Press "Enter" to skip to content

Na południe od gór pośród chmur – Junnan #8 – Opowieść o Mekongu i szukaniu noclegu

Poranek w miękkim łóżeczku (nawet z Olą obok) okazał się bardzo przyjemny. Do tego stopnia, że wcale nie chciało mi się nigdzie jechać. Ale co robić w tej chińskiej dziurze? Właściwie to nie wiedzieliśmy nic o tym miejscu. Trzeba było się zbierać i jak najszybciej iść na wylotówkę. Przecież byliśmy już praktycznie jeden dzień w plecy!

O ile w centrum był jeszcze jakiś street food z rana, tak im bliżej trasy, tym lokali mniej. Nie zjedliśmy śniadania, bo się spieszyliśmy i myśleliśmy, że zjemy coś przy drodze. Niestety, wszystko pozamykane – przecież to okres noworoczny. Po wejściu do dwóch czy trzech małych knajpek i grzecznym wyproszeniu nas z tych czynnych (w jednej nawet kucharka coś gotowała, ale pewnie tylko dla siebie i dla rodziny) uznaliśmy, że trudno, kupimy coś słodkiego w sklepiku albo zjemy jak dojedziemy w jakieś inne miejsce. Ratunkiem okazały się małe słodkie bułeczki z paskudnie słodkim kremem w środku. Pewnie masakrycznie niezdrowe, ale za to całkiem zapychające.

W ten sposób mogliśmy łapać pierwszego autostopa. Z początku sytuacja nie była jakaś super-korzystna: mała miejscowość, samochodów jadących nową autostradą jak na lekarstwo. Wszystkie skręcały na starą, piaskową drogę jadącą wzdłuż autostrady, ale mającą zjazdy do pobliskich wiosek).

Mimo to nagle zatrzymuje się samochód. Całkiem zadbany, facet w nim siedzący też bardzo miły. „Jadę tylko do Yuxi, ale myślę, że będzie Wam lepiej stamtąd wyjechać niż stąd. Poza tym, to jest już po drodze na Pu’Er a potem na Xishuangbanna” – większej zachęty nie potrzebowaliśmy i wrzuciliśmy szybko plecaki, ja z przodu i nawiązuję gadkę. Okazało się, że Ada, nasz kierowca jest policjantem, więc podpytaliśmy jaki jest stosunek policji do autostopowiczów. Według niego, dopóki nie stwarzamy zagrożenia, to nie ma żadnego problemu, policja może nawet pomóc (o czym przekonałem się podczas innej wycieczki) i nie powinniśmy się jej bać. Mieliśmy wcześniej takie wrażenie, ale w sumie po tym jak służby mundurowe postrzegane są w Polsce, jakoś trudno mi było w to uwierzyć.

„Wiecie, Junnan jest bardzo piękny, ale wiele rzeczy nam tu brakuje, chociażby kolei, ale to ze względu na ilość gór, przez które trzeba by było wiercić tunele.” – opowiadał Ada. I faktycznie, im bardziej na południe tym coraz bardziej stromo. Coraz bardziej stromo, coraz bardziej zielono. Gdzieniegdzie malowały się krajobrazy pełne drzewek herbacianych. Wiedziałem, że dzisiaj los się odwrócił i w przeciwieństwie do dnia poprzedniego, mamy szczęście.

Wysiedliśmy na dużym skrzyżowaniu praktycznie w centrum miasta. Nad skrzyżowaniem leciała autostrada, a zaraz przy nim były bramki do tejże, zarówno w kierunku północnym, jak i południowym, co nas bardzo zainteresowało. „Tutaj, jak pójdziecie kilkadziesiąt metrów dalej jest ulica, przy której sprzedają bardzo dużo dobrych potraw. Koniecznie zjedzcie jakieś śniadanie i powodzenia!” – rzucił na odchodne nasz kierowca.

Faktycznie, krótki spacer w kierunku zachodnim ukazał naszym oczom niekończące się rzędy stolików, całe zastępy ludzi siorbiących zupy czy jedzących baozi. Ola miała ochotę na makaron (jak zawsze z resztą), to i ja się skusiłem. Za bodajże 10 juanów (5,50 zł) dostałem pokaźną miskę ryżowych kluchów z kawałkami różnego rodzaju mięsa. Kawałki żołądków też były, a jakże – zawsze mnie takie podroby obrzydzają, ale jak człowiek głodny, to chociaż spróbuje, nie? Po zalaniu tego octem i dodaniu dużej ilości ostrej papryki z czosnkiem dałem radę jakoś przełknąć. Potem jeszcze tylko szybkie zakupy na drogę – świeżutkie owocki i woda kokosowa – cymesik.

Było dość wcześnie – chwilę po południu, a nam do Pu’Eru zostało raptem trochę ponad 300 km po dobrej autostradzie. Na dodatek leżał na trasie, więc szansa była duża. I się nie myliliśmy – po kilkunastu minutach zatrzymuje się samochód z tylną szybką obklejoną chińskimi memami internetowymi. To sympatyczna para, która pyta dokąd jedziemy, a usłyszawszy naszą odpowiedź rzuca „O, to super! To dla nas po drodze, bo my jedziemy aż do Jinghong w Xishuangbanna! Możecie jechać z nami do końca, albo wysiądziecie w Pu’Erze”.

Długo zastanawiać się nie musieliśmy – zdecydowaliśmy się jechać jak długo tylko możemy, zawsze to te 100km więcej, a docelowo i tak mieliśmy tam jechać. W Pu’Erze nie mieliśmy też jakiegoś wielkiego planu. Tylko o jaki Jinghong w Xishuangbanna chodzi? Xishuangbanna to nie jest miasto? Całe życie w błędzie, bo myślałem (Ola z resztą też), że tak nazywa się miasto… A okazało się, że Xishuangbanna to nazwa całego regionu.

Para miała ze sobą burzliwą historię – byli ze sobą w liceum, potem się rozstali, a teraz znowu są ze sobą. Generalnie byli bardzo sympatyczni – robiliśmy sobie selfie, żartowaliśmy i w ogóle. Poprowadziłem z nimi kilka dysput teologicznych, a także politycznych. Droga upływała dość szybko i beztrosko… do pierwszego patrolu wojskowego, który zhaltował nas i wylegitymował.

Okazuje się, że region, do którego zmierzaliśmy słynie z przemytu narkotyków z Birmy i Laosu, a polityka chińskich władz w stosunku do substancji psychoaktywnych jest… delikatnie mówiąc dość surowa. Kontrola była jednak bardzo szybka i puszczono nas dalej, nawet nie wysiadaliśmy z samochodu.

Po obu stronach drogi piętrzyły się góry i pagórki pokryte drzewami herbacianymi, a gdzieniegdzie widać było także „dziwne drzewa”, które wyglądały jak szalone, bo wzbijały się w górę, a następnie, jakby nie mogły utrzymać własnego ciężaru, zakrzywiały się w dół. Do tego gdzieniegdzie było już widać drzewa bananowca i musa basjoo – mniejszego (według anglojęzycznej literatury, japońskiego) kuzyna znanych nam, żółtych bananów.

Po przejechaniu ostatniego, długiego tunelu przez góry uderzyła nas fala ciepłego powietrza. To nie był już wiosenny klimat północnego Junnanu. Tutaj było lato. A my ubrani jak na jesień, bo przecież tam skąd przyjechaliśmy trwała zima. Potem kolejny szok – korek na autostradzie. I to nie byle jaki, do samego miasta wjeżdżaliśmy jakieś półtorej godziny. Gdy już nam się udało wjechać do miasta, ujrzeliśmy typowo… tajskie klimaty – strzeliste wieże, posągi słoni… Zupełnie inny klimat niż te kilkaset kilometrów stąd na północ. Pożegnaliśmy się z naszymi kierowcami i wysiedliśmy przy centrum.

Było duszno i gorąco, pomimo tego, że był już późny wieczór. Właściwie, to zaczynałem się mocno pocić, a trzeba było jeszcze znaleźć jakiś nocleg. „Nie martw się Dawid, zaraz coś ogarniemy, a tymczasem PAAATRZ, JESTEŚMY W XISHUANGBANNA! Dawid, patrz, tam jest MEKONG, ROZUMIESZ TO?!” – pokrzykiwała uśmiechnięta od ucha do ucha Ola. – „Patrzyłam w Internecie, są noclegi za jakieś 60-70 juanów, o nic się nie martw, musimy tylko znaleźć ten hotel”.

Byłem głodny i zmęczony całym dniem w samochodzie, toteż nie podzielałem entuzjazmu mojej partnerki – „Ola, najpierw nocleg i żarcie, a potem jaranie się, ok?” – pytałem. Ale nie, Ola aż tryskała entuzjazmem, że dotarliśmy tutaj, że jest tak cudownie, że jesteśmy w tropikach. Cóż, instynkt mężczyzny, nie (przepraszam wszystkich genderowców)?

Po półgodzinnym marszu w tej duchocie i tłumach ludzi znaleźliśmy w końcu nasz cel… Albo tak nam się wydawało. Okazało się, że nie ma miejsc. I wszędzie w okolicy też nie, ale szef może zadzwonić do hotelu kolegi i zapytać. Mają. Po 500 juanów za nockę. Powiedzieliśmy, że miało być po 60-70 a nie 500. „Dzieci kochane, ale jest okres noworoczny i cena wzrosła, nigdzie nie znajdziecie nic taniej!”. Spuściliśmy głowy, ja zakląłem pod nosem i zacząłem rozglądać się za jakimkolwiek miejscem, gdzie moglibyśmy się kimnąć. W tamtym momencie nawet jakiś obskurny salon masażu nie był złym pomysłem – była leżanka, pewnie otwarte całą noc, a i panie by się nami zajęły… „Dawid, idziemy dalej, nie marudź! Coś znajdziemy” – rzucała tylko Ola z bananem na twarzy.

Im dalej szliśmy i im więcej pytaliśmy ludzi, tym bardziej byłem zły. Cholera, jak to możliwe, że ceny wzrosły aż tak bardzo? Znaleźliśmy jakiś za 400, potem drugi. Ale nadal była to zbyt wygórowana cena na nasze cebulackie kieszenie (nie to, że puste. Po prostu skąpe).

Dotarliśmy już prawie do miejsca gdzie wysiedliśmy z samochodu, dalej już po prostu nie mieliśmy siły. „Ola, pytamy jeszcze w tych dwóch, a jak nie to plaża”. W sumie plener nie byłby złym pomysłem, ale trochę bałem się komarów i malarii. No i w końcu PRZEŁOM – „możemy Wam dać pokój za 300, ale z bardzo słabym standardem. No ale za trzysta, więc nie macie co wybrzydzać, bo przecież i tak nic taniej nie znajdziecie!” – no i dobra, bierzemy, płacimy.

Babcia prowadzi nas na górę. Na dziedzińcu i na klatce schodowej strasznie śmierdzi moczem. To pokój, w którym od czasu do czasu kimają pracownicy. Jest tylko łóżko i drewniane krzesło. W łazience nie ma żarówki, a grzyb wychodzi mocno poza nią. Kran… jest, ale woda nie leci z kranu, a z jego podstawy, co z resztą widać na filmie (tak, wiem, kręcone ziemniakiem).

Klucza też nie dostaliśmy, bo nie było. Trochę strach zostawić tak rzeczy ale umieraliśmy z głodu, więc wzięliśmy co cenniejsze i wyskoczyliśmy na kolację. Taką szybką, bo w sumie padaliśmy z nóg. Cena oczywiście wyższa niż normalnie, bo „świnta”. Ale to nic, brzuszek pełen, schronienie zapewnione, męski obowiązek spełniony.

A co będzie na drugi dzień? Tym postanowiłem się martwić na drugi dzień. Wieczorem Ola przejrzała tylko Couchsurfing (portal, gdzie ludzie ogłaszają, że mogą przenocować innych użytkowników) i poszliśmy spać. Na szczęście bez pluskiew.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline