Press "Enter" to skip to content

Na południe od gór pośród chmur – Junnan #9 – Czy Chiński Tinder uratuje nam skórę?

Spędzenie nocy w zawalonym turystami Jinghong nie było prostą rzeczą – trzeba było szukać jakiegoś ratunku albo pogodzić się ze swoim nędznym losem i spać pod chmurką. Ale my się nie poddajemy!

Dziwne zastosowania dla chińskiego Tindera

Włączyłem Tantana. Co to jest Tantan? Ano taki Tinder (masz swój profil, wyświetlają Ci się inne osoby i przesuwasz się w prawo/lewo w zależności czy chcesz się z nimi umówić czy nie. Jeśli osoba też wybrała, że chce, to można z nią porozmawiać). Tylko że chiński. Bynajmniej nie szukałem panny na spędzenie z nią nocy. Chociaż nie, szukałem. Ale nie w ten sposób, w jaki normalnie spędza się noc z dziewczyną poznaną w tego typu aplikacjach. Chciałem, żeby jakaś po prostu mnie przygarnęła. Nawet na podłogę. Nie chciałem spać już w tym zapchlonym hotelu, nie chciałem też wydać pięciuset yuanów za nockę. No i miałem przy sobie Olę. Wiedziałem, że tubylcy są jedynym ratunkiem w tej patowej sytuacji.

Pytałem też znajomych, ale jeśli mieli znajomych w Xishuangbanna, to ich nie było, albo właśnie przyjmowali gości (mówiłem już, że był szczyt sezonu?). Ola ogarniała Couchsurfing, ale póki co bez skutku – wydawało się, że nikt nie raczy odpisać. Ostatecznie, jeśli nie udałoby nam się nikogo znaleźć, kafejka internetowa też była jakimś wyjściem.

Kawiarenki internetowe w Chinach nie umarły. Są nadal bardzo popularne. To jest temat na cały wpis, ale teraz potrzebne jest Wam wiedzieć, że w kafejce w Chinach są dobre, wygodne fotele, a nawet kanapy do przespania się. I za grosze można wykupić karnet na całą noc (jakieś 20 zł, albo nawet mniej). Właściwie mi i Oli brakowałoby tylko prysznica. I to był ten problem, bo już z rana było paskudnie ciepło.

Póki co pozostawała więc opcja Tantan, albo Couchsurfing. A może i jakieś inne schronienie by się znalazło. Z jedną panną nawet zaczynałem już rozmowy. Ale trzeba było iść zwiedzać. W końcu trafiliśmy w niecodzienne klimaty. Ludzie zimy w tropikach.

Szał w tropikach

Słońce wschodziło coraz wyżej, a my z plecakami dzielnie kroczyliśmy do gorących chodnikach pięknego miasta. Uznaliśmy, że najpierw śniadanko, potem znajdziemy dworzec, na którym zostawimy toboły, a na końcu zwiedzanie. To był dobry plan.

Śniadanie, klasyk – przepyszne xiaolong bao, czyli bułeczki gotowane na parze w drewnianych pudełeczkach stawianych piętrowo. Oczywiście z octem i ostrą papryką dla mnie, a jakże!

Rzeka wyglądała jeszcze bardziej majestatycznie niż dnia poprzedniego – i przejście przez ten długi most nie dłużyło się aż tak bardzo. Ba, nie byłem już zły na Olę, że chce się tylko bawić i niczym się nie przejmuje, więc i ja mogłem popodziwiać. Co rzuciło nam się w oczy to cała chmara stoisk z owocami. Jej, było tego naprawdę dużo – skusiliśmy się na przepiękne ananasy (które pan na miejscu obrał i włożył do foliówki), a także małe bananki. Ja jak prawdziwy białas, wyciągnąłem swój niezbędnik ze sztućcami i wsuwałem ananasa widelcem.

Wszędzie rosły palmy, a w powietrzu czuć było duchotę. Słońce zaczynało dawać się we znaki, więc postanowiłem chodzić cieniem. Temperatura dobijała wręcz do trzydziestu stopni. W styczniu. Co jakiś czas przewijały się także stoiska z grillem. Były obsługiwane przez tubylców i stanowiły świetną przekąskę – warzywa, mięso, ryby… Wszystko posypane mieszanką przypraw, która sprawiała być kwaśno-pikantna, inaczej niż w Pekinie.

 

Po doczłapaniu do dworca autobusowego, zrzuciliśmy w końcu nasze ciężary, dostaliśmy numerek, wyciągnęliśmy mniejsze plecaczki i postanowiliśmy iść na żywioł. Po jakichś dziesięciu minutach marszu dostałem małego zawału. GDZIE JEST NASZ NUMEREK DO PRZECHOWALNI? Po powrocie na dworzec okazało się, że go wzięliśmy i spakowałem go do portfela. Jej, taka mała rzecz, a mikro-zawał serca murowany.

Zwiedzanie czas zacząć

Pierwszym miejscem, które polecili nam znajomi był park Manting i niezliczone świątynie i kapliczki buddyjskie. Nigdy nie byłem w Tajlandii, ale tak to sobie wyobrażam: budowle ze strzelistymi elementami celującymi prosto w niebo, złote posągi Buddy, motywy słonia – nie tylko jako zwierzęcia, ale również jako hinduskiego boga Ganesię. Wszystko to zakropione gęstym klimatem tropikalnym z pięknymi palmami i bananowcami na każdym kroku. Raj na Ziemi.

Aha, żeby nie było, że ciągle jestem w Chinach a mówię o Tajlandii. Xishuangbanna, czyli region, w którym leży Jinghong jest regionem autonomicznym mniejszości narodowej Dai. Jest to jedna z 55 mniejszości w Chinach, jest spokrewniona z Tajami z Tajlandii i posługuje się językami z grupy języków dajskich, do których tajski niewątpliwie należy.

W parku trafiliśmy na królewski korowód (nie mam pojęcia kim były postacie, ale były bardzo ładnie ubrane), chyba królewski. Pobujałem się na lianie, zobaczyłem słonie, na których można było usiąść i zrobić sobie zdjęcie i… Tutaj zareagowała Ola i powiedziała, że nie chce na to patrzeć i mamy spadać.

Cóż, pochodziliśmy trochę, porobiliśmy dość dużo zdjęć, a przy wyjściu postanowiłem spróbować lokalnego przysmaku – ryżu grillowanego w kawałku bambusa. Jak wygląda jego przygotowanie? Ano faszerujemy bambus ryżem (może być np. z dodatkiem czerwonej fasoli chińskiej) – zhutong fan, a potem grillujemy. Gotowe danie trzeba jeszcze rozłupać (bo ryż pęcznieje i nie da się go w inny sposób wyciągnąć) maczetą lub tasakiem i mamy piękną „kiełbasę” do zjedzenia. Bardzo smaczne i pożywne.

Przy wyjściu z parku Ola skusiła się na inny miejscowy przysmak – pikantne mango podane na zimno. Gdy tylko wzięła pierwszy kęs, zaczęła ronić łzy. Wiedziałem, że to wyzwanie dla mnie. Próbowała coś tam zjeść, ale było kwaśne, pikantne i słodkie zarazem. Nawet dla mnie było dość hardkorowe. Tubylcy przechodząc obok nas pytali, czy smakuje. Ja też ze łzami w oczach i cieknącym nosem odpowiadałem, że oczywiście. Bo mi smakowało, ale to nie moja wina, że tak reaguję na ostre żarcie.

A więc to tak się zbiera kauczuk?

Kolejnym punktem naszej wycieczki był ogród botaniczny. Po drodze do niego odwiedziliśmy jeszcze jeden niewielki parczek, w którym postanowiliśmy trochę przycupnąć i odpocząć. Upał daje mi się we znaki szybciej niż przeciętnym ludziom. Ale starałem się trzymać fason, przecież nie dam się słoneczku! Będę czerwony jak rak i spragniony jak pustynia, ale będę szedł dalej, jak czołg.

W międzyczasie dalej szukałem kontaktu z kolejnymi dziewojami na Tantanie, jedna nawet zaoferowała, że możemy się ścisnąć i jakoś się uda. Był jeden problem – kończyła pracę o północy. Ale taki problem to przecież nie problem. Byłem wniebowzięty – nie musieliśmy już niczego więcej szukać. Mogliśmy iść z uśmiechem na twarzy podziwiać przeróżne rośliny.

A było ich sporo – od drzew kauczukowca, które w misterny sposób ponacinane pozwalały na zbiór tego surowca, poprzez wszelkiego rodzaju palmy (które Ola wyprzytulała za wszystkie czasy) czy jackfruit, w Polsce nazywany dżakfrutem czy chlebowcem – owoc drzewa bochenkowego, którego normalne okazy były większe niż moja głowa (co jest nie lada wyzwaniem!).

Korzystając z okazji rozsiedliśmy się na trawie. Było pięknie – otaczała nas woda i kwitnące krzewy, w oddali bzyczały owady, a z drzew sączył się kauczuk. Kropelka po kropelce. Plum. Plum plum. Bez pośpiechu. Nawet turystów nie było aż tak dużo. Od czasu do czasu mijały nas meleksy wiozące kolejne grupy zwiedzających. Wystawy i inne przybytki były nieczynne, bo przecież nowy rok, ale w niczym nie ujmowało to pięknu tego miejsca.

W tym czasie odezwał się Filip (którego serdecznie pozdrawiam!), że na stronie z hostelami znalazł dla nas schronisko młodzieżowe. Pyta, czy rezerwować. „Słuchaj, jakaś dziewczyna ma nas przenocować, ale to jest super opcja, tym bardziej, że grosze to kosztuje! Spytam jej i dam Ci znać.”. Piszę do dziewczyny. Cisza. Miała dopytać współlokatorki, czy nie będzie problemu i dać znać. Czekamy.

Powoli toczymy się już do wyjścia, a ze strony dziewczyny dalej nic. Jakby nagle nabrała wody w usta. „Nie to nie, mamy gdzie spać więc trudno, nie wyrwie mnie, hehe” – pomyślałem i od razu dałem znać Filipowi, żeby bukował dla nas „pokój rodzinny”. „Lećcie tam szybko się zameldować, skoro jest taki sajgon z noclegami, a potem weźmiecie bagaże.” – polecił.Po niedługim czasie szukając hostelu trafiamy do małego slumsu – trzeba było przejść pomiędzy kilkoma blokami, potem niewielką uliczką na osiedlu aż w końcu oczom naszym ukazuje się tabliczka – UTOPIA. Schronisko młodzieżowe z własnym ogródkiem i klimatem gęstym, że można było go kroić. Ale o tym mieliśmy dowiedzieć się właściwie na drugi dzień.

Najpierw rozmowa z właścicielką – dziewczyną w moim wieku. Mówimy, że jest rezerwacja – ona mówi, że nie widziała, ale wciśnie nas do dwóch różnych pokoi – mnie do ogólnego z dziesięcioma łóżkami, Olę do damskiego, z bodajże ośmioma. Miał być pokój rodzinny z oddzielną łazienką, a były dwa miejsca w różnych pokojach z łazienką dla całego hostelu. Pokój rodzinny chyba nawet nie istniał. Ale machnęliśmy na to ręką, przecież chodzi tylko o zdrzemnięcie się. Zapłaciliśmy chyba po 70 yuanów, czyli równowartość 35 złotych. Sezon w pełni, bo normalnie tyle kosztowałby hotel. Ale to nic.

Zostało tylko ruszyć na dworzec po nasze toboły, a wieczorem na nocny market. Byłem piekielnie głodny, bo właściwie nie jedliśmy obiadu i od śniadania żywiliśmy się tylko owocami. Ola chapnęła jakąś zieleninę z grilla, ja uznałem, że poczekam do nocnego targu nad rzeką… Ale dzisiaj skończę tutaj, a resztę opiszę w kolejnej części.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline