Press "Enter" to skip to content

Kultura osobista Chińczyków?

Dzisiaj chyba zdjęć nie będzie, ale to chyba akurat dobrze.
I generalnie, jeśli jesteście wrażliwi i nie lubicie czytać o nieprzyjemnych
rzeczach związanych z wyglądem bądź zachowaniem, możecie spokojnie pominąć ten
wpis. Innych zapraszam: jak by nie było, jest to część kultury, prawda?

Pewnie domyślacie się, że w Chinach panują odmienne zasady.
Inaczej zachowują się ludzie: jedzą w inny sposób, przeszkadzają im inne rzeczy
niż przeciętnym ludziom z Zachodu, innych rzeczy się wstydzą. Postaram się
wypunktować to, co mi się rzuciło w oczy przez te trzy miesiące pobytu tutaj.
Przyszło lato: w Polsce może według kalendarza, jeszcze nie
do końca, ale tutaj miewamy dni po 40 stopni, chociaż ostatnio jest koło
trzydziestu, a dziś nawet pewnie z niecałe dwadzieścia, bo pada deszcz. Co
robią dziewczyny? Ano, zakładają na siebie jak najmniej, oczywiście starając
się przestrzegać „jakiejś tam” etykiety. W większości wypadków to po prostu to,
że dekolt nie może być za duży, a i starają się za bardzo nie pokazywać barków.
Poza tym: wielkiego savoir-vivre’u tu nie uświadczymy. Gdzie tkwi haczyk? Otóż
większość Chinek (nie powiem, że Azjatek, bo z tym różnie bywa) nie uznaje
czegoś takiego jak depilacja nóg, czy… pach. Nogi jeszcze jestem w stanie
przeboleć: trzeba serio dobrze i pod dobrym kątem patrzeć, żeby je dostrzec, bo
są bardzo jasne i cienkie, ale kępy, które niektóre panie hodują, i odkrywają
właśnie latem, jadąc na przykład autobusem, potrafią zniechęcić każdego. I nie
mówię tylko o kobietach, które o siebie nie dbają. Z twarzy mogą być
prześliczne, mogą mieć ładnie dobrany makijaż, a jedno zerknięcie w okolice
ramion i czar pryska. Problem dotyczy chyba całego społeczeństwa: nie golą się
młode dziewczyny, panie w kwiecie wieku… Wszystkie. Doszły mnie nawet słuchy,
że Chińczycy uważają włoski na nogach za seksowne. Cóż, co kraj to obyczaj,
prawda?
Okej, a jak z upałami radzą sobie Chińczycy? Nie wiem, na
czym polega popularność tej metody chłodzenia organizmu, ale im jest cieplej,
tym częściej widać mężczyzn, którzy bardzo chętnie podwijają koszulki i
eksponują swoje, czasem dość pokaźne, mięśnie piwne (które, swoją drogą,
Chińczycy nazywają 啤酒肚, czyli „brzuszkiem piwnym”). Tutaj też nie zależy to od
wieku, ale najwięcej chłodzących się w ten sposób panów ma 40-60 lat.
Kolejną sprawą, której w Polsce nie uświadczymy na taką
skalę, jest charkanie. Generalnie w Chinach, idąc chodnikiem, nie uchronimy się
przed usłyszeniem głośniejszego lub cichszego (raczej pierwsza opcja)
odchrząknięcia, a potem splunięcia. Nie wiem na czym polega fenomen: czy to powietrze?
Nie wiem. Myślałem na początku, że może chodzi o powietrze i smog, ale mieszkając
w Pekinie, nie odczuwam większej ochoty na plucie, niż w Polsce. Najgorsze jest
znowu to, że robią to wszyscy. Nie tylko faceci, którzy wyglądają jak
pijaczkowie spod bazarku w gorszych dzielnicach w polskich miastach. Charkają
kobiety i mężczyźni. Na szczęście, młodzi robią to o wiele rzadziej niż starsi.
Niemniej, czasem można natknąć się na ładną dziewczynę, która soczyście spluwa.
Ciekawym faktem, jakże odmiennym od polskich realiów jest
to, że w znakomitej większości, dzieciaki, które potrafią już samodzielnie
chodzić, nie noszą pampersów. W spodniach najczęściej mają po prostu wyciętą z
tyłu dziurę. Kiedy dziecko chce, po prostu sobie kuca i się załatwia. Co
więcej, widokiem nierzadkim jest to, że dzieciaki takie chodzą z rodzicami
centrach handlowych/supermarketach. Co wtedy? Często zdarza się, że Chińczykom
nie chce się iść do łazienki. Lokalizują najbliższy kosz na śmieci, łapią
dzieciaka, wyciągają ręce i „wysiusiają” pociechę do kosza. Myślałem zawsze, że
to tylko legendy, ale proceder ten naprawdę ma miejsce!
Jeśli już o wypróżnianiu mowa, wspomnę tylko, że w Chinach
znajdziemy całą masę publicznych toalet. W większości wypadków, jest to
niewielki budynek z oddzielonymi sekcjami dla mężczyzn i kobiet (zazwyczaj
wejścia znajdują się oddzielnie, z dwóch stron budynku) i… w przybytku tym nie
uświadczymy oddzielnych kabin. Jak to? Pamiętacie zdjęcie toalety z hotelu dla
olimpijczyków w Soczi? Stały sobie dwa klozety obok siebie. Tutaj jest
podobnie, tylko nie ma klozetów, a są po prostu klozety do kucania, i jest ich
dużo więcej, np. osiem. Nie wiem, czasem nawet toalety są umiejscowione tak, że
są naprzeciwko siebie: czy Chińczycy lubią patrzeć sobie w oczy podczas takich
czynności?
Dobra, o temat o kupie chyba zamknąłem. Teraz jedzenie.
Wszyscy zapewne wiedzą, że w Chinach posiłek je się pałeczkami. Ktoś mógłby
powiedzieć: „Ale przecież używanie noża i widelca jest prostsze!” . I tak i
nie. Dla nas, ludzi z Europy: faktycznie jest to prostsze, bo od małego się
tego uczymy. Szczerze mówiąc, w Polsce użyłem pałeczek może dwa razy, robiąc to
bardzo pokracznie. Przecież nigdy nie miałem potrzeby, bo nawet „u Chińczyka” w
Polsce, można zjeść obiad używając widelca.
Po przyjeździe tutaj, doświadczyłem tego, jak czują się
Chińczycy w restauracji stylizowanej na zachodnią, bądź w ogóle na Zachodzie. Na
stołówce uniwersyteckiej nie da się uświadczyć noża i widelca, więc musiałem
zacząć się przystosowywać już pierwszego dnia, bo nie chciało mi się biegać na
stołówkę z własnym zestawem (który oczywiście można sobie przywieźć bądź kupić)
sztućców. Działa to w dwie strony: wybrałem się kiedyś z koleżanką na pizzę.
Chińczycy lubią nawet pizzę jeść pałeczkami, ale postanowiła, że spróbuje użyć
noża i widelca. Wyglądało to dość zabawnie, jakbym patrzył na małe dziecko
siłujące się z kawałkiem ciasta. A sam, jak prawdziwy cwaniak, jadłem rękami.
Bo kto to słyszał: jeść pizzę używając sztućców?
Inną sprawą jest samo jedzenie: Chińczycy nie przejmują się
wcale tym, jak jedzą. Bardzo lubią rozmawiać przy posiłkach, które potrafią
ciągnąć się przez dwie lub trzy godziny. Do tego uwielbiają sobie mlaskać. W
Polsce przyzwyczaiłem się, że mlaskanie nie jest zbyt mile widziane: tutaj nikt
nie zwraca na to uwagi. Ponadto, w jedzeniu często są chrząstki czy kości. Ja
staram się takich potraw unikać, ale większość ludzi, po prostu bierze taki
kawałek mięsa do ust, przeżuwa, po czym wypluwa niejadalną część na stół. Nie,
nawet nie na rękę, w chustkę czy talerz. Po prostu na stół. To samo, jeśli
potrawa ma jakiś nielubiany przez nich składnik: po prostu wydłubują go i wyrzucają
na, bądź czasem pod stół. Często podaje się też jednorazowe pałeczki zapakowane
w folię/jakiś papier. Generalnie większość ląduje pod stołem i nikt się tym nie
przejmuje.
Tu chyba na razie skończę. Kuriozalnych zachowań jest
jeszcze sporo, ale te pamiętam na ten moment. Mam nadzieję, że nie macie mi za
złe, że wrzucam na bloga takie ohydne rzeczy. Chciałem pokazać, że nie wszystko przedstawia się w tak pozytywnym (dla Europejczyka) świetle. Widzimy się już
niebawem, aczkolwiek nie wiem jeszcze z jakim tematem się zmierzę. Macie jakieś
propozycje?

Komentarze

One Comment

  1. Julia Kask
    Julia Kask 2014-06-06

    Co do chrachania i zarostu, to w lodnynie jest to samo… niestety ;/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline