Press "Enter" to skip to content

Jak smakuje jaszczurka i skorpion?

Dzień dobry wszystkim! W końcu mamy weekend, mogę odpocząć. Ale trzeba się będzie jutro mocno za naukę wziąć, bo w następnym tygodniu czeka mnie kilka testów, może nie być łatwo. Ale to nic, ja nie o tym dzisiaj. Kto ma mnie na Facebooku, ten widział pewnie zapowiedź tego wpisu. Z resztą, wczoraj zapowiedziałem go też tutaj: Wangfujing i dziwne potrawy! Jeżeli ktoś ma słabe żołądki, może nie odpalać filmików, które zamieszczę. Zdjęcia nie powinny być jakoś specjalnie szokujące, ale nadal oglądacie na własną odpowiedzialność. Ale od początku.

Po zajęciach czekałem. Mieliśmy jechać, ale nikt nie wiedział kiedy, więc po jakimś czasie się wkurzyłem, zebrałem manatki, zadzwoniłem do Magdy (jest na innym uniwersytecie w Pekinie, dodatkowo jest kamerzystką z dzisiejszych filmów) i umówiliśmy się, że pojedziemy pierwsi, a reszta dojedzie. Nie trzeba było czekać, reszta jakoś też się zebrała i razem wszyscy pojechaliśmy metrem na miejsce.

 

Cały deptak Wangfujing robi wrażenie: luksusowe sklepy, dużo butików, herbaciarnie i restauracje. Do tego wieczorem pełno neonów… No, jest ślicznie, czego może zdjęcia nie oddadzą, ale jeśli Wam się jakimś cudem spodobają, to wiedzcie, że na żywo jest jeszcze ładniej. No, ale Wangfujing to nie tylko główny deptak, ale też boczne, ciasne uliczki od niego odchodzące. I to tam są prawdziwe tłumy. Znajdziecie tam najróżniejsze chińskie jedzenie, stragany z pamiątkami, biżuterią, salony gier (jak w amerykańskich filmach!) i właściwie wszystko czego dusza zapragnie. Jest nawet pan strugający grzebienie.

Jednym z kilku celów na wczorajszy wieczór było zjedzenie czegoś dziwnego. Na początek miały iść skorpiony, bo znajoma mówiła, że są całkiem smaczne. Chodziłem po różnych stoiskach, widziałem świerszcze, małe skorpiony, duże skorpiony, koniki morskie, jaszczurki. Wszystko do zjedzenia po uprzednim usmażeniu na głębokim tłuszczu. Po przejściu pośród tłumów i przejrzeniu „oferty” znalazłem stragan, z którego miałem ochotę coś kupić (było taniej i obsługa wydawała się milsza). Pytam ile za skorpiona: pani odpowiada, że piętnaście. „Dobra, poproszę” mówię. Pani wrzuca patyk z trzema skorpionami na tłuszcz, ja płacę. Czekam obserwując, jak niektóre (z tych nieusmażonych jeszcze) poruszają nóżkami. Trochę smutne, ale co poradzić. Po chwili dostaję kijek ze skorpionami i proszę Magdę żeby nagrywała moją mowę pożegnalną. Ręce mi się trzęsą (może na filmiku nie widać, ale wierzcie mi na słowo), ale czego nie robi się „w imię dziennikarstwa”?

Zjadam wszystkie trzy. Żyję. Może trucizna zadziała później. Odchodzimy trochę, zaczynamy oglądać jakieś stoiska z pamiątkami. Magdzie rzuca się w oczy spinka do włosów w kształcie pawia. Kupuje, a ja mam ochotę nakręcić jeszcze jeden film. Wracamy do stoiska, mówię, że chciałbym konika morskiego, ale dziewczyna protestuje, mówi że zemdleje i nie będę miał operatora. No cóż, pada na jaszczurkę, przecież pięknie wyglądają tak rozciągnięte jak żagiel na maszcie. Procedura ta sama. I degustacja.

Właściwie nie wiem do czego mogę porównać te smaki. Są po prostu tłuste i słone. Ale nieważne. Idę tak przez Wangfujing zajadając się jaszczurką. Zaczepiają mnie ludzie pytając czy dobre. Niektórzy tylko patrzą z lekką degustacją. No cóż, czemu miałbym nie spróbować? Nie było złe, ale drugi jaszczurki bym nie kupił. Skorpiona może, ale jaszczurki nie.

Kierujemy się w stronę straganów, wołam za koleżanką: „Martyna!”, po czym jakaś pani straganiarka słyszy to i powtarza za mną. Podchodzi do mnie od tyłu, klepie w plecy i mówi „kam hir!”, idę za nią do namiotu, a ona pokazuje mi jakiś chiński obraz i pyta ile zapłacę. Mówię, że na razie nic, że przyjadę tu jak będę wyjeżdżał, za kilka miesięcy. „Promise?”- pyta. „Promise.”- odpowiadam i czym prędzej się oddalam. Zabawni są ci ludzie.

Dziewczynom zachciało się już wracać, a ja chciałem poczekać na to, aż zrobi się ciemno i będę mógł obfocić trochę tych neonów. Poszliśmy więc do herbaciarni na Bubble Tea, czyli herbatę z mlekiem i kulkami tapioki. W Polsce widziałem już to w kilku miejscach, więc niektórzy z Was pewnie kojarzą. Tu, w Chinach jest całkiem popularne, bo są różne smaki i w ogóle. Generalnie lubię sobie od czasu wypić na gorąco. Wczoraj mi się jednak nie udało, bo po zamówieniu dwóch przez dziewczyny, podszedłem do lady z wyciągniętą kasą, ale pani zajęta była pomocą w przygotowaniu i chyba trochę mnie ignorowała. No cóż, trudno, nie upominałem się specjalnie.

Po bubble tea uznaliśmy, że czas na nas i trzeba wracać powoli do akademika, a to prawie pół Pekinu do przejechania. Po drodze spróbowałem jeszcze truskawek na patyku w stopionym cukrze (to się nazywa karmel?). Smaczne. I zadziwiająco soczyste, zawsze miałem wrażenie, że chińskie truskawki wyglądają (więc i smakują) jak ich hiszpańskie odpowiedniki: duże i prawie bez smaku. Ale jednak nie, były smaczne.

I tak skończyła się wizyta na Wangfujing. Lubię to miejsce, pewnie jeszcze nieraz się wybiorę. Tymczasem będę kończył, bo trzeba się czymś zająć (chociaż pewnie dalej będę się lenił dzisiaj). Nie wiem kiedy teraz będę się odzywał, ale na pewno dam Wam jakoś znać. Trzymajcie się!

Komentarze

2 komentarze

  1. Anonimowy
    Anonimowy 2014-03-23

    Podziwiam za odwage i mocny zoladek..niestety scorpion I jaszczurka jako pokarm nie wchodzi w rachube,,w moim wydaniu..ha ha ha.Pozdrawiam :-)

  2. […] punktem wycieczki, jako że byłem trochę przewodnikiem, był niezastąpiony Wangfujing, gdzie kiedyś jadłem skorpiony i jaszczurkę (a dziewczyny też koniecznie chciały spróbować czegoś takiego) i wielka księgarnia. Kurczaki, […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline