Press "Enter" to skip to content

Jakie problemy potrafi sprawić język polski?

Całe wieki już nie pisałem: najpierw było wolne, podczas
którego złapały mnie takie problemy żołądkowe, że chciałbym o tym zapomnieć. A
to jeszcze w trakcie wycieczki, gdzie ciągle trzeba było się gdzieś tłuc
autobusem/pociągiem. No cóż, nie warto wspominać. O wycieczce napiszę w
najbliższym czasie, jak dostanę od kilkorga znajomych zdjęcia, bo przecież te
robione moim aparatem wyglądają czasem jakby były robione tosterem.

Po powrocie z wycieczki, mieliśmy jeszcze prawie cały okres
ferii związanych ze szczytem APEC. Nie byłoby warto o tym wspominać, gdyby nie
to, że na ten czas Pekin wyglądał pięknie. Albo raczej: pogoda była cudowna.
Fabryki nie pracowały, pewnie uruchomiono jakieś filtry powietrza czy co się
robi ze smogiem i niebo przez bity tydzień było błękitne. No i ukłuł się termin
„APEC蓝”
czyli „APEC-owy niebieski”, jako coś pięknego, a jednocześnie bardzo ulotnego.
Co jak co, ale Chińczycy lubią tworzyć takie słówka.
Potem były egzaminy (kolokwia, jak zwał tak zwał), do
których w końcu trzeba było się jakoś przyłożyć, bo od powrotu do Pekinu, mój
pobyt tutaj z nauką miał niewiele wspólnego, aż czasem jedna nauczycielka mi
marudziła, że się obijam. No i przyszedł ten dzień, że zacząłem zostawać w
klasie po zajęciach. Robić sobie powtórki i odrabiać prace domowe. Jest to o
tyle dobre wyjście, że nikt mi nie przeszkadza, a ja szybciej sobie swoje
rzeczy ogarnę i mogę znikać, mieć wieczór dla siebie. Generalnie nie jest źle.
Egzaminy minęły, jeden wypadł trochę słabo, reszta to wyniki
koło 90%, więc bez tragedii, ale zawsze pod koniec semestru mogę napisać lepiej, nie?
Resztę dzisiejszej notki poświęcę chyba na… język polski. Od
poprzedniego tygodnia jestem „nauczycielem” polskiego dla jednej Chinki i
myślę, że jest duże prawdopodobieństwo, że wpisy o „kwiatkach” z naszych zajęć
będą mogły pojawiać się tu często. No, ale dopiero zaczęliśmy, więc za dużo
tego nie ma. 
Co może wydać się dość zabawnym dla Polaka jest fakt, że
Chińczycy nie potrafią zbytnio wypowiadać wielu z naszych głosek, to normalne i
zdarza się każdemu człowiekowi uczącemu się jakiegoś języka obcego. Ale
Chińczyk Chińczykowi nie równy i ludzie z różnych prowincji mają różne problemy
(lub problem jest ten sam, ale wynik starań zupełnie inny). I tak, ucząc kiedyś
moją dziewczynę wymawiać nasze „Ź”, ona z uporem maniaka wymawiała „J”. Tak
powstały wyrażenia jak „jimno!” albo „daj bujaka!”. Moja nowa uczennica zaś, w
większości przypadków też wymawia „J”, ale jedno słowo jest dla mnie dość…
zaskakujące: jej nie jest zimno, jej jest „himno”. 
Cóż, dałem jej też kilka dość trudnych przykładów, jak „dżdżownica”
czy „źdźbło”. O ile pierwsze nie sprawia jej żadnych problemów, tak drugie
brzmi czasem jak „iźdźbo” a czasem jak „źydzibooo”. Po dobrych kilku minutach,
wymówienie zbitki „bło” przestało sprawiać problem, o tyle „Ź” w słowie nadal
nie brzmi zbyt dobrze. Długa droga przed nami! Strach pomyśleć, gdy dojdzie do
tłumaczenia przypadków…
O takiej głosce jak nasze piękne, wibrujące „R” nie warto
jest nawet wspominać, w większości rady nie dają. Moja dziewczyna stara sobie
radzić odrywając swój język od podniebienia, co brzmi strasznie zabawnie. 
Jeszcze śmieszniej jest, kiedy człowiek zorientuje się, że
Chińczycy swoje „R” wymawiają jak coś pomiędzy amerykańskim „R” i naszym „Ż”.
Dla nas sprawa jest jasna i są to raczej dwie oddzielne głoski. Dla Chińczyków?
Niekoniecznie. Na początku naszej nauki języka, widzieliśmy, że wymawiana przez
nich głoska brzmi różnie. Pytamy więc:
– Jak to jest z tym Waszym „R”? Mamy to wymawiać jako
amerykańskie „R” czy nasze polskie „Ż”?
– Tak. – odpowiada Chińczyk. I tak zdarza się dość często,
na pewno każdy z Was wpadł na coś takiego w trakcie swojej nauki jakiegokolwiek
języka obcego.
Co z zabawnymi tekstami? Cóż, w Ambasadzie RP na
uroczystości obchodów Święta Niepodległości, poznaliśmy studentów (a raczej
studentki, bo chłopaków jest dwóch i nie miałem tej przyjemności) POLONISTYKI z
uniwersytetu, który znajduje się jakieś 700m od naszego. Po krótkich przemowach
kim jesteśmy itd., jedna z Chinek wypaliła do mnie bez kozery, wskazując na
swoją koleżankę: „Ona nie ma chłopa!”.
Ta sama dziewczyna, miała ostatnio pracę domową, w której zawarła przepis na „gotowamy żebarki”, które przyjmowały jeszcze formy „żberki”.
Żeberka były oczywiście przygotowywane z innymi składnikami: „sos sojowyami”, „ocetami”
i… „garnekem”. Serio, gdybym widział, że ktoś z Polski napisał taki przepis, to
chyba bym się rozpłakał. W wykonaniu Chińczyka, jeszcze w moim rodzimym języku…
To urocze. Pamiętajcie, na końcu „Oglądamy suszone garnek, potem kładziemy
porami rozlewamy dojrzałe żberki na talerz” ;)
Na dzisiaj to chyba wszystko. Obiecuję, że w weekend będzie
kolejny wpis. Pewnie w niedzielę. Do tego ogłoszę mały konkurs związany z
przebiciem „magicznej bariery” pięciuset polubień na Facebooku. Do usłyszenia!

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline