Press "Enter" to skip to content

Kto zakaże mi mówić o Zakazanym Mieście?

Długo się zbieram do tego wpisu, bo trochę ciężko mi chyba o tym pisać. Najsłynniejszym miejscem (poza placem Tiananmen) kojarzącym się z Chinami, jest Zakazane Miasto. No i super, w ostatnią sobotę pojechaliśmy na wycieczkę. Dużą grupą, bo aż dwa autokary. Spodziewałem się czegoś zupełnie innego, zadziałał chyba „syndrom paryski” i wyszedłem trochę zniesmaczony. Ale od początku.

Jeśli ktoś nie wie, to pokrótce może powiem o samym Zakazanym Mieście. Jest ono dawnym pałacem cesarskim dynastii Ming i Qing, znajduje się w samiutkim centrum Pekinu. Od 1987 roku jest na światowej liście UNESCO. Sam kompleks pałacowy powstał w latach 1406-1420 na zlecenie cesarza Yongle z dynastii Ming. Podczas najazdów Mandżurów, większość została zniszczona, ale potem, mandżurska już dynastia Qing. Od 1912r. zewnętrzna część Zakazanego Miasta została udostępniona jako muzeum (do 1924 w wewnętrznej mieszkał jeszcze cesarz).
Tyle historii. Wybraliśmy się, tak jak na Wielki Mur: skoro świt, autobusem. Dojechaliśmy na miejsce (czyli w pobliże Placu Tiananmen)  koło 8. Już wtedy tłumy i kolejki były nieziemskie, ludzi po prostu tak wiele, że wzrokiem się tego objąć nie dało. Już wtedy wiedziałem, że może być niezły sajgon. Ale miałem cichą nadzieję, że może jednak idą gdzie indziej, albo po prostu oglądają sam plac. Płonne były moje nadzieje. Po zakupieniu biletów i ustrzeleniu grupowych zdjęć dowiedzieliśmy się, że za bramkami działamy na własną rękę, bo nikt grupą chodzić nie będzie. No okej, na Wielkim Murze też tak było i się sprawdziło.
Tyle, że Mur jest długi, a i nie było chyba jednak takich tłumów. Jeden ze starszych stażem znajomych mówił, że budynki w Zakazanym Mieście mogą być albo otwarte do zwiedzania, albo otwarte, żeby zajrzeć do środka (linki/barierki zagradzają drogę), albo w ogóle zamknięte. W sobotę była to opcja numer dwa. Ale co z tego, skoro ludzi było aż tyle, że trzeba było przepychać się łokciami żeby cokolwiek zobaczyć. Zdjęć wielu nie mam, bo pomieszczenia są nieoświetlone, a i flesza używać nie można. No i tłum. Nieważne. Nie chcę wyjść na jakiegoś malkontenta i Polaczka, bo tak na razie pewnie to wygląda. Nie, było ładnie. Skala robi wrażenie, i na pewno trochę widać, że miejsce ma jakieś historyczne znaczenie, ale…  Cóż, jestem pewien, że gdybyśmy wybrali się w normalny dzień pracujący, a nie sobotę, kiedy to w Zakazanym Mieście jest ogromna masa wycieczek, odczucia miałbym inne. I pewnie jeszcze raz to sprawdzę.
Po samym kompleksie pałacowym trafiliśmy do Ogrodów Cesarskich. Te, mimo swojego niewielkiego rozmiaru, zrobiły na mnie dużo lepsze wrażenie. Ludzi nadal było dużo, ale przynajmniej było zielono i jakoś tak przyjemniej. Zauważyłem też jedną ciekawą rzecz dotyczącą Chińczyków. Otóż, jeżeli w jakieś miejsce nie powinno się wchodzić, są ustawione płotki i w ogóle, to to, czy tam wejdą jest zależne tylko od wysokości płotu, nie od tego, czy można, czy nie można. I tak pełno było ludzi włażących w kwietniki (bo przecież ogrodzenie sięga tylko kolana) i strzelających sobie zdjęcia. Pomimo zakazu. Strażnicy czy ludzie dbający o wygląd ogrodu też jakoś specjalnie się nie przejmowali. Ja wiem, w Polsce też ludzie włażą „bo mogą”, ale chyba jednak nie na taką skalę.
Po ogrodach pochodziliśmy jeszcze trochę po samym kompleksie pałacowym, dotarliśmy do niewielkich wystaw muzealnych z zachowaną porcelaną, czy metalowymi sprzętami jak dzwony itd. Po jakimś czasie chodzenia zaczepiła nas jeszcze Chinka, która zadziwiająco dobrze mówiła po angielsku. Mówi, że jest przedstawicielką jakiejś szkoły i że mają piękne malowane prace w sklepiku muzealnym nieopodal. C. i J. od razu powiedzieli, że nie idą, ja chciałem sprawdzić. Weszliśmy do sklepu z pamiątkami, kobieta pokazuje mi obrazy. Faktycznie ładne, wzory typowo chińskie, smoki, tygrysy, natura. Zachwala, że wszystkie trzy części malunku są z aksamitu. I mówi „te robili nasi uczniowie, więc są tanie, tylko 300元, to moja jedyna i ostateczna cena”. Patrzę na wielkie obrazy. Ona to dostrzega i mówi „a te robili nauczyciele, są dużo lepsze i kosztują sporo więcej.” – widziałem cenę, około 3000元, jeśli dobrze pamiętam. Mówię, że nie mam przy sobie kasy. „Karta też może być”. Nie mam karty. „Okej, to za 200元 te mniejsze”. Odparłem, że serio nie mam i że wrócę (jasne) przed wyjazdem. Uwielbiam targowanie się z Chińczykami, którzy sami spuszczają z ceny, byle coś kupić. A ja nawet tego nie chciałem.
Pobłądziliśmy jeszcze trochę po Zakazanym Mieście, poprzyglądaliśmy się ludziom i otoczeniu. I tak, widzieliśmy jednego faceta, który najprawdopodobniej palił „zielsko”, miał nawet połączone szkło z butelką. Wyglądało to dość zabawnie, nie robił sobie nic z tego, że wokół niego jest pełno ludzi, a jego przekrwione oczy mówiły, że mu dobrze. Było sporo śpiących ludzi, byli ludzie poprzebierani w tradycyjne stroje (czasem nawet cesarskie), bo na terenie Zakazanego Miasta można strój taki wypożyczyć. Była jeszcze durna reklama: gość przebrany w tradycyjne stroje „latający” nad zakazanym miastem. Efekty specjalne na poziomie greenboksa w pierwszych sezonach Kiepskich.
Po południu uznaliśmy, że powoli trzeba zacząć zbierać się do wyjścia. Więc poszliśmy za tłumem, boczną drogą (bo główną do wyjścia doszliśmy przez ogrody, ale potem postanowiliśmy jednak wrócić). Przed wyjściem tłumy takie same jak w środku, a tu trzeba dojść na metro! I tutaj chyba jeden z najbardziej szokujących widoków, na który natrafiłem przez te półtora miesiąca tutaj. Idziemy przez tłum, trzy osoby, ale wężykiem, żeby było łatwiej. Co chwilę zaczepiają mnie jakieś żebrzące kobiety z dziećmi na rękach (dlaczego tylko mnie? Dwójka towarzyszy też była „urody zachodniej”: Polka i Wenezuelczyk). Następnie trafiamy na cały pochód ludzi, którzy w życiu łatwo nie mają: kilka osób bez kończyn, kilka z innymi dolegliwościami. Najbardziej zszokował mnie widok faceta bez jednej ręki (nie jestem pewien, czy miał nogi), siedzącego na kocu, z mikrofonem w drugiej ręce i „śpiewającego” z playbacku jakiś rockowy chiński kawałek. Masakryczny widok, nie polecam nikomu.

Po tym pełnym wrażeń dniu wróciliśmy do akademika. Strzeliłem sobie małe piwko, bo strasznie mnie suszyło po tym łażeniu. Potem szybko mnie zmuliło, jak to po pojedynczym piwie, więc poszedłem spać i tak spałem do 19. A o 21 mieliśmy wyjść do pubu, co ostatecznie udało się o 21.30. I było miło: pub był ten sam, co ostatnio, z tym że ludzie inni. Ale generalnie było sympatycznie. Po powrocie do akademika poszedłem jeszcze do pokoju Koreańczyków kontynuować imprezę, ale po jakimś czasie zacząłem już przysypiać (wykończony łażeniem po Zakazanym Mieście) i poszedłem spać. Jakoś koło 4-tej.

Myślę, że to nie było moje ostatnie starcie z Zakazanym Miastem i mam nadzieję, że większość narzekań odszczekam jak pojadę tam po raz kolejny. Tymczasem kończę, trzymajcie się!

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline