Press "Enter" to skip to content

Beidaihe cz. 1 – A może nad morze?

A może byśmy się ruszyli gdzieś poza miasto?” – to pytanie pojawiało się już od dawna, ale nikomu jakoś nie chciało się tego specjalnie organizować. Do czasu. Chińczycy pod koniec czerwca byli już praktycznie „załatwieni” w kwestii zajęć i egzaminów, więc można było się zdać na nich i poczekać, aż coś przygotują. 

Padło na nadmorski kurort Beidaihe (北戴河), będący dzielnicą miasta Qinhuangdao (秦皇岛), położony ok. 250km od Pekinu. Jego historia jest dość długa: w czasach dynastii Ming znajdował się tu posterunek obsługujący wschodni kraniec Wielkiego Muru, żeby w czasach dynastii Qing stać się miejscem wypoczynkowym. Ponoć największy rozkwit przeżyło 北戴河 w latach 90′ XIXw. z racji budowy linii kolejowej do Pekinu, kiedy to zaczęli zjeżdżać się obcokrajowcy. Po powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej, wybudowano zamknięte osiedla z dostępem do plaż dla członków Partii. Podczas rewolucji kulturalnej kurort stał się niedostępny dla osób z zewnątrz, pozamykano znane kawiarnie oraz restauracje. Ponownego otwarcia doczekał się po przejęciu władzy przez Deng Xiaopinga.* Tyle historii.
W ostatecznym rozrachunku, zebrało nam się dziesięć osób: piątka Chińczyków i piątka obcokrajowców (w tym ja jeden, bez skośnych oczu). Moja inność była już pierwszym, choć niewielkim, problemem, o którym później. Dziewczyny uznały, że dowiedzą się wszystkiego, kupią bilety i zarezerwują nocleg. My po prostu mamy zapłacić 300元 i grzecznie czekać. I dać ksero paszportu, bo bez tego nie kupią biletu na pociąg. W Chinach, żeby podróżować pociągiem, trzeba mieć paszport i tutaj kolejny kłopot: oddałem paszport do wyrobienia wizy jakieś 3 tygodnie wcześniej i nadal fizycznie mi go nie zwrócili. Ale interwencja u nauczycielki i w biurze zaowocowała odbiorem dokumentu na drugi dzień.
W sobotę umówiliśmy się z samego rana przy głównej bramie uniwersytetu. Ja dotarłem na czas (zdążyłem jeszcze zjeść na szybko śniadanie), reszta osób też, jedna Indonezyjka spóźniona „bo jeszcze śpi”- czyli norma. Po kilkunastu minutach czekania byliśmy gotowi do wyjścia. Mieliśmy jechać taksówką, ale metro okazało się prostszym i tańszym wyjściem i po kilkudziesięciu minutach byliśmy już na pekińskim dworcu kolejowym: 北京站. Szybka kontrola paszportowa i już mogliśmy iść na peron. Tłumy jak to w Chinach, zdążyłem się już przyzwyczaić.
Pociąg miał bardzo dobry standard. Może nie był tak szybki jak ten, którym wracaliśmy z Xi’Anu, ale dawał radę. Podróż spędziłem na słuchaniu muzyki, którą za wszelką cenę chciała zarazić mnie moja druga połówka, wkładając mi słuchawkę do ucha, a następnie na robieniu tego, co lubię najbardziej: strojeniu głupich min do dzieci. Akurat przede mną siedział mały grubasek, który co chwilę na mnie zerkał. A ja w takich sytuacjach, kiedy rodzice dziecka nie patrzą, staram się trochę go rozweselić. I tak strzeliłem głupią minę. Po czym on, bardzo poważnym głosem powiedział „Mamusiu, co robi ten wujek?” (obcych, którzy nie są jeszcze staruszkami, nazywa się 叔叔 [shūshu] lub 阿姨 [āyí], czyli po prostu „wujek” lub „ciocia”). Trochę się zmieszałem, ale dzieciak po chwili sam zaczął się do mnie odkręcać i chować, kiedy patrzyłem. 
Po mama chłopca powiedziała „On chce się z Tobą pobawić, tylko się wstydzi”. Odparłem, że nie ma żadnego problemu i możemy się pobawić. Cała droga do Beidaihe upłynęła na strojeniu głupich min (dołączyła też dwójka innych dzieciaków)… I przyszedł czas wysiadki. Matka mówi chłopcu: „Dobrze, pożegnaj się już z wujkiem. Wysiadamy.”, chłopiec uśmiecha się od ucha do ucha i mówi „二逼再见” czyli tłumacząc dosłownie „Do zobaczenia, głupia p**do”. Moja dziewczyna wybuchła śmiechem, matce dziecka zrobiło się głupio. Przeprosiła tylko i czym prędzej oddaliła się do wyjścia. My też się zebraliśmy i wyszliśmy. Oczywiście moja druga połówka przez cały wyjazd nazywała mnie w ten sposób i miała niezły ubaw. 
Po wysiadce na dworcu w 北戴河, obowiązkowo strzeliliśmy sobie kilka grupowych zdjęć i zadzwoniliśmy do człowieka z miejsca, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg. I tutaj pojawia się problem, o którym wspominałem. Już w przeddzień wyjazdu, dziewczyny mówiły, że tam, gdzie spędzimy tę jedną noc, nie za bardzo można kwaterować obcokrajowców. Dwójka Japończyków i dwie Indonezyki miały nie mieć problemu, dopóki będą cicho. Ale ja się „trochę” wyróżniam. No nic, poczekaliśmy na transport: przyjechały dwa samochody i nas odebrały. Jechaliśmy z łysym, sympatycznym facetem, który trochę ze mnie (ze mną?) żartował, ale kiedy zobaczył, że jednak rozumiem co mówi, był jeszcze przyjaźniej nastawiony i ciągle uśmiechnięty.
Dojechaliśmy na miejsce. „Dobra, to Ty zostań w samochodzie, a my Was zakwaterujemy” usłyszałem z jego ust. Po pięciu minutach mogłem wyjść z ukrycia, miałem tylko nie zwlekać i wejść na górę „hotelu” do pokoju. Tak też uczyniłem. Facet okazał się szefem całego budynku. Dostaliśmy klucze do pokoi: dużych, z telewizorem na ścianie i wygodnymi łóżkami. Było nawet Wi-Fi. I noc kosztowała, z tego co pamiętam, koło 30元 (15 złotych!). Do teraz nie wiem na dobrą sprawę przed kim się kryłem i dlaczego pobyt nas, obcokrajowców, był otoczony taką konspiracją, ale niech im będzie.
Chińczycy wyskoczyli jeszcze tylko po jakiś obiad na wynos i picie. Zjedliśmy całkiem niezłe dania, jak jakaś pieczona dynia, trochę owoców morza i wieprzowina na ostro. Po jedzeniu, odpoczęliśmy trochę, wsiedliśmy na rowery (tandemy, żeby było zabawniej) i ruszyliśmy na plażę, która znajdowała się jakieś 15 minut od naszego miejsca pobytu. Słońce prażyło, było gorąco, ale perspektywa zobaczenia morza po tak długim czasie okazała się dobrą zachętą. Zostawiliśmy rowery na jakimś parkingu, kupiliśmy bilety na plażę (tak, za wstęp na plażę musieliśmy zapłacić) i ruszyliśmy w stronę wody. Zabawne na tej plaży było to, że wzdłuż linii brzegowej, w miejscu, gdzie nie dociera już woda, rozstawione były parasole, które można było sobie „wynająć”. Tak więc, za darmo można było siedzieć albo za parasolami i raczej morza nie widzieć, albo gdzieś na mokrym piachu. 
My właściwie nie potrzebowaliśmy miejsca, żeby usiąść i rzuciliśmy się w ciuchach do wody. Okazała się ciepła (na pewno cieplejsza niż Bałtyk, ale to chyba wiadome) i mocno słona. Spędziliśmy tak całe popołudnie, a wieczorem czekał nas powrót. Na miejscu zjedliśmy kolację (właściciel przyniósł nam calutką miskę przeróżnych skorupiaków, do tego mieliśmy jakieś pikantne placki i inne smaczne rzeczy), wypiliśmy piwko, a podczas posiłku graliśmy jeszcze w liczby. Gra polega na tym, że jedna z osób przy stole wymyśla numer od 1 do 100, zapisuje go np. w telefonie lub na kartce, a potem kolejne osoby mówią swój typ. Jeśli numer to 32, osoba, która obstawi 46, dostaje podpowiedź, że liczba znajduje się w przedziale 1-46. Kolejna rzuca 21, więc jest to już tylko 21-46 i tak dalej. Ostatnia osoba, która zgadnie, musi wykonać jakieś zadanie w ramach kary. 
Ostatnią grą, już po ogarnięciu stołu, okazała się gra, znana u nas np. pod nazwą „gra w mafię„, jednak ze zmodyfikowanymi zasadami (do gry włączeni byli, poza mafiosami i mieszkańcami, policjanci). Trzeba było iść dość wcześnie spać, bo ustaliliśmy, że jedziemy zobaczyć wschód słońca. A, że pod koniec czerwca jest to ok. 4.40, musieliśmy wyruszyć jeszcze przed czwartą. 
O tym przeczytacie jutro, lub w czwartek, bo krótki wpis rozrósł mi się do niebotycznych rozmiarów. Będzie więcej fotek, a mniej gadania, przynajmniej tak zakładam, bo nie wiadomo jak to się potoczy.
*Za artykułem z Wikipedii.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline