Press "Enter" to skip to content

ChinaJoy Cosplay Carnival 2014

Dobry wieczór wszystkim!

Dzisiaj trochę inaczej niż zazwyczaj: niewiele zwiedziłem, niewiele się działo na zajęciach (poza tym, że oddali egzaminy i jestem na drugim miejscu pod względem ocen w grupie- musiałem się pochwalić, wybaczcie).
W Chinach, tak jak w Polsce, jest dzisiaj Dzień Pracy i zaczyna się majówka. Nie mam pojęcia o żadnych obchodach: nikt, ani Chińczycy, ani zagraniczni nic o tym nie mówili. Pewnie na placu Tian’anmen coś się działo, ale nie chciało mi się jechać samemu. Poza tym, pewnie byłby tylko pochód i masa przemów, których i tak bym nie zrozumiał.
Ale przejdźmy do dzisiejszego tematu: ChinaJoy Cosplay Carnival. Nie jestem już fanatykiem Japonii, mangi i anime (japońskie komiksy i animacja) tak jak kiedyś. Ale cóż, od czasu do czasu nadal lubię sobie coś przeczytać lub obejrzeć. I kiedy mam okazję, to chętnie wybieram się na jakieś spotkania czy konwenty. A nieodłącznym elementem konwentów są tak zwane cosplaye: czyli przebieranie się za różne postacie z ulubionych serii (niektórzy mogą też tworzyć własne kostiumy, wymyślone przez siebie).
A dzisiaj nadarzyła się wręcz fantastyczna okazja, żeby zobaczyć, jak takie wydarzenia wyglądają od strony chińskiej. Pomyślałem sobie: w sumie to chyba niezła okazja i warto spróbować! Przy okazji dowiedziałem się, że moja znajoma Chinka też ma zamiar jechać. Wybór był prosty. Miała z nami jechać jeszcze Magda, ale jednak się nie udało. Umówiłem się z resztą o 7.30 przy bramie uniwersytetu. Czemu tak wcześnie? Uznali, że jak nie mamy biletów to musimy jechać szybciej. Trochę nie chciało mi się wierzyć, ale uznałem, że może faktycznie coś w tym jest. Nie protestowałem zbytnio: poszedłem spać o normalnej porze i w sumie nie miałem problemu ze wstaniem. Tyle, że Chińczycy zaspali. Umówiliśmy się o 7.30, złazili się przez godzinę. O 8.30 ruszyliśmy do metra. No, ale cóż, przyzwyczaiłem się.

I ruszyliśmy. Część dziewczyn (byłem jedynym facetem) jechała już w stroju, inne uznały, że przebiorą się na stacji metra. Po dojechaniu na miejsce faktycznie, poleciały do toalety i zaczęły się stroić (w tym moja koleżanka). Zabawnie to wyglądało: praktycznie cała stacja została opanowana przez postacie z różnych anime lub gier. Widziałem Clouda z Final Fantasy, widziałem syna boga śmierci z Soul Eatera a także masę innych bardziej lub mniej znanych osobistości. Były też osobliwości, które mnie odrzucały: faceci w butach na obcasie przebrani za „kawaii” (słodkie) dziewczynki, w szkolnych mundurkach itd. Okropieństwo, ale co kto lubi.

Po jakimś czasie, kiedy dziewczyny były gotowe, ruszyliśmy ustawić się w kolejce, która miała być długa. Okazało się, że ludzie bez biletów wchodzili szybciej niż ludzie, którzy kupili je wcześniej. Na miejscu w sumie typowo konwentowo: pełno stoisk z najróżniejszymi akcesoriami: od przypinek, przez fanservice’owe poduszki ze słodkimi postaciami z różnych serii, żarcie, kończąc na pluszakach z Minecrafta. Druga połowa nie była niczym zastawiona, więc po prostu cosplayerzy robili sobie zdjęcia z innymi cosplayerami bądź pozowali do zdjęć z ludźmi bez kostiumów, czyli np.  ze mną. Było też kilka ponoć popularnych postaci w tym środowisku, dziewczyny zerkały na tych najbardziej obleganych i mówiły, że faktycznie są dość znani. W międzyczasie na scenie odbywały się jakieś pokazy i występy, do tego trafiłem na mini-turniej jakiejś karcianki, którą widziałem pierwszy raz na oczy. I chyba tematem się zainteresuję, bo mam ochotę pozbierać jakieś karty i pograć.

Co mi się nie podobało? Mając odniesienie do konwentów w Polsce, spodziewałem się większej ilości atrakcji, ale szczerze mówiąc to sam nie wiem czego. ChinaJoy Cosplay Carnival broni się tym, że sama nazwa konkretnie określa to, czym to wydarzenie jest, więc w sumie czepiam się niepotrzebnie, ale mimo wszystko, mogliby zorganizować coś więcej niż puste pole, jedną małą scenkę i sklepy. A, i zrobić coś z klimatyzacją w tej hali, bo wszyscy umierali (współczuję chłopakowi ubranemu w mundur chińskiego żołnierza, czy innym, dość mocno zakrytym ludziom, skoro mi w bojówkach i t-shircie było masakrycznie gorąco.
Zabawną sprawą było to, że nie widziałem ŻADNEGO obcokrajowca (nie-Azjaty) poza mną. W Pekinie mieszka ich przecież cała masa. No, ale nie każdy musi lubić takie klimaty i nie każdemu musi się chcieć jechać na cosplayowy konwent. Po prostu śmiesznie się czułem. Ludzie, mimo wszystko zachowywali się trochę bardziej cywilizowanie: raz czy dwa ktoś strzelił mi fotkę „na chama” celując aparatem w twarz bez pytania. Za to jak już pozowałem z kimś, żeby znajome zrobiły mi zdjęcie… Wtedy się zaczynało. One miały jeden lub dwa aparaty, a wokół zbierał się mały wianuszek ludzi, którzy też postanowili w ostatniej chwili zrobić zagranicznemu zdjęcie. Cóż, chyba nie musiałem dzisiaj nikogo cosplayować, bo obecność nie-Azjaty była wystarczająca. A, od razu i znajome Chinki były pytane, czy przypadkiem nie są Japonkami (dlaczego? Nie mam pojęcia, bo trzymają się ze mną?).
Po kilku godzinach łażenia uznaliśmy, że czas na nas (po drodze spotkaliśmy jednego ze znajomych dziewczyn) i uznaliśmy, że zanim wrócimy do akademików, trzeba zjeść coś dobrego. Padło na żarcie typowe dla stolicy. Ale nie, nie jedliśmy kaczki po pekińsku: był jakiś kompocik (smakował trochę jak kompot z suszu), były grzybki, jakieś gulaszowe mięso, pikantny ogórek i wydrążony chleb, w którym była papryka, ziemniaczki i trochę mięsa. W sosie curry, aczkolwiek żadne z nas nie powiedziałoby, że to curry. Ale to nic, nadal było smaczne, chociaż chleba nie odważyłem się zjeść (pisałem już, że chiński chleb jest paskudny? Napompowane, tostowe coś, często mające słodkawy posmak). A na deserek głóg (?) w galaretce. Masakrycznie słodki. Generalnie najadłem się za wszystkie czasy i było bardzo smaczne, polecam.
Miły dzień i nawet paskudny smog mi go nie popsuł. Ale po powrocie padłem do łóżka i spałem 3h, musiałem trochę odespać ten tydzień. Wieczorem wybraliśmy się jeszcze na herbatę. Zaryzykowałem i wziąłem mrożoną herbatę z mlekiem z dodatkiem puddingu i czerwonej fasoli (tak, tutaj często można spotkać herbatę/mleko/kawę z czerwoną fasolą). Smakowało dziwnie, pudding zakrzepł (przez ten lód), a fasola miała faktycznie fakturę fasoli, ale… no, była dziwna. Spróbuję jeszcze nie raz, bo w sumie to ciekawe doświadczenie.
Jutro jedziemy poszukiwać książek do egzaminu HSK i przejrzeć elektronikę, a nuż kupię sobie jakieś słuchawki. W sobotę zaś lecę z Magdą, Chinką i jej kolegą na karaoke. Z rana. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Może nie wykrwawią się przez uszy słysząc moje zawodzenie. Tymczasem kończę i do usłyszenia!

Komentarze

One Comment

  1. Żena
    Żena 2014-05-01

    Całkiem fajnie się czyta te Twoje wypociny, musze tu częściej zaglądać :-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline