Press "Enter" to skip to content

八大胡同 – dawna dzielnica rozkoszy

Zajęcia ruszyły pełną parą już 9-go września, ale teraz znowu mamy trochę oddechu: 1-go października bowiem, obchodzi się w Chinach Rocznica Proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej. Jest to jedno z największych świąt w kraju. I wiąże się z tygodniowym wolnym od szkół, więc Chińczycy chętnie ruszają zwiedzać. Jak podczas każdego innego święta, z tym wyjątkiem, że mając do dyspozycji aż 7 dni, mogą zapuścić się trochę dalej. Stąd też w Pekinie ogromne tłumy i pewnie wszędzie indziej. Początkowo miałem jechać do Yunnanu, ale plany nie wypaliły, więc zostałem tutaj. I prawie codziennie udaje mi się gdzieś wyjść i pozwiedzać.

W czwartek na przykład, nie miałem żadnych planów, ale moja dziewczyna postanowiła mnie wyciągnąć gdzieś dalej na spacer. „Może hutongi?” – spytała. „Jasne, byle w domu nie siedzieć.”- rzuciłem na szybko i po chwili siedzieliśmy już w miejskim autobusie. Naszym celem były 八大胡同 (Bada hutong), co jest nazwą zbiorczą dla ośmiu różnych hutongów położonych blisko siebie. Co w nich takiego specjalnego? Ano, że powstały w XVIII w. poza murami miasta i były pekińską dzielnicą czerwonych latarni. Największym skupiskiem domów rozkoszy w całym Pekinie.

Teraz już co prawda ze świecą szukać pozostałości po takich przybytkach, ale hutongi zawsze mają do siebie to, że przyciągają turystów: niskie budynki, ciasne uliczki i Chińczycy zajmujący się swoimi codziennymi sprawami. Nie inaczej było tym razem: w czasie, gdy przemierzaliśmy kolejne uliczki, ja robiłem zdjęcia. Pranie wiszące przy oknach, ludzie snujący się wzdłuż drogi (para na zdjęciu powyżej po prostu mnie urzekła) sprawiają zupełnie inne wrażenie i można zapomnieć, że jest się w aglomeracji liczącej około 20 milionów ludzi.Trafiliśmy w końcu na większą uliczkę, na której nie było już tak przyjemnie jak w hutongu, do którego weszliśmy na początku: ale spodziewałem się tłumów, więc zaskoczony bynajmniej nie byłem. Swoją drogą: pięknie wyglądają te flagi powiewające na wietrze. Szkoda, że w Polsce na 11. listopada na przykład ciągle jeszcze niewiele ludzi o tym pamięta…
Idąc dalej, doszliśmy do ulicy Qianmen (前门), którą udało się obejść dość pobieżnie, bo wszechobecny tłum wyglądał po prostu jak rzeka o dwóch prądach i każdy, kto się zatrzymywał bądź odstawał od reszty, był niezbyt mile widziany. Co ciekawego na Qianmen? Zjadłem lody (co prawda tylko z McDonalda) o smaku japońskiej wiśni, które okazały się bardzo dobre. Potem to już zwykłe obejście w chińskim stylu: „Podejść, zrobić zdjęcie, przejść dalej bez zastanowienia się.” i dalej szukanie jakiegoś powrotu na kampus. Autobusów znaleźć nie mogliśmy, a stacja metra okazała się zamknięta. No cóż, po przejściu dość długiego dystansu, udało się nam w końcu dotrzeć do przesiadkowego autobusu, którym bezpiecznie wróciliśmy do domu.
Na Qianmen muszę wrócić na pewno, ale to już wtedy, gdy nie będzie takich tłumów (może zaraz po końcu wolnego? Wydaje mi się, że powinno być spokojniej). Na dzisiaj to wszystko, ale jutro bądź w poniedziałek możecie spodziewać się kolejnego wpisu.

Komentarze

2 komentarze

  1. […] migruje. Dwa lata temu zwiedzałem w tym czasie Pekin, o czym możecie przeczytać na przykład tutaj, a w tym postanowiłem jednak nie siedzieć w zatłoczonej stolicy (zdjęcia z Wielkiego Muru i z […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline