Press "Enter" to skip to content

Na południe od gór pośród chmur – Junnan #2 – Obóz

…i obóz ruszył z buta. Dzieciaków było ponad 120 sztuk, podzielonych na 6 grup. Na mnie przypadło więc circa 40-45. Jeszcze w przededniu obozu organizatorzy pytali mnie i reszty zagraniczniaków, czy mamy jakiś plan, żeby się podzielić. Zaproponowaliśmy, żeby dzieci z ostatniej grupy przydzielić do reszty. Po 4 czy 5 osób więcej chyba nie robiłoby różnicy. Ale nie, tak się nie da. No dobrze, to przecież skoro obóz trwa pięć dni, to każdy z nas może zająć się nadprogramową grupą przez jeden dzień i będzie okej. Nie, tak też się nie da, bo dzieci muszą mieć poczucie bezpieczeństwa, więc zachodni opiekun (poza tym chińskim, których było już tyle ile potrzeba) powinien być ten sam. To na cholerę pytać, czy chcemy się jakoś podzielić pracą? Chiny. Oni czasem mają tak, że jak coś lekko odbiega od planu, to jest niewyobrażalne i nie da się tego załatwić. Uparci strasznie i zero jakiejkolwiek elastyczności.  No ale skoro nie dało się podzielić, to i kieszonkowe dostać miałem podwójne.

W grupach jak to w dużych skupiskach dzieci: są te rezolutne, są te mniej rezolutne, są trolle ale i też takie, na których widok krew zalewa. Z tej pierwszej kategorii warto wspomnieć o Jerrym, który całkiem nieźle mówił po angielsku i o dziewczynce o imieniu Wei En (维恩), które przeczytałem pierwszego dnia źle, jako Wei Si (维思) i tak już została do końca obozu. Oczywiście w formie żartu, ale za każdym razem udawała wkurzenie, kiedy ją tak nazywałem. Po drugiej stronie barykady był dzieciak w okularach, który już pierwszej nocy uznał, że żadne dziecko nie chce się z nim bawić i nie będzie z nimi mieszkał w domku. Siedział na dworze do pierwszej w nocy (a warto zaznaczyć znowu, że w nocy temperatury spadały poniżej zera). Z innych zachowań? Nigdy nie robił tego, o co się go prosiło. Smarkał zakrywając po prostu jedną dziurkę nosa i dmuchając drugą. Nieważne, czy to sobie na kurtkę, czy na inne dziecko czy… na stołówce, kiedy czekał w kolejce przy jedzeniu. Po prostu. Kiedy dałem mu chusteczkę, powiedział że nie chce, bo tak wygodniej. Fuj.

Ola ucząca dzieciaki grać na djembe

Jeśli już o stołówce mowa, to jedzono na dwie tury, bo inaczej wszyscy by się nie pomieścili. Jedna z grup zawsze grzecznie stawała przy półmiskach z potrawami i wydawała jedzonko innym dzieciom. Nie powiem, to całkiem niezła oszczędność pań kucharek, a i dzieciaki uczą się, że nie zawsze można im do rączki wszystko podać. Liderzy grup i my, białasy, też często stawaliśmy z dzieciakami przy naczyniach i pomagaliśmy, w sumie to całkiem niezła frajda.

Co działo się na obozie?

Na obozie bardzo duży nacisk położono na współpracę i na szanowanie środowiska i innych ludzi. Od dawna słyszałem, że chińskie dzieci mają ogromne problemy z kooperacją. I tak, już od samego początku jeden z nauczycieli podkreślał to bardzo dosadnie. „Jeśli spóźnicie się na obiad, cała grupa będzie na was czekać i nie zaczną jeść bez was!”, „Jeśli coś zawalicie, to będzie wyciągnięta odpowiedzialność zbiorowa”, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, nie? Takie wartości są całkiem dobre i generalnie to popieram, że dzieciaki mają w końcu szansę się ich nauczyć, ale czasem jednak jest ciężko, zwłaszcza jak trafi się takie trudne dziecko jak dwa akapity wcześniej. A i oboźny, bo chyba takie określenie pasowało do faceta mówiącego o tych wartościach, trochę zniechęcał, bo więcej podnosił głos niż trzeba było.

No dobra, ale czego my właściwie uczyliśmy tych dzieci jako obcokrajowcy? Właściwie to niczego. Mieliśmy po prostu dotrzymywać im towarzystwa, jeśli się dało to rozmawiać po angielsku i kreować międzynarodową atmosferę. Codziennie był też wieczorek zwierzeń, gdzie od czasu do czasu proszono nas, żeby zrobić to po angielsku. Ale w moich grupach szło słabo. Do tego stopnia, że jedna dziewczynka się popłakała, kiedy ją wywołałem. A inne dzieciaki, zamiast mówić czego się dzisiaj nauczyły, mówiły że kolega z pokoju się nie umył i tak dalej. Kiedy karuzela śmiechu już ruszyła, ciężko było ją zatrzymać, a i nie mieliśmy wiele czasu, więc tym trudniej było to przeprowadzić po angielsku.

Jakie zajęcia czekały na każdą grupę? Muszę przyznać, że trochę tego było i chyba nie sposób zapamiętać wszystkich (tym bardziej, że nie na wszystkie dotarłem, ale o tym za chwilę). Była więc wspinaczka, escape room, robienie własnych placków herbaty, robienie papieru czerpanego dongba, nauka historii, kultury i języka dongba, ceremonia picia herbaty, katapulty, robienie ciastek z różanym nadzieniem, jazda konno, kajaki, ochrona środowiska, obserwowanie ptaków, survival (chociaż to akurat coś co mi się podobało najmniej, bo z survivalem nie miało nic wspólnego, ale o tym za chwilę). Wisienkami na torcie były wieczorek angielski, impreza pożegnalna z elementami przebierania się w stroje związane z historią Chin, a także… gra w golfa. Bo czemu nie.

Lijiang jest regionem , w którym mieszka mniejszość narodowa Naxi. I tak jak pisałem o charakterystycznych kobietach noszących ciekawy strój, tak nie jest to jedyna cecha wyróżniająca tę kulturę na tle innych. Za przykład odmienności od Chińczyków Han może posłużyć pismo dongba, które jest systemem piktograficznym, na dodatek używanym po dziś dzień! Do pisania dongba, ludność Naxi produkuje papier jedną z najstarszych metod znanych w Chinach. Jako materiału używa się w niej kory wawrzynka. Dzieciaki mogły prześledzić cały proces wyrobu papieru, a potem spróbować swoich sił w tym zadaniu. Mi też się udało i powiem, że nawet mi się spodobało! Dodatkowo, pan o wdzięcznym nazwisku Mu (木), czyli Drzewo, przedstawił historię swojego nazwiska (w Chinach jest to o tyle ciekawe, że dzięki wszystkim spisom powszechnym, biurokracji itd., można prześledzić całą genealogię swojego rodu. I tak np. mój znajomy powiedział mi kiedyś, że jest bodaj siedemdziesiątym drugim pokoleniem po Konfucjuszu…), historię ludu Naxi, a następnie pokazał kilka znaków i nauczył dzieciaki piosenki w lokalnym języku.

Jako że byliśmy w Junnanie, to nie mogło zabraknąć zajęć związanych z herbatą, czy z różanymi ciastkami (w których to zajęciach nie uczestniczyłem bo byłem dwa razy potrzebny gdzie indziej). Wyobraźcie sobie, że istnieje rodzaj herbaty pu-erh, który sprzedaje się w… plackach, cegłach, czy jak tylko chcecie to nazwać. Myk polega na tym, że jest to herbata prasowana. Najbardziej tradycyjna metoda jest taka, że herbatę zwilża się gorącym powietrzem pod ciśnieniem, a następnie formuje w placek, który kładzie się pod kamieniem… I ugniata. Całym ciężarem ciała. I tak, jeden z nauczycieli przeprowadzał proces aż do włożenia worka pod kamień (żeby nikt się nie poparzył), a następnie każde z dzieci mogło samodzielnie go sprasować. Wszystkie placki posiadały własnoręcznie zaprojektowane przez właściciela opakowanie, więc była to zabawa, po której dzieciaki miały pamiątkę, którą potem mogli podarować rodzicom.

Kolejnym highlightem była wyprawa „konno” (trochę średnio konno, bo koniki spięte po trzy, prowadzone przez lokalnych rolników) przez pola wokół naszego obozu, by następnie popływać kajakami po jeziorze Lashi. I to właśnie tu potrzebowano mnie bardziej niż w kuchni przy formowaniu ciasteczek. Właściwie to trochę rozumiem, bo czasem wiatr był całkiem mocny i dzieciaki miały problemy z powrotem na brzeg, ale nikt się nie wywrócił, nikomu nic się nie stało i była masa zabawy, zwłaszcza przy taranowaniu innych „piratów”.

Trochę zabawny, trochę przerażający (z chińskiego punktu widzenia) był Escape Room. Na pewno słyszeliście o tej zabawie, bo od kilku lat jest bardzo popularna w Polsce. Dla niewtajemniczonych: jest to forma gry: zostajecie zamknięci w pokoju i macie ustalony limit czasowy, żeby pokonać wszelkie zagadki, złamać szyfry i się z niego wydostać. Często są to bardzo pomysłowe rzeczy, a i niektóre pokoje są bardzo ciekawie zaprojektowane. No i dzieciaki dostały coś takiego do zabawy. Tyle, że o ile w Polsce widywałem Escape Roomy w stylu „jesteś detektywem i rozwiązujesz zagadkę morderstwa” czy zwykłej bezludnej wyspy (serio, w Gdańsku byłem, właściciel cały pokój zasypał piaskiem z plaży i ustawił palmy, było super!), tak tutaj dzieciaki miały motyw… chrześcijański. Ogromny obraz z Jezusem, neonowe krzyże, a hasłem do jednej kłódki było Alleluja. Cóż, chińskie podejście do religii.

Jedną z tych najlepszych, według dzieci, atrakcji było budowanie katapult. Musiały na podstawie wzoru zbudować katapultę z bambusa, przyczepić do niej rondelek i naparzać balonami wypełnionymi wodą w drużynę przeciwną. Konstrukcje miały jednak swoje wady, a rondel był trochę zbyt głęboki, przez co trajektoria pocisku była zakłócona i często nawet nie wylatywał on z gara. Ale kiedy sędzia dostał raz czy drugi taką bombą, dzieciaki rżały jak szalone.

Przedostatniego dnia wybraliśmy się na wędrówkę w góry, a potem nad jezioro, na podziwianie ptaków. Właściwie, to nie tylko, bo adepci survivalu mieli „nauczyć się” rozkładać namiot, co było dla mnie całkowicie bezsensowne, bo dostali po prostu kilka kijów i płachtę, a i nikt nie pokazał im jak to robić. Jednej z moich grup się udało, za co zebrali pochwałę od oboźnego, ale druga została nieźle zganiona przez to, że „nie potrafią pracować w drużynie i nikt nikogo nie słuchał”. Aż mi trochę przykro było za nich, bo nie uważam żeby należała im się aż taka bura.

Wieczorek angielski był całkiem fajną formą, w której mogliśmy się w końcu wykazać: kazano nam opowiedzieć dzieciakom o tradycjach związanych z Halloween (trochę nie w czas, bo przecież był styczeń, no ale…), a potem nauczyć je różnych słów związanych ze świętami na świecie, bo miały być one później użyte podczas quizu. Tyle, że prawie wszyscy wyszliśmy na idiotów, bo wytłumaczyłem dzieciakom „lunar new year” jako zwykły „chiński nowy rok”. W pytaniu o to, jak nazywa się 春节 (chiński nowy rok) były cztery odpowiedzi do wyboru, w tym „lunar new year” i „Chinese new year”. Dla mnie i dla innych białasów te pojęcia są tożsame. Bird przy ogłaszaniu wyników powiedział, że figa, „lunar new year” odnosi się do pierwszych dwóch tygodni po „Chinese new year”. Serio? Trochę się wkurzyłem (aczkolwiek do teraz uważam, że to Bird nie miał racji).

Właściwie ostatnim punktem obozu była uroczysta kolacja i wieczór z przebierankami, który był też swoistym talent show. Jedna z moich uczennic tańczyła taniec brzucha, inne dzieci śpiewały, a nawet wszedłem raz na scenę z moimi podopiecznymi, zaśpiewać „We will rock you”. Muszę przyznać, że niektóre dzieciaki serio pomysłowo podeszły do sprawy: miały ciekawe układy taneczne, recytowały jakieś wiersze. No, aż miło się patrzyło, tym bardziej że na przygotowania nie miały praktycznie czasu.

Ostatniego dnia pojechaliśmy na pole golfowe, gdzie dzieciaki najpierw posłuchały na temat teorii, potem połowa z nich mogła grać w bardzo ubogą wersję minigolfa, a druga połowa wybijać piłeczki jak najdalej tylko potrafiła. My też wzięliśmy udział, a niektórzy byli już tacy nieźli (Hi, Traian), że instruowali najmłodszych jak mocno przyłożyć i dobrze wybić.  Już przed samym wyjazdem, było zwiedzanie starówki 束河 (Shuhe, choć wszyscy mówili Suhe). Milusińscy wysłali pocztówki do domów i mieli trochę czasu wolnego. To w tym czasie mały smarkający retard pokazał rogi i postanowił się zgubić. A raczej nie dać się znaleźć. O mało co nie spóźnili się na samolot. Od jednej z uczennic dostałem naszyjnik, w którym pływa sobie mały kamyczek z moim imieniem. Strasznie to słodkie i noszę go do teraz. Potem już tylko odprowadziłem dzieciaki do autobusów i… Powiem Wam, że smutno mi było, że wyjeżdżały. Może nie miałem wilgotnych oczu, ale serio przykro, że sam obóz nie potrwał trochę dłużej, bo zdążyłem się z nimi zżyć. Ja i moje zbyt szybkie przywiązywanie się do ludzi. Ale o tym będzie też w kolejnych wpisach.

Kiedy pożegnaliśmy już wszystkie autobusy, czas było na małe spotkanie z Anią i Filipem, którzy akurat byli przejazdem w Lijiangu. Wspólne piwko, wspólne zdjęcia i w ogóle masa radości ze spotkania starych (lub nowych, dla Oli czy Dominiki) znajomych. Po powrocie do obozu jeszcze hot-pot i mała impreza (aczkolwiek byliśmy przemarznięci i zmęczeni) i… przygotowania do dnia następnego, kiedy to miałem ruszyć z Olą na podbój Junnańskich dróg!

Co szczególnie zapadło mi w pamięć?

Pierwszego poranka, gdy przyjechały już dzieciaki, poszedłem sprawdzić co u nich i pospieszyć je, żeby nikt nie musiał czekać. Okazało się, że jakiś chłopiec jeszcze w nocy zrobił pranie skarpetek. Wywiesił je, żeby wyschły, a one… zamarzły. Mówiłem, że było zimno, nie?

Z początku mówiono nam, że kiedy dzieciaki będą miały wolny czas, mamy się z nimi bawić, przygotowywać jakieś gry, żeby się nie nudziły. Ale chińscy nauczyciele zadbali o to, żeby nas wyręczyć. Każdy dzieciak musiał nauczyć się codziennie jednego antycznego wiersza chińskiego (np. z epoki Tang). A potem nagrywali to i wysyłali rodzicom, żeby pokazać że pociechy nawet na obozie nie próżnują i obcują z kulturą wyższą.

Bardzo sympatyczną rzeczą było to, że nie musieliśmy udawać Amerykanów czy Anglików, co ponoć często się zdarza przy kontaktach z chińskimi dziećmi (a raczej z rodzicami, dzieciakom to i tak wszystko jedno) i wszystko było dość sprawnie zorganizowane. Nie musieliśmy tyrać i być przy dzieciakach cały czas, choć z początku myślałem, że mając pod opieką dwie grupy, tak właśnie będzie. W przerwie obiadowej, gdy nasza chatka zdążyła się dostatecznie nagrzać, nawet wzięcie prysznica nie bolało aż tak.

Jedno z ostatnich wspólnych zdjęć

Przedostatniego wieczora zorganizowano czas nostalgii, i każde z dzieci otrzymało list napisany przez jego rodziców. W liście musiały być jakieś bardzo ckliwe słowa, bo praktycznie każde z dzieci płakało i nie ukrywało wzruszenia. Niektóre listy miały po kilka stron A5! Zająłem się w tym czasie rozdawaniem chusteczek, i tylko chińscy wychowawcy psuli nieco atmosferę filmując podopiecznych, żeby potem móc wysłać to wszystko rodzicom.

Warto jeszcze wyjaśnić, kim były te dzieciaki. Otóż były szóstoklasistami, którzy w następnym roku szkolnym mają iść do międzynarodowego gimnazjum. I to właśnie gimnazjum zgłosiło się do firmy organizującej obozy, żeby coś takiego przygotować. Żeby mogły się zapoznać wzajemnie, żeby mogły poznać się ze swoimi chińskimi wychowawcami i w ogóle. Nie wiem, czy to norma, ale jak ja szedłem do gimnazjum, to po prostu zaniosłem świadectwo tam gdzie było trzeba i tyle, nie było żadnych obozów adaptacyjnych ponad pół roku przed.

Świetne doświadczenie, które umożliwiło mi wyjazd do Junnanu praktycznie za darmo (tak jak pisałem, do biletów w dwie strony dorzuciłem ze 100 juanów). Pracy nie było jakoś specjalnie dużo, był czas na oddech czy piwko wieczorem.  Organizatorom też się spodobaliśmy, więc jest szansa na powtórzenie tego w wakacje lub kolejnej zimy. Zobaczymy. Ja jestem bardzo chętny.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline