Press "Enter" to skip to content

Autostopem do Chorwacji cz. 3 – Nad morze już niedaleko

Po porannym posiłku składającym się, a jakże, z chińskiej zupki, postanowiliśmy gnać przed siebie: do Zagrzebia i dalej. Uśmiech praktycznie nie schodził nam z twarzy: poprzedni dzień z pewnością był najlepszym dniem do tej pory. A my chcieliśmy tylko więcej. Nic nie zapowiadało tylu przygód na jeden dzień.

Dzień piąty: Zagrzebani po uszy

Stacja przy której spaliśmy była dość duża. Mieliśmy więc nadzieję na szybkiego stopa już do Chorwacji. Ustawiliśmy się w dwóch strategicznych miejscach i próbowaliśmy swoich sił. Ciągle śmieszyło nas to, że żeby przedostać się na stację, musieliśmy gnać przez pole golfowe.

Pierwsza kartka z wielkim napisem Zagreb nie zdała się na nic przez dobrą godzinę. Co prawda było sporo ludzi, ale jakoś nikt nie zwracał na nas uwagi. Jeden Polak, który spał na parkingu powiedział, że nie wie jeszcze dokąd będzie jechać, ale jeśli będzie nam po drodze to nas weźmie. Musielibyśmy czekać do południa. Postanowiliśmy, że mimo wszystko spróbujemy sami. W tym samym czasie poznaliśmy dwóch Niemców, którzy jechali na jakiś festiwal muzyki psycho-trance. Czy jakoś tak.

Adrian wpadł na pomysł, żeby spróbować pokonać mniejszy dystans: do miejscowości Novo Mesto znajdujące się mniej więcej w połowie drogi do Zagrzebia. Po szybkiej zmianie kartki, nie zdążyliśmy nawet stanąć na pozycjach, kiedy podeszła do nas kobieta i rzuciła „Ja jadę na Novo Mesto, chcecie się zabrać?”. Odparliśmy, że jasne i że tych dwóch Niemców też jedzie w tamtą stronę, więc czy mogłaby zabrać całą naszą czwórkę. „Jasne!”, odpowiedziała szybko i po chwili byliśmy na trasie. Praktycznie jej pierwsze słowa na autostradzie zabrzmiały „Jeśli chcecie mnie okraść, to źle szukacie, bo nie mam przy sobie żadnych pieniędzy!”. Zaśmialiśmy się trochę, chociaż w sumie się jej nie dziwię: czterech rosłych chłopów w samochodzie i ona jedna. Na szczęście żadne z nas nie miało złych zamiarów ;)

Po krótkiej, acz całkiem wesołej podróży, wysadziła nas na stacji przed Nowym Miastem. I znowu pech chciał, że chłopaki złapali jakichś Niemców w 10 minut, a my utknęliśmy na stacji na kolejne 2 godziny. Na szczęście było Wi-Fi i kontakt, więc łapaliśmy na zmianę: najpierw ja, potem Adrian, w przerwach powiadamiając najbliższych o postępie naszej wyprawy. A, i szukaliśmy wskazówek na temat stopowania w Chorwacji. Po jakimś czasie, kiedy już powoli zaczynaliśmy się denerwować, zajechało auto. Gość pyta czy chcemy z nim jechać. Jasne, że chcemy! Na co on: „Dobra, to trochę odpocznę i możemy jechać. A może któryś z Was ma prawo jazdy?”. Adrian szybko rzucił, że ma, na co gość „No dobra, to nie czekamy! Jedziemy, a ja odpocznę po drodze”. Okazało się, że gość jedzie z Francji do Bułgarii na ślub siostry. Proponował nam nawet podróż do samej Bułgarii na Złote Piaski. Byłoby super, ale miałem trochę ograniczony czas, więc się nie zdecydowaliśmy, za co Adrian pewnie chciał mi przyłożyć w łeb. Nie pierwszy i nie ostatni raz, ale o tym kiedy indziej.

Po kilkudziesięciu minutach byliśmy już na granicy, gdzie szybko nas wylegitymowano i puszczono dalej, a następnie na stacji benzynowej pod Zagrzebiem… Na której prawie nie było samochodów i nikt się nie zatrzymywał. Dramat. Mój towarzysz zagadał miłe dziewczyny ze stacji o kilka zwrotów po chorwacku, a ja starałem się ogarnąć na parkingu jakiś transport, chociaż do miasta, albo w lepsze miejsce. Zobaczyłem zajeżdżający samochód dostawczy. Sprint do kierowcy i błagalnym tonem z udawanym chorwackim: „Proszę, czy mógłby Pan nas stąd zabrać? Byle gdzie, tu będziemy siedzieć dwa dni i nam się nie uda! Proszę!”. Zgodził się, jupi! Po chwili byliśmy już na dużej stacji zaraz przy zjeździe na Zagrzeb. Zadowoleni, bo się udało.

Dotarliśmy do Zagrzebia, więc dalej chcieliśmy kierować się „Nad morze” czy „Na wybrzeże”. Właściwie to już nam było jedno, czy dojedziemy do Splitu, do Zadaru czy w drugą stronę do Rijeki. Cel był już blisko. „Może dzisiaj uda się zobaczyć morze!”, rzuciłem i wyszedłem z samochodu. Na miejscu spotkaliśmy… Ukraińca i Chorwatkę poznanych pod Wiedniem! Cóż za zbieg okoliczności. Dziewczyna pochodziła z Zagrzebia, ale chcieli chyba jechać gdzieś dalej. Po chwili jednak się namyślili i zadzwoniła po brata, żeby ich zgarnął. My próbowaliśmy szczęścia u tureckiego kierowcy TIR-a. Najpierw udawał, że nas nie widzi, a jak już nie było opcji zignorowania nas, pokazał tylko rękami, że mamy iść precz. Smutno.

…a my łapaliśmy dalej. Po półtorej godziny ogarnąłem, że w obrębie pięciu kilometrów jest jedno lepsze miejsce do złapania autostopa na wybrzeże. Trzeba było się tylko przedrzeć przez siatkę, a potem przez przedmieścia. Uznałem to za mus, bo to była stacja, z której się wjeżdżało do Zagrzebia, a nie wylotówka. Postaliśmy jeszcze chwilę, znaleźliśmy drogę i ruszyliśmy przed siebie. Po drodze zobaczyliśmy zwisające z ogrodzenia kiście dojrzałych winogron. Adrian uznał, że trzeba spytać człowieka, który się nimi zajmuje, czy możemy trochę wziąć. To był jakiś parking, czy coś, więc problemu nie było. Gościu wyszedł, pokazał nam drogę i powiedział, żebyśmy rwali ile chcemy. Jeju, jakie dobre, jakie słodkie. Dobrze było zjeść coś innego niż chińska zupka, czy kanapka z chleba tostowego i pasztetu. Kilka domów dalej poprosiliśmy jakąś starszą panią o napełnienie butelki wodą. Też zgodziła się z uśmiechem. „Jej, co za ludzie!”, pomyśleliśmy.

DSC_0205

Po jakimś czasie natrafiliśmy na piekarnię. Świeży chleb to było coś, czego nam było trzeba. I kosztował jakieś 5 kun! Usiedliśmy przy kościele i szybko spałaszowaliśmy cały bochenek. Trochę inny niż w Polsce, ale też chrupiący. Pycha. Trzeba było ruszać dalej, żeby jeszcze dziś dotrzeć nad morze! Po drodze na wylotówkę kierowaliśmy się wskazówkami z internetu. Doszliśmy do hotelu, potem poszliśmy tak jak napisali… I jakimś cudem to nie była ta droga. Nadrobiliśmy kilka dobrych kilometrów, w pewnym momencie byłem już zły i zmęczony, a odciski na nogach dawały się we znaki. Usiadłem na chodniku, a mój towarzysz pobiegł zapytać jak dojść do bramek. Okazało się, że poszliśmy w zupełnie złą stronę. Ale to nic, teraz już wiedzieliśmy jak iść. Po chwili byliśmy raz jeszcze przy hotelu, a stamtąd po dziesięciu minutach dotarliśmy na bramki. Tam spytaliśmy tylko grzecznie obsługi, czy możemy tu stanąć. „Jasne, łapcie spokojnie”, odpowiedzieli. Po 10 minutach siedzieliśmy już w samochodzie.

Wziął nas Bośniak jadący właśnie do swojego kraju. Mógł nas dowieźć tylko do miejscowości Karlovac, niedaleko Zagrzebia. Uznaliśmy, że nie ma problemu, bo małymi kroczkami możemy powoli jechać do celu. Nie mówił po angielsku, tylko po rosyjsku i chorwacku. Ale rozumieliśmy się doskonale: był kierowcą w Austrii, jechał do domu. Na autostradzie ograniczenie bodajże do 130km/h. On pruł 180 lewym pasem. W pewnym momencie mówi, żebyśmy pokazali mu mapę, to on powie nam gdzie są fajne miejsca i dokąd jedzie. Adrian zaczął ją rozkładać, gościu wyrwał mu ją z rąk, rozłożył tak, że zasłaniała mu całkowicie drogę i zaczął mówić. Kierownicę trzymał kolanami, bo przecież ręce miał zajęte. Na drogę nie patrzył w ogóle. Najedliśmy się strachu co nie miara. „No, to tu jesteśmy, a tam jadę. Jedźcie do Splitu.”, na co my tylko odpowiadaliśmy „dobrze, wiemy, ale patrz na drogę!”. Na szczęście wiedział co robi i nikomu nic się nie stało. Po kilkunastu minutach, spoceni od gorąca i ze strachu, wysiedliśmy na małej stacji benzynowej w Karlovacu.

DSC_0213

Na stacji nie chcieli napełnić nam butelki wodą. Było strasznie gorąco. Samo miasto wyglądało, jakby niedawno wyszło z pełnej komuny, tak właśnie zawsze wyobrażam sobie Łódź, albo Śląsk (przepraszam Ślązaków i ludzi z Łodzi, nie mam nic do Waszych miast!) gdy ludzie mówią, że to strasznie brzydkie regiony. Strasznie nie jest tu przypadkowym słowem. Dosłownie straszyło. Postanowiliśmy iść w stronę McDonalda, żeby chociaż uzupełnić wodę i sprawdzić dokładniej na mapie, gdzie jest jakaś wylotówka. Po drodze minęliśmy rzekę. Rzekę Kupę. W jedną stronę musieliśmy przejść kilka kilometrów, tylko po to, żeby dowiedzieć się, że jeśli mamy łapać coś na Split, czy Zadar, to i tak musimy wrócić do punktu wyjścia… A i nie mogłem zjeść McFlurry (taki lód), bo nie miałem kun…

Nie pozostało nam nic innego jak się cofać. Robiło się powoli ciemno, a ja zaczynałem ogarniać jakieś miejsca do spania. „Patrz, Adrian, tam przy tych torach jest jakaś rampa, możemy spróbować tutaj. Albo w krzakach tam.”, ale generalnie zupełnie nie widziało nam się nocowanie w tym miasteczku, chcieliśmy się wydostać. W McDonaldzie jakimś cudem wody nie uzupełniliśmy i poczuliśmy, że zaczynamy się odwadniać. W pewnym momencie było wręcz beznadziejnie. Na szczęście natknęliśmy się na jakieś centrum handlowe, w którym udało nam się wymienić euro na kuny i wziąć wodę. To nam trochę dodało sił. Adrian wskoczył jeszcze i kupił piwo. To dodało nam jeszcze więcej sił. Nawet jeśli piliśmy je w miejscu publicznym idąc dziarsko w stronę wylotówki. Było mi wszystko jedno.

A tu jedna z atrakcji: Spływ po Kupie

Po dotarciu do bramki okazało się, że to nadal nie jest dobre miejsce, żeby wydostać się na południe… Jedynym wyjściem był powrót do Zagrzebia. Cóż, połasiliśmy się na te 30km, to teraz musimy odpokutować. Na szczęście dość szybko znaleźliśmy wybawcę, który zechciał nas zabrać. Zdaje mi się, że był księdzem: miał różaniec i Biblię na tylnym siedzeniu, ale głowy nie dam. Dojechaliśmy z powrotem tam, skąd startowaliśmy: na bramki. Poznaliśmy kolejną parę Polaków, którzy wracali już znad morza, do Polski. Szkoda, że jechali w inną stronę. Ustawiliśmy się na bramkach i znowu po dwudziestu minutach zatrzymał się mały bus. Zaczynało się.

„Do you want to go to paradise?” [chcecie jechać do raju?], spytał gość siedzący przy kierowcy. „Yes, we want to go to paradise!” [tak, chcemy!], szybko odpowiedziałem. „Jedziemy na lotnisko w Splicie, tylko zajedziemy do Karlovac po naszych trzech znajomych, pasuje Wam?”. Długo się nie zastanawialiśmy. Wsiedliśmy. Od początku coś wydawało się nie tak. Kierowca jakoś dziwnie pobudzony. Gościu przy nim jeszcze całkiem w porządku, ale Adrian wolał zachować ostrożność.

Dojechaliśmy znowu do Karlovac, wysiedliśmy przy jakiejś kawiarni, gdzie wypiłem kawę (na lepszy sen, super mi się śpi po kawie), zabraliśmy dwóch (czemu nie trzech? nie wiadomo) kolegów i ruszyliśmy dalej na południe. Siedzieliśmy w trzecim rzędzie siedzeń, więc praktycznie nie mieliśmy możliwości awaryjnego wyjścia z samochodu, przez brak dostępu do drzwi. Gość siedzący przed nami beztrosko wyciągnął torebkę i bletki. „Palicie haszysz?”, zapytał. Powiedzieliśmy, że nie. „A, bo ja będę sobie tu kręcił i palił”. Samochód wypożyczony, z przodu ogromny zakaz palenia. No okej, nie ma problemu. Kierowca coraz bardziej roztrzęsiony, chociaż oczy mu się nie zamykają. Gość palący haszysz zarzucił nogi na zagłówek kolegi. Po jakimś czasie wszyscy posnęli, więc i ja przyciąłem komara. Adrian czuwał. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się pośrodku niczego. Gość z przodu wysiadł i otworzył drzwi. Mój kompan powiedział sobie w myślach „cholera, już po nas!”… Po czym gościu siedzący przed nami wyszedł załatwić swoją małą potrzebę.

Potem droga zleciała nam już bez żadnych strachów, tyle że kierowca trochę pruł na bezdrożach. Ale to nic. Po dojechaniu do lotniska, kierowca wysiadł, wszedł na lotnisko, wyszedł z jakąś dziwną kopertą i pudełkami dla każdego z jego towarzyszy. Przeparkowali samochód, z którego wyciągnęli cztery opony. Władowali je do innego samochodu, który tam stał. Po czym, jak gdyby nigdy nic, wsiedli do busa i odjechali. 400km w jedną stronę tylko po to, żeby przywieźć opony? Coś mi tu się nie klei. Czy byliśmy świadkami jakichś machlojek? Cóż, pytanie pozostanie raczej bez odpowiedzi.

DSC_0216

Po wyjściu z samochodu (o 4 rano!) pojawiły nam się uśmiechy na twarzach. Nie dość, że dotarliśmy do Splitu, to jeszcze… SĄ PALMY! Morze już tak blisko! Udało się! W holu lotniska spało jakieś 15 osób. Rozłożyliśmy nasze karimaty i do nich dołączyliśmy. Jej, dzień pełen wrażeń, a jutro mogło być tylko lepiej… Przecież to Chorwacja.

Komentarze

2 komentarze

  1. Ewelina
    Ewelina 2015-11-05

    Fajny i interesujący wpis. Chorwacja jest pięknym krajem do którego chce się wracać – jak w moim przypadku już na stałe :-) Sama chętnie pozwiedzałabym Chorwację autostopem, kto wie, może kiedyś się na to zdecyduję :-)
    Pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline