Press "Enter" to skip to content

Jak wielki jest Wielki Mur?

Cześć wszystkim! Dawno nie pisałem, bo i czasu nie było i zbytnio nie było o czym pisać. A nie chcę Was zanudzać postami typu „dzisiaj wstałem jak każdego dnia o 8, nie zjadłem śniadania i poszedłem na zajęcia, potem miałem obiad, znowu zajęcia, a potem praca domowa i spać”. No, ale dzisiaj w sumie mam o czym pisać, bo jest sobota, a ja niedawno wróciłem z jednej z najbardziej znanych atrakcji turystycznych w Chinach.

 

O Wielkim Murze słyszeli chyba wszyscy: całościowo miał jakieś 2400km długości, był systemem ochronnym przeciwko najazdom ludów z Wielkiego Stepu, a także osłaniał chińską część Jedwabnego Szlaku. Obecnie jest jednym z siedmiu nowych cudów świata.

No, ale od początku. O 7.30 wyjechaliśmy spod kampusu za miasto, żeby dojechać do miejsca docelowego, czyli 八达岭 (Badaling). Tutejsza część Muru została wzniesiona w 1505r., jest najlepiej zachowana (i odrestaurowana) i ponoć co roku odwiedza ją 100 milionów turystów. Po jakiejś godzinie spokojnego snu w autobusie, byliśmy na miejscu. Jeden z wykładowców powiedział tylko, że możemy robić co chcemy i mamy wrócić o 12.30 (co dało 3h spokojnej wspinaczki, wystarczająco dużo żeby się zmęczyć).

 

Po wyjściu- parking jak parking, ale z daleka widzieliśmy już, że będzie ciekawie, bowiem po drodze mijaliśmy kolejne wejścia, a także na szczytach gór majaczyły kawałki fortyfikacji. Po przejściu kilkudziesięciu metrów przywitało nas wejście, przy którym obowiązkowo trzeba było trzasnąć kilka fotek. Co tu dużo mówić: kupili nam bilety i pozwolili iść gdzie chcemy. Mieliśmy do wyboru dwie drogi: prawą lub lewą. Wybraliśmy prawą (co było ponoć błędem, bo lewa piękniejsza, ale nikt nam o tym nie powiedział) po szybkim zbiciu się w małe grupki, ruszyliśmy na podbój (prawie jak Mongołowie setki lat temu, hehe).

Łażąc tak po tych wytartych już kamieniach, patrząc na cegły calutkie pokryte wydrapanymi imionami i innymi inskrypcjami, podziwiając widoki (dzisiaj lekki smog, ale nie przysłaniał nieba i nie psuł widoczności) i przedzierając się przez tłumy turystów, ciągle czułem, że jestem w miejscu, które ma za sobą kawał historii i przetrwało kilkaset lat. Podobało mi się tam cholernie, i jeśli tylko będę miał okazję, to wrócę, niejeden raz! Ogrom, ilość ludzi i pejzaże potrafią nieźle pobudzić wyobraźnię.

 

 

Na uwagę zasługuje też zachowanie Chińczyków wobec nas, ludzi z Zachodu. I właśnie grupka 5 Polaków, w tym dwójki blondynów, nie ma w Chinach łatwo. Zwłaszcza w miejscach turystycznych, gdzie każdy turysta ma pod ręką aparat, którym może próbować ukradkiem cyknąć zdjęcie. No i tak, możemy ich zachowania podzielić na kilka grup:

  • ukradkowe robienie zdjęć i udawanie, że wcale ich nie robią;
  • jawne strzelenie fotki grupie białych;
  • poproszenie o wspólne zdjęcie.

Jest ich z pewnością więcej, ale te są najbardziej wyraziste. Przeciwko ostatniemu typowi nic nie mam, bo dlaczego mam nie sprawić komuś radości i nie zapozować do zdjęcia, a przy okazji podbudować swojego ego i poczuć się jak celebryta? Lubię czuć się jak celebryta. Pierwszy i drugi typ potrafi być lekko upierdliwy, ale w sumie też jest zabawny i znalazłem na niego sposób: jeśli ktoś celuje we mnie aparatem/komórką, ja robię to samo. Niektóry się peszą, innym to nie przeszkadza. Mnie to bawi.

 

 

Jest też druga strona medalu: skoro Chińczycy chcą mieć nas na swoich zdjęciach, czemu nie robić za „mistrza drugiego planu” albo po prostu nie podchodzić do losowych osób i nie pozować razem z nimi? Przecież od razu jest zabawniej i nie spotkałem się jeszcze ze sprzeciwem osób fotografowanych. Mistrzami w tej tajemnej sztuce są nasi Wenezuelczycy, którzy serio nie mają oporów i potrafią dosłownie do zdjęcia wskoczyć każdemu.

Mimo wszystko, takie sytuacje są jednymi z powodów, które są raczej na „nie” w kwestii przeprowadzki tutaj na stałe. Bo zawsze będę wysokim blondynem, a Chińczycy zawsze będą mnie traktować jak turystę, bo przecież nie napiszę sobie na czole „mieszkam tu już 20 lat i tak, mówię po chińsku, nie musicie się stresować i używać angielskiego!”. Teraz jest zabawnie, pewnie przez kolejny rok czy dwa nadal by było, ale po jakimś czasie by mi się znudziło i zawsze czułbym się jak obcy w obcym kraju. Jeśli kiedyś przyjdzie mi tu mieszkać (co w sumie byłoby doświadczeniem ciekawym, bo mi się podoba), to życie na pewno to zweryfikuje.

Tak mniej więcej wyglądała wycieczka na Wielki Mur: wróciliśmy koło 14-stej i od razu po zostawieniu rzeczy ruszyliśmy na stołówkę, bo wspinaczka (czasem po niemal pionowych schodach) potrafi człowieka wykończyć. Ale co ja tam wiem. Wieczorem mieliśmy wyskoczyć do jakiegoś klubu, ale trochę mnie paszcza piecze (słońce grzało dość mocno, a że ja się szybko opalam…), jestem zmęczony i w ogóle, to może zostanę przy biforku, bo i tak mają wpaść dziewczyny i mamy wypić jakieś piwko (znalazłem jakiegoś lagera, który mimo wszystko jakoś wchodzi!).

Postaram się napisać w najbliższym czasie, ale nic nie obiecuję, tymczasem życzę Wam miłego weekendu i mam nadzieję, że ktoś dobrnął do końca!

Komentarze

3 komentarze

  1. Kuba Borowicki
    Kuba Borowicki 2014-03-16

    Zdziwisz sie, ale ja regularnie wpadam i czytam wszystko od deski do deski ;)

  2. Olijur
    Olijur 2014-03-18

    i ja :)
    ale tego się pewnie spodziewałeś

  3. […] na Wielki Mur, na część Badaling (八达岭), którą opisałem w jednym z kilku pierwszych wpisów. Zapewne pamiętacie też, że podobało mi się. Postanowiłem, że odwiedzę jeszcze przynajmniej […]

Odpowiedz na „Kuba BorowickiAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline