Press "Enter" to skip to content

CYU wita nowych studentów

Jak wspomniałem w ostatnim wpisie, dzisiaj będzie trochę o tym, jak CYU wita nowych studentów. I reszta moich spostrzeżeń na temat tych wydarzeń.Pamiętacie swój pierwszy dzień na uczelni? Ja całkiem nieźle, chociaż było to sześć lat temu. Rodzice zawieźli mnie pod gmach Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Gdańskiego, gdzie odebrałem legitymację, poznałem kilka osób, z którymi miałem być na roku i poszliśmy na piwo do Manekina. Na drugi dzień były inauguracje: ogólnouczelniana i wydziałowa. Nudy jakich mało, ale wysiedziałem (chociaż znajomi mówili: „Nie idź!”).

Jak wygląda to w Chinach? Ano, jak pewnie już zauważyliście na pierwszym zdjęciu: już przy głównej bramie uczelni, rozwinięty jest czerwony dywan, jest wielki napis „WELCOME TO CYU” z balonów, do tego miejsce do robienia zdjęć (jako, że moja uczelnia jest uczelnią partyjną, to oczywiście jest logo młodzieżówki komunistycznej), do tego chodzi ogromny miś, z którym też można cykać sobie kolejne pamiątkowe zdjęcia.

IMG_20160826_134031

Co dalej na uczelni? Tak jak pokazywałem wcześniej, całe targowisko z rzeczami przydatnymi w akademiku (przedłużacze, wiadra, wieszaki, miski i wszystko inne), a także dalej karty China Mobile, czy abonament na pralnię. O tym pisałem już przedwczoraj, nie ma sensu roztrząsać. W wielu miejscach na całym kampusie rozstawione są stoiska należące do różnych wydziałów. Wtedy student musi tylko odnaleźć odpowiednie i już może się rejestrować. Potem jeszcze wyrabia sobie kartę (kampusową, którą się doładowuje, a potem można płacić w sklepach czy na stołówkach na terenie kampusu).

IMG_20160826_133622

Trochę przeraził mnie widok biednych rodziców, targających za swoimi pociechami wielkie torby i walizy. I nie mówię tu o ojcu, który przyniesie jakiś duży i ciężki pakunek małej córeczce. Widziałem dziewczynę, która szła przed swoją matką z małą torebusią, a rodzicielka taskała ogromną torbę wyładowaną po brzegi. Trochę mi szkoda, ale to pokazuje, jak bardzo rodzice w Chinach rozpieszczają swoje dzieci. Bo przecież mają zazwyczaj tylko jedno dziecko i chcą, żeby miało świetlaną przyszłość. Ale o tym kiedy indziej.

IMG_20160826_134459

Wszystkie te obchody dotyczą głównie „studentów”, czyli ludzi uczęszczających na studia pierwszego stopnia. Magister w Chinach postrzegany jest już bardziej jako tytuł naukowy i mam wrażenie, że studentów kończących licencjat, a zaczynających magisterkę, jest mało.

Co z magistrantami? Podszedłem na początku do studentów prowadzących rejestrację „świeżaków” z dziennikarstwa i komunikacji, ale jak usłyszeli, że idę na drugi stopień, odesłali mnie do auli. Tam dowiedziałem się, że mam się zarejestrować jednak u nauczycielek zajmujących się studentami z zagranicy, toteż tam potruchtałem. Ostatecznie były nas 4 osoby: kobieta z Pakistanu (przyjechała z mężem i dzieckiem, będzie studiować komunikację), Egipcjanin (idzie na biznes), Mongołka (finanse) i ja. Po poznaniu dziekanów odpowiednich wydziałów, poszliśmy w końcu do auli, gdzie trwała rejestracja. Dostaliśmy jednak tylko trochę gadżetów, zostaliśmy zaproszeni na wieczorki zapoznawcze i… właściwie to nic więcej. Wśród gadżetów jest „pierścień”, który przykleja się do tyłu telefonu, żeby już nigdy nie wypadł z ręki i żeby można było zostać stuprocentowym zombie, przypinka, bardzo ładny notatnik (wszystko oczywiście logowane nazwą uczelni) i trochę innych informatorów.

737661077426413951

Wieczorem ruszyłem na spotkanie zapoznawcze z opiekunką roku. Wchodzę, przywitałem się, nauczycielka stała tyłem. Usiadłem w wolnej ławce i słyszę, jak mówi. Szybko jak z karabinu maszynowego. Wytłumaczyła się, że w Chinach w wiadomościach, jest ustalone, że trzeba mówić nie wolniej niż 300 słów (właściwie na nasze to sylab) na minutę. Spróbujcie tak pogadać, zobaczycie że to serio mordercza prędkość. No, ale że jestem biały to może zwolnić… do 250. Dzięki, pani Cui! Pogadała, że mamy się uczyć przez te 3 lata, że najważniejszy jest pierwszy rok i że będę miał postawione takie same wymagania jak reszta studentów. Następnie wybrała dwie osoby, które miały „poprowadzić” resztę wieczoru. Skończyło się na tym, że każdy wstał, napisał swoje imię na tablicy, powiedział skąd jest i… rozeszliśmy się. Kurczę, a liczyłem na WIECZOREK ZAPOZNAWCZY. Chociaż jakieś piwo! Albo po chińsku, jakieś karaoke! Ale nie. Dwie dziewczyny wzięły moje namiary na WeChata, żeby był kontakt i papa.

Aha, z ciekawostek: mam na roku niecałe 20 osób (i drugie tyle w grupie/na kierunku Komunikacja). Dwie dziewczyny nazywają się tak samo (雷蕾, Lei Lei). Inna nazywa się… Żółty Zielony Niebieski (黄绿蓝). Pomysłowo, nie? Chińskie imiona są super.

No, więc tak minął dzień na uczelni. Jutro o 7 rano jadę na badania do wizy, potem widzę się ze starymi wykładowcami na kolacji. Przez całe półtora roku w Polsce miałem z nimi jako-taki kontakt, udało się go utrzymać.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline