Press "Enter" to skip to content

Każdy ma prawo do jesiennej chandry

W tym tygodniu miarka się przebrała. Cholera, wczoraj miałem
dzień krytyczny. Serio, byłem zły i czułem taką bezsilność życiową, że
normalnie, to chyba usiadłbym i płakał. Ale nawet na to nie miałem ochoty.
Miałem za to ochotę przywalić w coś pięścią, albo porządnie kopnąć w coś i się
wyżyć. Albo wykrzyczeć, nieważne. Jedna nauczycielka tak się przejęła, że aż do
mnie wieczorem zadzwoniła z kolejnymi poradami i… ciepło mi się na sercu jakoś
zrobiło. Cholera, brakuje mi tutaj kogoś, komu mógłbym się wygadać, z kim
mógłbym pogadać tak… naprawdę. Najlepiej po polsku, bez żadnych zahamować.
Kogoś, kto mnie zna dość dobrze i mnie po prostu wysłucha. Mam dziewczynę, ale
przecież to nie to samo. Ciężka sprawa.

Niby powiedziano nam, że stypendium się przedłużyć nie da,
ale my nadal w jakiś tam sposób działamy i staramy się to ogarnąć. Kiedy już
strona Polska dała odpowiedź, że można się nad tym zastanowić wspólnie i
znaleźć najlepsze rozwiązanie (np. żebyśmy zostali tutaj i nie musieli brać
dziekanki, czyli jak do teraz), tak pojawiły się jakieś problemy ze strony
chińskiej, których nie było wcześniej. Spędza mi to sen z powiek już od dobrych
kilku tygodni…
Co jeszcze? Prac domowych tylko przybywa, a ja nie wiem w
którą mam ręce włożyć, kiedy już znajdę chwilę żeby usiąść. Do tego przygotować
lekcję polskiego, zaplanować urodziny dla trzech osób, a w piątek wszyscy
ustalili że na zajęciach zamawiamy żarcie na wynos. Wszystko spoko, tylko czemu
z rana? Bo będzie 10.30. Wolałbym zrobić to po południu albo w ogóle iść do
restauracji.
We wtorek mieliśmy wspólne gotowanie w ramach zajęć z
kultury. Normalnie, mamy wykłady o zagadnieniach związanych z kulturą Chin, ale
tym razem nauczycielka postanowiła, że dobierzemy się w pary ludzi z jednego
kraju i ugotujemy coś, a potem wszyscy wspólnie zjemy. No i jako, że Michalina
jest jedyną Polką w naszej grupie poza mną, dobraliśmy się. Wyprawa po
składniki zajęła nam całe popołudnie: uznaliśmy, że nie zrobimy czegoś
strasznie prostego. Wybór padł na placki z gulaszem z wołowiny, papryki,
cebuli, grzybów. Na bogato. Generalnie, za same składniki wyszło nam 200元, bo np.
małe opakowanie jogurtu greckiego (miała być śmietana, ale nie znaleźliśmy)
kosztuje 20元, a jedna papryka (taka zwykła, „słodka”) 10元. No i
mięso, ale to wiadomo.

Potem gotowanie samego gulaszu zajęło nam cały wieczór. Ja
raczej nigdy nie gotowałem sam z siebie niczego złożonego, ewentualnie
asystowałem innym. Michalina zdaje się też nie. Doszedł jeszcze Arek i
wspólnymi siłami się udało, a efekt był fantastyczny. Szkoda tylko palca Arka,
który ucierpiał przy obieraniu pieczarek. Ale nic to. Generalnie samo przygotowanie
gulaszu zajęło nam chyba z 3 godziny.
Na drugi dzień po południu wielkie gotowanie. Najpierw obrać
i zetrzeć prawie 3kg ziemniaków. Potem usmażyć placki i podgrzać farsz. No cóż,
trochę czasu zeszło i generalnie stałem w kuchni jeszcze długo po tym, jak
wszyscy już usiedli do jedzenia. Kazałem im zaczynać beze mnie, bo przecież bez
sensu potem jeść zimne. Generalnie wyszło niedużo, ale powiedzieli, że
strasznie smakowało. Mi za to przypadła do gustu jakaś indonezyjska potrawa,
przypominająca w smaku trochę curry. Pycha. No i dziewczyny mówiące po rosyjsku(spośród
których tylko jedna jest Rosjanką; druga Ukrainką, a trzecia pochodzi z
Uzbekistanu) zrobiły sałatkę warzywną/jarzynową. Taką, jaką wszyscy pewnie
jecie w ciągu roku przynajmniej raz. Pycha. Wieczorem jeszcze dosmażyłem
wszystko co zostało i rozdałem po znajomych, moja dziewczyna też się najadła.
Teraz jak o tym piszę, nie wydaje mi się to jakimś wielkim
kryzysem, ale jak sobie przypomnę jeszcze kilka spraw, to nadal mi się nóż w
kieszeni otwiera. Wszyscy czegoś ode mnie chcą, a ja z niczym nie mogę sobie
poradzić. Ale to nic, dzisiaj po południu mogę w końcu zająć się sobą:
dziewczyna pojechała do koleżanki z mojej grupy na noc, a ja mam do
przygotowania lekcję polskiego. A potem może jakiś relaks. Zobaczę, może się
uda…
Co jeszcze? Ano, ostatnio wstałem z rana. Zwyczajowo, mamy
zasłoniętą zasłonę, żeby słońce nie świeciło zbytnio. I widzę, że ktoś wziął
się za spawanie. Odcień był lekko pomarańczowy, ale w sumie nie zdziwiło mnie
to. Po chwili jednak wyjrzałem za okno: płonęły i strzelały całe zbitki kabli i
inne urządzenia na słupie wysokiego napięcia. Cóż, atrakcji nigdy za wiele,
prawda? Pobiegłem do obsługi akademika, chyba nie wiedziała o co mi chodzi, ale
potem dobiegli inni ludzie i jej pokazali przez okno swojego pokoju. Wieczorem
widziałem tylko, jak robotnicy to naprawiają.

Tym miłym akcentem Was żegnam i mam nadzieję, że w końcu uda
mi się spisać relację z Pingyao. W ten weekend już na pewno. Obiecuję.
Trzymajcie się!

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline