Press "Enter" to skip to content

Czy białas może oddać krew w Chinach?

Zawsze cieszyłem się, kiedy tata wracał z punktu krwiodawstwa z ośmioma czekoladami, które mogliśmy z siostrą spałaszować. Wiedziałem też, że pomaga tym samym ludziom potrzebującym. Możliwość uratowania komuś życia (i czekolady!) były wystarczającą zachętą, bym sam po skończeniu osiemnastu lat, pobiegł z samego rana by oddać krew pierwszy raz.

Od tamtego czasu minęło już 7 lat, a ja w tym czasie upuściłem ze swoich żył ponad 10 litrów posoki. Nie robię tego zbyt regularnie, chociaż staram się, żeby jednak oddawać krew chociaż raz na trzy miesiące (mężczyźni mogą minimalnie co dwa). Bo dlaczego nie? Udało mi się to już w rodzinnej Mławie, w Poznaniu, w Gdańsku. Jeśli jadę gdzieś, i wiem, że będę mógł to zrobić, to biorę ze sobą legitymację i oddaję w różnych, dziwnych miejscach. Na przykład na przystanku Woodstock (byłem chyba pięć razy, a tylko raz nie mogłem, ze względu na zabieg który przeszedłem niedługo wcześniej). Oddawanie krwi na Woodstocku jest sympatyczne: niby wszyscy gadają, że jest ona wtedy gazowana, ale ja nigdy nie zaczynam pić alkoholu do czasu, aż nie pójdę do krwiobusu. A do tego zawsze można liczyć na ciepły posiłek, konserwę, koszulkę i inne fanty, często bardzo przydatne w polowych warunkach.

877109976932019471

Kiedy jestem zagranicą, też staram się być dobrym człowiekiem: udało mi się oddać krew w Hiszpanii, a wczoraj… w Pekinie. Tak, wiem jakie jest pojęcie większości ludzi na temat higieny w Chinach. I tak, nie powiem, bałem się trochę. Ale może od początku.

Idąc wczoraj na dworzec kolejowy po bilety, zauważyłem autobus krwiodawstwa, taki sam, jaki widziałem kilka dni wcześniej. Nie mogłem wtedy krwi oddać, bo paszport leżał w wydziale wizowym czekając na moje pozwolenie na pobyt. Tym razem paszport ze sobą miałem (bo do kupna biletu kolejowego jest wymagany).
Spytałem panów w rejestracji, czy chcą krew od białasa. „Jasne! Będzie nam bardzo miło! Ale pójdę spytam w busie, czy na pewno możesz.” – odrzekł jeden z nich, więc rozsiadłem się na stołeczku, wypiłem herbatę z kartonika i czekałem na werdykt. W tym czasie z ciekawości podeszło kilku Chińczyków, bo przecież skoro zagraniczniak będzie oddawał krew, to na pewno jest to jakaś fajna okazja! W końcu facet wyszedł z busa i spytał:

– Kolego, a kiedy przyjechałeś do Pekinu? Bo musisz tu być minimum miesiąc, żeby móc zostać tutejszym krwiodawcą.
– Hmm, czy ja wiem? Przyleciałem chyba dokładnie miesiąc temu. Albo miesiąc i jeden dzień więcej. – odpowiedziałem.
– A, jak miesiąc i jeden dzień to okej, bo jakbyś był tu tylko miesiąc, to nie mógłbyś oddać. No dobrze, to teraz wypełnimy kwestionariusz, złożysz kilka autografów i możesz iść na górę.

637163260885042734

Na górze trochę zmroziło mi krew w żyłach. Na stoliku pani doktor, która pobierała krew do próbek, leżała kartka. Na niej tabelka. W tabelce, pojedyncze krople krwi, każdej osoby, której pobrano próbkę. Dodawała kropelkę do jakiegoś odczynnika, a ten zmieniała kolor (albo go tracił). Na podstawie tego określała grupę krwi. I to by było ok, ale cholera, nie na kartce, na stole, na którym zaraz położę rękę do mierzenia ciśnienia. Ale ok, zagryzłem zęby starając się nic nie załapać jakiegoś bakcyla.

Pani zmierzyła mi ciśnienie, po czym pobrała krew, a ja mogłem iść do „strefy relaksu”, gdzie wypiłem kolejne soczki w kartonikach. Aha, musiałem wybrać, czy chcę oddać 200 czy 400 ml (w Polsce oddajemy zazwyczaj 450 ml). Potem już standard: siadaj na fotelu, opaska uciskowa na ramię, igła, kilka minut i po krzyku. Trochę wolno mi krew spływała, bo się odwodniłem (niby mamy tylko 24 stopnie, ale duchota niesamowita), więc dali mi jeszcze więcej wody i nie było problemu. Potem tylko plaster na dziurkę po igle, do tego różowy bandaż elastyczny „żebym nie musiał sam przyciskać” na dwadzieścia minut i można iść do domu.

Jak mówiłem: W Polsce dostaje się 8 czekolad (albo zbliżoną liczbę, chodzi o dużą ilość kalorii), ewentualnie jakieś inne gratisy. W Hiszpanii dostałem bakalie i kubeczek. A w Chinach? Pan kazał mi podpisać, po czym wręczył mi torbę. W torbie dwa soczki w kartonikach i jakiś karton. Do tego zaświadczenie o oddaniu krwi. Szybkie oględziny wykazały, że to trzypiętrowy pojemnik na żywność z funkcją termosu. Kiedy już odchodziłem, spytał jeszcze, czy chcę może rozkładane krzesełko. „Jasne!” odpowiedziałem. Tego się nie spodziewałem. Po chwili znajomi podrzucili mi pomysł, mówiąc „Przecież to zestaw pociągowego podróżnika po Chinach! Kupujesz bilet bez miejscówki, ale siedzisz bo masz krzesełko. Do tego jedzenie ciepłe, a nie tylko zupka chińska!”. I faktycznie, jak kiedyś spóźnię się z tym, żeby kupić bilet z miejscem do siedzenia, to zawsze mogę wykorzystać moje krzesełko. Póki co, robi za „półeczkę” na plecak.

180816889208906024

Przygoda zaliczona, dobry uczynek spełniony. Tymczasem żegnam się z Wami i do następnego!

PS: Z emocji zapomniałem cyknąć fotki autobusowi, więc zdjęcie ludzi rozmawiających z pielęgniarką jest z internetu.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline