Press "Enter" to skip to content

Autostopem do Chorwacji cz. 1 – Hej, przygodo!

Ostatnio bardzo popularnym sposobem na podróżowanie stał się autostop. Zawsze słyszałem od dziadka, że w latach jego młodości taka forma turystyki była dobrze widziana. Od kilku lat też sam chciałem spróbować. Po jednej nieudanej próbie kilka lat temu (z dziewczyną!) i niewyjechaniu nawet poza Mławę, plan odłożyłem na kilka lat. Ale ostatnio coś we mnie pękło. Dołączyłem do kilku grup autostopowych na Facebooku, zobaczyłem profile ludzi, którzy jadą przez pół świata w ten sposób i pomyślałem… Skoro oni mogą, to czemu ja mam nie spróbować podobnie?

Przygotowań wielu nie było. Chciałem tylko nie jechać sam. Na początku miałem wyruszyć z koleżanką, ale jednak nie wyszło. Napisałem do Adriana- mojego  byłego współlokatora. „Jedziemy na Bałkany po Woodstocku?” – spytałem. Na odpowiedź nie czekałem długo: „Jasne, wyruszajmy jak najszybciej, bo też o tym myślałem, a nigdy nie miałem okazji!”. Podczas Woodstocku trochę przychorowałem, więc wyjazd przełożyliśmy o kilka dni do przodu. Przez to trzeba było trochę skorygować plany (musiałem wrócić do 20-go sierpnia) i z Bałkanów zrobiła się Chorwacja. Ale to nic.

Sporo ludzi pukało się w czoło, kiedy wspominaliśmy, że chcemy zorganizować swoją pierwszą wyprawę aż do Chorwacji, bez jakiegokolwiek doświadczenia. Jasne, sporo czytałem o autostopie wcześniej, tak jak już pisałem. Ale przecież to nie to samo. Wątpliwości było sporo, ale wiedzieliśmy, że się uda. Spakowaliśmy co najpotrzebniejsze: śpiwór, trochę ciuchów, pasztety z kogucikiem, namiot, latarkę, witaminy, trochę pieniędzy… I poprosiliśmy moją siostrę, żeby wyrzuciła nas za miasto. I tak się zaczęło. A, że Worek Ryżu z bloga o życiu w Chinach zrobił się blogiem bardziej osobistym, podzielę się z Wami moją opowieścią.

Dzień pierwszy: Mława – Kielce

Podróż zaczęła się dopiero koło południa. Adrian był dzień wcześniej na weselu, musiał przespać się chociaż te 4 godziny… Tak wyszło, że Julia podrzuciła nas do Wiśniewa, małej przelotowej miejscowości na krajowej siódemce. Nie zapowiadało się zbyt ciekawie. Mieliśmy kartkę z napisem „Częstochowa -> Czechy”. Zaczynało kropić. Ale to nic, uznałem, że trzeba próbować. Po jakichś piętnastu minutach już siedzieliśmy w samochodzie młodego małżeństwa jadącego do Warszawy. Okazało się, że sami kiedyś sporo stopem jeździli. Uznali, że podrzucą nas aż za Warszawę, do Janek. Miejsce było sprawdzone przez nich osobiście, chociaż ponoć nie do końca perfekcyjne: przyszło im czekać dwie godziny, zanim ktoś ich zabrał. No nic, uznaliśmy, że nie ma problemu i będziemy próbować. Po przebiciu się przez stolicę, dalej łapaliśmy na Częstochowę.

Po jakichś dwóch godzinach zatrzymał się samochód. Jechał do Kielc. No cóż, uznaliśmy, że trzeba się stąd wyrwać, więc uznaliśmy, że chętnie pojedziemy. Od samego wejścia było zabawnie: kierowca uznał, że przez dwa poprzednie dni miał mocno zakrapianą imprezę. Wdał się w bójkę, miał podbite oko, skaleczony nos, a w nocy został spacyfikowany przez straż miejską. W powietrzu czuliśmy alkohol. Ale gość się nie martwił niczym. Tylko tym, co powie swojej dziewczynie. Cholera, na pewno zauważy, że ma obitą twarz. Pewnie będzie zła. I jest spóźniony. A musieliśmy jeszcze zajechać do apteki po jakąś maść. Kiedy do niej wyszedł, nie pofatygował się nawet wyjąć kluczyków ze stacyjki, ani zabrać dokumentów. Zaufał nam, albo był po prostu zbyt zaaferowany. Dobrze, że trafił na dobrych autostopowiczów, nie złodziei samochodów!

Wyrzucił nas na stacji benzynowej pod Kielcami. Miejsce okazało się słabe: żeby do niego dotrzeć, trzeba było zjechać z trasy, co totalnie nam nie pasowało… Uznaliśmy, że trzeba przejść kawałek, do najbliższej stacji na trasie, bądź też łapać transport już podczas przejścia. Robiło się ciemno i coraz mniej bezpiecznie. Po kilku kilometrach dotarliśmy do parkingu dla TIR-ów. Szkoda tylko, że był to sam parking z toi-tojami, nic więcej… Zaczęliśmy rozglądać się za miejscem do rozbicia namiotu. W międzyczasie na parking zajechał pan ze służby drogowej. Kiedy załatwił już sprawy (tzn. wybrał śmieci), podjechał do nas i zapytał, czy na kogoś czekamy. Po czym uznał, że podrzuci nas na stację benzynową kilka kilometrów dalej, żeby z rana było łatwiej coś nam złapać. Tak oto autostop odnalazł nas, a nie my złapaliśmy go. I serio, dzięki życzliwości tego człowieka udało się rozbić namiot w bardzo wygodnej i bezpiecznej miejscówce: zaraz przy stacji benzynowej. Z jednej strony barierka i drut kolczasty (a za nimi TIR, więc nas idealnie osłonił), z drugiej betonowy płot. Wypiliśmy jeszcze szybkie piwko i poszliśmy spać.

Było stanowczo za gorąco. A namiot okazał się zbyt mały dla samego Adriana: co tu gadać dla nas dwóch i bagażu… Spaliśmy w niezłym ścisku, a nogi dosłownie wystawały nam poza wejście. Ale co zrobić, odwrotu już nie było. Ciasno, ale ważne, że dało się bezpiecznie przespać. Nigdy nie spałem „w miejscu publicznym” w ten sposób. Ciekawe doświadczenie, kiedy co chwilę widać, że obok przejeżdżają samochody.

DSC_0010

Dzień drugi: Wyjazd z Polski i długa droga do Austrii

Obudził nas pieroński chłód. Nie byliśmy na to przygotowani. „Pizga złem!”- rzucił Adrian. Faktycznie, musiałem założyć bluzę przed wyjściem. Na zewnątrz przed stacją ławeczki. Przysiedliśmy, zrobiliśmy sobie śniadanko (pan zgodził się zagotować nam wodę na herbatę). Po chwili na ławeczce pojawiła się czwórka ludzi. Jechali od nocy z Sopotu. Jeden z imprezowiczów zaproponował nam polski narodowy trunek, tak do śniadanka. Odmówiłem, bo przecież dżentelmen nie pije przed dwunastą! Adrian walnął sobie lufę, co będzie żałował. Kilka chwil później się zebrali, a my wzięliśmy szybki prysznic w umywalce i poszliśmy na trasę.

DSC_0015

Udało nam się złapać transport z panią Marzeną. Kilkanaście kilometrów tylko, ale za to w przemiłym towarzystwie (jej, nie naszym, hehehe). Stamtąd zabrała nas Ewa. I tak, też w przeszłości jeździła sporo autostopem. I to w dość ciekawych i egzotycznych miejscach: północna Afryka i tak dalej. Zaimponowało nam to. Miło się gadało, a i zabrała nas aż na wylotówkę z Krakowa, więc od granicy mieliśmy już rzut beretem. Weszliśmy jeszcze wspólnie do naszego narodowego supermarketu zrobić małe zakupy śniadaniowe i się pożegnaliśmy. Maślanka o smaku pieczonych jabłek nie jest może cudownym połączeniem z parówkami, ale i tak smakowało.

Kilkadziesiąt minut później już staliśmy na wylotówce. Po jakiejś godzince słyszymy gwizd. To nasz kolejny kierowca, zatrzymał się na stacji. Jechał do Krakowa podpisać umowę leasingową i pomyślał sobie, że jeśli będziemy jeszcze na trasie, gdy będzie wracał, to nas weźmie. I wziął. Dojechaliśmy aż do Czarnego Dunajca. Stamtąd szybki autobus do Jabłonki i łapiemy dalej, na granicę. Taki był plan. Po jakimś czasie przyszedł moment zwątpienia. Na szczęście pojawił się mężczyzna, który uznał, że co prawda nie jedzie w stronę Słowacji, ale nas podrzuci za granicę. Bo może. I tak przekroczyliśmy naszą pierwszą granicę. Tutaj znowu dość słabo z tym łapaniem. Już nawet zastanawialiśmy się, gdzie będziemy spać tego dnia. Ambony na skraju lasu nie byłyby chyba złym pomysłem. Na podwyższeniu,  do tego kawałek dachu… Nie trzeba byłoby wyciągać namiotu. Przez chwilę mieliśmy nadzieję, że serbski kierowca TIR-a nas zabierze, ale on tylko machnął ręką, żeby pokazać nam, że idzie spać…

Na szczęście pojawiło się auto na austriackich numerach. To był Michał. Jechał do Wiednia. Czyli znowu, zupełnie nie w naszą stronę, ale przecież większość ludzi jeździ do Chorwacji przez Austrię, więc… czemu nie? Chcieliśmy się po prostu ruszyć dalej, zanim pójdziemy spać. Podróż upływała spokojnie: Michał super mówi po polsku, więc nie było problemów z rozmową na praktycznie każdy temat. Na Słowacji zajechaliśmy do sklepu po piwko i coś do przekąszenia. Wtem, z samochodu zaczął się wydobywać stukoczący dźwięk. Na początku dość delikatny, z przerwami. Potem coraz mocniejszy. Zjechaliśmy z autostrady, przepakowaliśmy bagażnik. Myśleliśmy, że to od ciężaru z tyłu. Nie pomogło. Potem udało nam się domyślić, że to coś z lewym przednim kołem. Znowu szybki zjazd z autostrady i decyzja: zmieniamy koło.

DSC_0039

Po wyciągnięciu całego mandżuru i próbie odkręcenia koła, okazało się, że jest ono dość mocno poluzowane, tak jakby ktoś nam przy nim majstrował. Cholera, nie mam pojęcia jak to się mogło stać, ale dobrze, że nie zignorowaliśmy tego dźwięku, bo odpadające koło przy 120km/h nie jest chyba najfajniejszą opcją na spędzenie wakacji. Po dokręceniu okazało się, że problem się rozwiązał i mogliśmy ruszać dalej. Uff, trochę nerwów było. Michał też się porządnie przejął, więc zaprosił nas do siebie na noc i na jakieś piwo, żeby ukoić nerwy. I super, bo do Wiednia dojechaliśmy gdy było już ciemno i nie było nawet czasu szukać jakiegoś parku. Rozmawialiśmy do późnej nocy, aż mnie zmuliło. Jeszcze tylko prysznic i spać.

Dobra, dzisiaj to chyba wszystko, bo widzę, że strasznie to rozwlekam. W następnym wpisie dowiecie się, jak udało nam się zwiedzić Ljubljanę, czyli stolicę Słowenii. Do usłyszenia!

Komentarze

One Comment

  1. Michael Pietsch
    Michael Pietsch 2017-06-13

    pamiętam jeszcze… to raczej dawno temu, ale w końcu czytałem tu trochę. pozdrawiam z wiednia. michał

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline