Press "Enter" to skip to content

Beidaihe cz. 2 – Oglądając wschodzące słońce

Tak jak napisałem wczoraj: mieliśmy plan położyć się wcześniej spać, żeby wstać już przed czwartą, wsiąść na rowery i jechać obejrzeć wschód słońca. Ja położyłem się koło 1.30, niektórzy jeszcze siedzieli lub poszli jeszcze kupić jakąś wodę. W każdym razie, gdy budzik zadzwonił o godzinie 3.30, miałem ochotę rzucić komórką o ścianę.

Ale jak mus to mus, a przecież nie codziennie można obejrzeć wychodzące z morza słońce. Zebraliśmy się dość szybko, żona właściciela otworzyła dla nas drzwi i po chwili siedzieliśmy już na rowerach, pedałując w zupełnie inną stronę niż plaża, którą odwiedziliśmy dnia poprzedniego. Było dużo dalej: jechaliśmy do Geziwo Gongyuan (鸽子窝公园); wolne tłumaczenie: Park Gołębich Gniazd. Gdy byliśmy jeszcze w drodze, zaczęło świtać. Nie powiem, trochę się zestresowałem, że się spóźnimy.

Przy samej bramie okazało się, że wejście jest biletowane (jakżeby inaczej) i trzeba swoje w kolejce odstać. Odstawiliśmy rowery, zapłaciliśmy za parking, kupiliśmy wodę. Odczekaliśmy swoje i weszliśmy. Prawie biegiem podążyliśmy w stronę brzegu. I zaczęło się. Ludzi była cała chmara, ale wschód był przepiękny. Wszyscy robili sobie zdjęcia, nastrój był dość ciekawy, bo dziewczynom było strasznie zimno, ale byliśmy szczęśliwi, że dojechaliśmy. Małą skazą była zaś pani, która krążyła w pobliżu i z pomocą megafonu reklamowała swoje usługi polegające na zrobieniu komuś zdjęcia. Skrzeczała tak wokół i miałem ochotę podejść, zabrać jej ten sprzęt i wyrzucić do wody.

 

Po tym ciekawym doświadczeniu, chłopaki ulepili z piasku diabła, dziewczyny namalowały serce, porobiliśmy typowo-plażowe zdjęcia. Na plaży spotkaliśmy pana, który łapał kraby do wiaderka i wynosił je bliżej wody (prawdopodobnie dostały się w tak odległe miejsca w trakcie przypływu). Obeszliśmy park wokół. W pewnym momencie zobaczyliśmy duży pomnik, wokół którego tłoczyły się gołębie. Cały pomnik był ogrodzony, a od frontu, zasłaniały go parasole i pani sprzedająca żarcie dla gołębi. Tak, żeby wejść za ogrodzenie, trzeba kupić jedzenie. I wtedy można się fotografować z pomnikiem, w innym wypadku się nie da (przez parasole). Trochę dokarmiliśmy gołębie, które podleciały do nas, ale „sympatyczna” pani szybko ostudziła nasz zapał, powiedziała, że mamy się wynosić i nie dokarmiać gołębi bo nie będą chciały latać przy pomniku. Fantastycznie. Pokręciliśmy się jeszcze chwilę i czas było jechać się przespać. Powrót taki sam jak przyjazd, tylko już w świetle słońca. Po powrocie poszliśmy jeszcze na śniadanie: typowo chińskie. Baozi, czyli gotowana na parze bułeczka z farszem (wziąłem na ostro, jak zawsze); Azjaci jedli jeszcze odpowiednik naszej owsianki, tylko na ryżu, z kawałkami dyni. Po powrocie nie było już zbyt wiele czasu na spanie.

 

Po krótkiej drzemce, uznaliśmy, że musimy jechać coś zwiedzić. Chińczycy wynaleźli jakąś atrakcję: „górę”. Po dojechaniu taksówką na miejsce, okazało się, że jest to tak mały pagórek, a sam wstęp jest obiletowany na taką cenę, że nie opłaca się tam wchodzić. Ruszyliśmy w stronę plaży. Okazało się, że dotarliśmy do tej samej plaży, którą odwiedziliśmy dzień wcześniej, ale z drugiej strony. Połaziliśmy trochę po brzegu (nie chciało mi się już moczyć, bo po południu mieliśmy powrotny pociąg do domu), a ciuchów na zmianę już nie miałem. Przeszedłem się z drugą połówką jeszcze w tę i z powrotem, a potem trzeba było powoli wracać do hotelu.

Tam znowu chwilkę odpoczęliśmy i poszliśmy szukać jakiejś restauracji, żeby zjeść obiad. W restauracji było zabawne to, że każdy stół miał oddzielną salkę. I nie, nie była to dla mnie nowość. Oczywiście każdy „pokój” miał swój numer, a na środku stał okrągły drewniany stół, a na środku był mniejszy, szklany, obrotowy blat. Zamówiliśmy mnóstwo żarcia, a każdy sobie tylko kręcił blatem, żeby dostać to, co najlepsze.

Po jedzeniu nie pozostało już nic innego, niż dopakować się i pożegnać się z szefową. Szef odwiózł nas na dworzec. Na dworcu tłumy jakich dzień wcześniej doświadczyć się nie dało. Oczywiście wszyscy wracali z weekendu do Pekinu. Standardowa procedura identyfikacyjna, następnie tylko uważać żeby się nie zgubić i jesteśmy na peronie. Po chwili podjechał pociąg, poszukaliśmy swoich miejsc… Jak tylko ruszył, poprosiliśmy innych pasażerów, żeby się z nami pozamieniali miejscami, cobyśmy siedzieli w miarę razem w te 10 osób. Wyszło tak, że 6 osób siedziało razem, a pozostała czwórka zaraz obok.

Sam pociąg był już w miarę normalnym pociągiem, rzekłbym, że standard był podobny jak w Polsce. Przepełniony, bezprzedziałowy pociąg PR. Ludzie stali w przejściu, bo nie starczyło dla nich miejscówek, siedzieli na walizkach. Prawie jak powrót z jakiegoś festiwalu muzycznego. Dwie rzeczy nie pasowały tylko do polskich realiów: po pierwsze, co chwilę widać było kogoś, kto robi sobie „zupkę chińską” (w większości sprzedawane są w miseczce, więc wystarczy tylko zalać; jest nawet składana łyżka!). Drugą była pani, która stawała w przejściu i zachwalała przez dobre piętnaście minut cudowność sprzedawanych przez nią szczoteczek do zębów. Cóż, kto powiedział, że nie można przeprowadzić i takiego marketingu?

Pociąg miał dobre półtorej godziny spóźnienia, ale najważniejsze, że jechał, a nie stał w jakimś polu. Postanowiłem zakrzewić w mojej dziewczynie trochę kultury europejskiej i pokazałem jej jeden z najbardziej popularnych wśród nastolatków, brytyjski serial Skins (ponoć polskie tłumaczenie to „Kumple” ale nigdy się z nim nie spotkałem). Mimo absurdów i wielu rzeczy, które musiałem jej tłumaczyć, bo językowo nie jest jeszcze aż tak zaawansowana, podobało jej się.

Po północy byliśmy w Pekinie, jakiś facet na dworcu zaproponował podwózkę swoim busem. Było dość drogo, ale baliśmy się, że możemy nie złapać żadnej taksówki, więc się zgodziliśmy… Po jakimś czasie byliśmy w akademikach. Oczywiście trzeba było obudzić panią portierkę, bo już spała. Wpuściła nas bez zbędnego gadania. Jak stałem, tak padłem do łóżka i… przeciągnąłem sobie weekend na poniedziałek, bo przecież trzeba kiedyś odpocząć, nie?

Podsumowując: uznaję wycieczkę za udaną, bo była to jedna z niewielu wypraw „na luzie”. Niby był ogólny plan i się go trzymaliśmy, ale nie było czuć jakiegoś pośpiechu (może tylko przy wschodzie słońca) i miło było spędzić czas w tylko-azjatyckim środowisku. Na plus mogę zaliczyć nocleg i generalną cenę całej wycieczki (wyszło ok. 330元 od osoby), towarzystwo i klimat. Na minus? To, że Chińczycy gdyby mogli, obiletowaliby WSZYSTKO. Pewnie nawet robienie zdjęć „ot tak”, gdzie w tle jest cokolwiek ładnego.

Dzisiejszy wpis jest prawdopodobnie moim ostatnim przed wyjazdem, bo w sobotę ruszam do Wiednia, a stamtąd, po 22-godzinnej przesiadce, lecę do Pekinu. Nie wiem, jak szybko załatwią nam w akademiku internet, ale trzymajcie rękę na pulsie. Dam Wam też znać na Facebooku. Do usłyszenia!

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline