełkotać coś w swoim języku, po czym uznał, że „Poljaki, one million dollar!”. My na to, że nie mamy aż tyle. Zaczął się śmiać do siebie, powtórzył jeszcze raz, po czym… „Do you have… teeth?” [macie zęby?], wyszczerzył się i powiedział „because I don’t!” [bo ja nie!] i sobie poszedł. Pozytywny dziadzio.

DSC_0146

DSC_0139

Po jakimś czasie wróciła Ania, spróbowała winka, po czym osuszyliśmy butelczynę i poszliśmy zwiedzać. Chłopaki uznali, że trochę ich wzięło, ale ja jakoś tego nie czułem. A ponoć mam słabą głowę… Przeszliśmy smoczym mostem, znowu uzupełniliśmy wodę, weszliśmy do kościoła i nastał czas rozłąki. Oni w swoją stronę, to jest na autostradę, my zdecydowaliśmy się jeszcze połazić. Po drodze natknęliśmy się na grupę wyznawców Hare Kryszna. To taki kult (niektórzy mówią, że sekta) pochodzący z Indii. Są co roku na Woodstocku. Śpiewają swoją mantrę, która ponoć zbliża do Boga. Znam słowa, bo zawsze zabawnie jest iść do nich i się rozerwać podczas festiwalu. Mieli instrumenty, uznałem, że pośpiewam razem z nimi. Zobaczyli, że znam tekst, nagle wszyscy ucichli, grali mi tylko rytm, a ja śpiewałem solówkę. I tak kilka razy. Dostałem nawet książkę opisującą siłę ich mantry (w formie wywiadu z Beatlesami) i generalnie wierzenia. Nawet nie wiedziałem, że George Harisson i John Lennon byli krysznowcami…

DSC_0169

Potem postanowiliśmy wejść jeszcze na zamek górujący nad miastem. W połowie drogi spotkaliśmy parkę: Finkę i mieszkańca Meksyku. Podróżowali razem (ale nie autostopem). Porozmawialiśmy chwilę o życiu, o naszych przygodach i ruszyliśmy dalej. Na zamku zagadałem oczywiście Chińczyków, z którymi zrobiliśmy sobie pamiątkowe selfie (zostałem zaproszony do Szanghaju) i poszliśmy w swoje strony. Po wszystkim zeszliśmy na dół, zahaczyliśmy jeszcze o supermarket, żeby zjeść coś innego niż chleb tostowy z pasztetem, kupiliśmy piwo i ruszyliśmy na wylotówkę.

DSC_0179

Internet podpowiedział, że żeby przejść przez autostradę na interesującą nas stronę, musimy po prostu wrócić tam gdzie byliśmy, przejść przez most na autostradzie i… przebiec przez pole golfowe. Na szczęście było już ciemno, więc nie baliśmy się, że dostaniemy jakąś zbłąkaną piłką… Baliśmy się tylko, że ktoś w tym małym samochodziku przyjedzie i nas wygoni. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło, a my już po chwili skakaliśmy przez ogrodzenie na stację. I znowu, cholera, ślimak wlazł mi na nogę, FUJ! Zrzuciłem go i uciekałem gdzie pieprz rośnie. Rozbiliśmy namiot na placu budowy (bo przynajmniej nie ma trawy i nie będzie tych brązowych skurczybyków… co z tego, że twardo?), wzięliśmy mały prysznic zrobiony z butelki wody i poszliśmy spać.

DSC_0196

Na dzisiaj to wszystko. Podobało się? Dajcie lajka, udostępnijcie! Mam nadzieję, że Worek Ryżu w takiej formie się Wam podoba!

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline