Press "Enter" to skip to content

Coś się kończy, coś się zaczyna

Zacznę może mało oryginalnie: tytułem zbioru opowiadań Andrzeja Sapkowskiego. Ale pasuje mi do sytuacji.

Dawno nie pisałem i, wierzcie mi lub nie, ciągle plułem sobie w brodę. Plułem sobie, że nie piszę, bo mi się nie chce, bo nie wiem o czym napisać, bo… Powodów było mnóstwo. Z drugiej strony, odkładałem moment powstania kolejnego wpisu jak tylko mogłem… też właściwie nie wiem dlaczego. 

Czas chyba rozliczyć cały wyjazd, w sumie nawet dwa wyjazdy. Nie wiem, czy dam radę w jednym wpisie, nie wiem czy w ogóle sobie z tym poradzę: podsumowania nigdy nie były moją mocną stroną. Ale spróbuję, a to się chyba liczy. Wszak od mojego powrotu do Polski minął już prawie miesiąc, a ja jeszcze nie napisałem NIC.

I tak, po niemalże roku w Chinach, moja przygoda z tym krajem się skończyła. Przynajmniej na razie, bo mam nadzieję jeszcze wrócić, ale nie uprzedzajmy faktów, bo jak będzie w przyszłości, nie wiem. Wiem za to, że czeka mnie dużo pracy na uczelni, bo o ile ten semestr nie będzie taki zły, tak kolejny to już katorżnicza praca (będę musiał zaliczać przedmioty z poprzedniego oraz tego programowego, więc dwa semestry w czasie jednego). Nic, trzeba zakasać rękawy i dać z siebie wszystko: zupełnie tak, jak robiłem to ponad rok temu, zaczynając naukę na sinologii.

Jadąc do tak dalekiego kraju, nie spodziewałem się, że poznam tam tak wielu przyjaciół, przeżyję tyle przygód i że wiele rzeczy, o których czytałem w internecie czy książkach okaże się pisanymi na wyrost bredniami. Powiedzmy sobie szczerze: Chiny to inny kraj, inna kultura, ale nie jest ona, w dobie amerykanizacji, aż tak odmienna od naszej, przynajmniej w dużych miastach. Chińczycy zafascynowani są Zachodem i przejawia się to w każdym niemalże aspekcie życia codziennego. Reklamy, filmy, zapożyczenia językowe, a nawet produkty spożywcze. Fakt, chińskie znaki otaczają nas wszędzie i ciężko bez nich funkcjonować, ale, po głębszym poznaniu, łatwo jest się nam odnaleźć.

Co mnie bardzo bolało w Pekinie (mam nadzieję, że dotyczy to tylko Pekinu) to to, że Chińczycy zatracają swoje tradycje. Mieliśmy ze znajomymi dwa podejścia do świętowania chińskich świąt: Festiwal Smoczych Łodzi i Święto Środka Jesieni. Wybraliśmy się w kilka miejsc, gdzie powinny być owe tradycje przestrzegane: do dużych parków miejskich, ze sporymi jeziorami. Co dostaliśmy? Zamiast smoczych łodzi (które zobaczyliśmy, dwie na brzegu, od dawna nieużywane)- komercyjne łodzie-kaczki (takie jak w wannie). Święto Środka Jesieni też nie wyglądało wcale lepiej: popatrzyliśmy na księżyc, podczas zajęć zjedliśmy księżycowe ciastko… Ale to wszystko. Znajomi Chińczycy tłumaczyli mi to tym, że kiedy jeszcze mieszkali z rodzicami, obchodzili więcej świąt. Teraz po prostu nie mają czasu, nie chce im się, albo nie robią tego, żeby nie tęsknić za domem.

Prawda jest taka, że wydało mi się to bardzo smutne: podczas, gdy nie kultywują własnych tradycji, bardzo ochoczo podchodzą do, chociażby, naszego Bożego Narodzenia. I nie, nie jest to „obchodzenie” Świąt w naszym rozumieniu tego słowa. Po prostu, w wielu miejscach czuć po prostu świąteczny klimat, są organizowane jarmarki bożonarodzeniowe… Ale wszystko jest wydmuszką. Na stołówce stał nawet św. Mikołaj z saksofonem, była choinka, twarze Mikołajów rozwieszone przy każdej kasie, a kasjerki miały nawet czapki Mikołaja. Co z tego, kiedy na zajęciach nawet nie było wspomniane o Świętach. I całe szczęście, że zebrała nas się grupa Polaków i przygotowaliśmy wspólnymi siłami chociaż namiastkę Wigilii, bo pierwszy i drugi dzień Świąt spędziłem w klasie (sporo nauki, niestety). Cóż, było to już moje drugie Boże Narodzenie poza domem, tym bardziej bolesne, że osoba na którą najbardziej liczyłem, miała „ważniejsze sprawy” i musiała siedzieć na spotkaniu zamiast razem śpiewać kolędy. Cóż, czego ja się spodziewałem?

 Jeden z najbardziej chińskich widoków: rzut na Zakazane Miasto od parku 景山.

Wiem, że to, że polubiłem ten kraj to zasługa wykładowców, ludzi z grupy i wielu innych czynników, bez których nie chciałbym spędzić tam trzech tygodni. I tak, za każdym razem po trzecim miesiącu w Pekinie zaczynałem mieć wszystkiego serdecznie dość. Ludzi, upierdliwości, ciekawskich spojrzeń, traktowania mnie jak wyrzutka… To wszystko tutaj było. Wiele razy pisałem, że bardzo miło jest tutaj być białym: odbieranym jako gwiazda. Tak, ale właśnie przez pierwsze trzy miesiące, dopóki nie widzi się, że większość Chińczyków nie widzi w Tobie poczciwej białej twarzy, a po prostu wypchany portfel, czy wręcz worek pieniędzy… Albo głupiego 老外 (laowai, określenie na obcokrajowca)…

Do tego dochodziły problemy mojej dziewczyny: bycie ocenianą za to, że jest dziewczyną białego, że chodzi do niego do akademika… Ostatnio, moja koleżanka (pół-Hiszpanka, pół-Koreanka) powiedziała mi, że jeszcze nigdy nie czuła się tak bardzo oceniana jak w Korei (pojechała tam dopiero teraz, na studia). I myślę, że to dobitnie pokazuje, jakie są społeczeństwa azjatyckie. Kolektywność ponad wszystko. I zachowanie „twarzy”. Ciągłe myślenie „co powiedzą o mnie inni? nie wygłupię się?”… Trudny temat dla mnie, Polaka. Rozumiem, my też mamy takie myśli, też lubimy plotkować i narzekać (co robię w tym momencie), ale na Boga, nie podporządkowujemy temu całego naszego życia, prawda?

Narzekam, narzekam, ale gdyby mnie spytano, czy chciałbym spędzić tam kolejne pół roku, rzuciłbym wszystko i wracał. Jasne, że bym chciał. Nie minął jeszcze miesiąc, a ja już tęsknię za tak wieloma rzeczami, że nie jestem w stanie tego zliczyć (a o tym będzie chyba mój następny tekst). Jeśli miałbym powiedzieć czego żałuję, to tego, że nie zwiedzałem więcej. Zawsze sobie mówię, że na to przyjdzie jeszcze czas, że następnym razem wszystko obskoczę i… nie wychodzi. Nie wiem, czasem serio mi się nie chciało, czasem brakło pieniędzy… Ech, kiedyś się uda!

No dobrze, to była część notki, do której odnosił się pierwszy człon tytułu. Co z drugą? No właśnie. Mierzi mnie to strasznie, bo nie będąc w Chinach, nie będę już miał takiej możliwości opisywania wszystkiego z „pierwszej ręki”. Mam co prawda jeszcze materiału (a raczej miałbym, gdyby chciało mi się to opisać) na kilka-naście wpisów, ale… Co potem? Czy nie jest tak, że odkładam tylko nieuniknione a blog praktycznie już teraz jest martwy? Nie wiem, ale czuję wewnętrzną potrzebę dopisania jeszcze tych kilku wpisów, a co będzie potem… Okaże się. Albo zostawię to dla potomnych, albo będę dalej pisał, albo… Naprawdę, nie wiem. Co o tym sądzicie?

Komentarze

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline