Press "Enter" to skip to content

Co robić w weekend? Iść do parku, rzecz jasna!

No, to wróciłem na zajęcia. Wczoraj, czyli w poniedziałek, było jeszcze wolne, bo było 清明节, czyli chińskie święto zmarłych. Nie mam pojęcia jak oni je obchodzą, bo żaden ze znajomych Chińczyków się nie przyznał, nikt praktycznie o tym święcie nie mówił, a tylko planował, co by tu porobić w długi weekend.

 

W piątek po zajęciach znowu pojechaliśmy do 北海公园, czyli parku Beihai. Tym razem udało nam się zwiedzić całą drugą stronę, którą poprzednim razem pominęliśmy. I całe szczęście, że w piątek się tam nie zapuściliśmy: spędziliśmy tam całe popołudnie i kawał wieczoru i nadal nie przeszliśmy całości. Jakież to jest wielkie. Jakież malownicze miejsca. No czasem serio czułem się, jak żywcem wyjęty z jakiegoś starego azjatyckiego filmu. Z resztą, zobaczycie pewnie na zdjęciach. Dla takich miejsc właśnie tutaj przyjechałem. I choć wszystkie wyglądają bardzo podobnie, bo nie ma takiej różnorodności architektonicznej, to nadal ma to swój urok. Najbardziej urzekła mnie panorama Pekinu: z jednej strony mamy Zakazane Miasto, czuć że jest starożytne i w ogóle, a zaraz obok wyrastają wieżowce. Świetne.
Miejsce to było niegdyś ogrodem cesarskim. Centralną częścią parku jest wyspa, na której znajduje się góra. Na jej szczycie góruje nad wszystkim wielka lamaistyczna Biała Dagoba. Na samej wyspie udało nam się też wejść do dzwonnicy. Cóż, nie ma co gadać, miejsce jest śliczne, chociaż jedna ze znajomych stwierdziła, że sama Dagoba wygląda lepiej z dołu i z daleka niż kiedy już się wejdzie na szczyt. Właściwie to miałem podobne odczucie. Nieważne: dzieje się dużo. Natrafiliśmy nawet na jakiś kameralny koncercik.
W poprzednią środę mieliśmy małe wydarzenie uniwersyteckie: Chińczycy z prowincji Yunnan i my, Polacy, przedstawialiśmy swoje małe ojczyzny. Było zabawnie, mieliśmy jakieś gry i zabawy, nasi upiekli ciasteczka (ja nie!), a potem był moment, żeby w końcu poznać jakichś Chińczyków z krwi i kości, bo wcześniej właściwie nie mieliśmy z nimi styczności. No i tak załapałem kilka kontaktów na WeChacie.

 

W sobotę więc wybraliśmy się niewielką grupą do parku 玉渊潭 (Yuyuantan). Pojechaliśmy koło południa, ludzi było ogromne zatrzęsienie, wręcz nie było jak przejść. No, ale było międzynarodowe towarzystwo, tj. dwójka Polaków, Koreańczyk, Wenezuelczyk i dwóch Chińczyków. Było o czym gadać, były kuso odziane dziewczęta: czego chcieć więcej? W Yuyuantan można kupić sporo przysmaków z różnych zakątków Chin (a nawet hiszpańskie churros!). Przy jednym ze stoisk spotkaliśmy dziewczyny przebrane w strój mniejszości etnicznej Miao, z którymi strzeliliśmy sobie po zdjęciu. Jakież było ich zdziwienie, jak zobaczyły że mówimy po chińsku! Resztę dnia spędziliśmy na odpoczynku, bo nogi nadal mnie bolały po piątkowej wyprawie do parku Beihai. A, i napisałem do jednej dziewczyn poznanych w środę czy nie chce wyjść gdzieś na spacer.

 

I tak w niedzielę wyszliśmy razem. We trójkę, bo wzięła kolegę. Ale się nie dziwię: obcy facet pisze do niej i pyta o wyjście, a zamieniliśmy ledwo kilka słów. Nieważne. Pierwszym punktem spotkania była świątynia 万寿寺 (Wanshousi), nieopodal naszego kampusu. Wiedziałem o niej od przyjazdu, ale nigdy nie było okazji tam pójść. A dzięki temu, że wybrałem się tam razem z Chińczykami, poznałem trochę historii, poopowiadali mi o religii i w ogóle.
Kompleks świątynny jak w to w Chinach, architektonicznie podobny do innych. Wielkie posągi osiemnastu ważnych w buddyzmie postaci, posągi Buddy i w ogóle. Na zdjęciach możecie też dostrzec czerwone tabliczki z wypisanymi ręcznie życzeniami. Wierzący Chińczycy wieszają je, gdy chcą o coś prosić swoje bóstwa. Moim zdaniem ładna tradycja i dobrze, że nadal ją kultywują. W trakcie przechadzek po kompleksie świątynnym natknęliśmy się jeszcze na dziewczynę przebraną w ludowy strój podczas sesji zdjęciowej. Nawet zgodziła się zrobić zdjęcie!

 

 Dodatkową atrakcją w Wanshousi na czas obecny jest wystawa czapek. Według moich znajomych, w chińskiej erze starożytnej (do 1911r.), matka, po urodzeniu dziecka, szyła mu czapeczkę. Na czapce obowiązkowo znajdował się podwójny znak 喜. Oznacza on „być szczęśliwym”, „lubić coś”. Znaczenie było dobrym powodem do umieszczenia go na czapkach. Obecnie, np. podczas wesel chińskich, wiesza się podwójny znak 喜 w miejscu wesela (tak mówiła nam nauczycielka i tak mieliśmy w czytance!). Co do czapeczek: wzory są różne: od psa, przez tygrysa, motylki, kwiaty lotosu (z dzieciątkami pośród płatków, bo dzieci w Chinach biorą się właśnie z kwiatu lotosu) i inne. Zdjęcia nie są zbyt cudowne, bo wszystkie czapki były w gablotach, ale mam nadzieję, że coś uda Wam się zobaczyć. Wspominałem już, że przydałby mi się lepszy aparat? Ten nie ma nawet stabilizacji…

 

Po świątyni, kolega uznał, że musi spadać bo ma jakiś koncert muzyki z anime, czy czegoś innego: nie potrafili mi za bardzo wyjaśnić, więc wybraliśmy się do 紫竹院公园, czyli Zizhuyuan Gongyuan: parku bambusowego. I faktycznie, o ile w poprzednich było sporo japońskiej wiśni czy innych drzew, tak w tym przeważają bambusy. I to jest właśnie egzotyczny widok dla Europejczyka takiego jak ja! Do tego trochę wody i śliczne widoczki i człowiek jest szczęśliwy. I nie było tylu ludzi co w Beihai czy Yuyuantan, więc można było odsapnąć od biegu i tłoku. Spotkaliśmy nawet cosplayowców na sesji zdjęciowej, ale do tych już nie podchodziłem, bo ich kostiumy nie były takie ładne jak pani z Wanshousi.

 

Po parku wybraliśmy się jeszcze do restauracji. Dziewczyna jest z Yunnanu, więc zaproponowała knajpę z takim właśnie jedzeniem. I nie powiem, było bardzo smacznie! Zaczynając od wieprzowiny z jakimś rodzajem kiszonej kapusty i innych warzyw, przez smażoną wołowinę na ostro, makaron ryżowy na słodkim chińskim alkoholu kończąc. Niebo w gębie. Piekło jest jednak lepszym określeniem, bo większość była pikantna. Najbardziej jednak zaskoczyły mnie dwie potrawy: dziwna, brązowa papka owinięta w liść. Do teraz nie wiem jak określić jej smak. Niby to słodkie, ale też tak nie do końca. Nieważne, było całkiem smaczne. Drugą pozycją był wydrążony ananas z ryżem w środku. Ale nie był to zwykły ryż. Były w nim skrawki ananasa właśnie, przez co całość miała intensywnie ananasowy smak. Mocno słodkie i przepyszne, jeśli będziecie mieli okazję spróbować: polecam! Ananas prawie cały jednak wrócił ze mną do akademika, bo po prostu nie daliśmy rady już więcej zjeść, a dzięki temu reszta Polaków sobie posmakowała. Cena? Wydaliśmy 160 yuanów (80zł) za dwie osoby. Za taką wyżerkę i klimacik, myślę że to rozsądna cena.

 

Cholera, rozpisałem się, a to tylko raptem trzy parki, świątynia i restauracja. Jutro postaram się napisać o moim wczorajszym wyjściu do fryzjera, bo też jest o czym pisać! Ale to jutro. Tymczasem trzymajcie się ciepło!

Komentarze

One Comment

  1. Anonimowy
    Anonimowy 2014-04-09

    foteczek tak dużo :3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline