Press "Enter" to skip to content

Jak zostałem gwiazdą chińskiego internetu

Światła, kamera… AKCJA! Jesteśmy na wizji! Ogląda nas kilkadziesiąt… nie, kilkaset tysięcy Chińczyków. Przez najbliższe trzy-cztery godziny będziemy jeść, pić i po prostu dobrze się bawić, szczerząc się do kamery. A widzowie będą to oglądać, dawać lajki i kupować na Taobao spożywane przez nas produkty.

Tak właśnie wyglądał dla mnie ostatni piątek, kiedy to wystąpiłem w livestreamie (dla nieorientujących się w dziedzinie internetowej nomenklatury – była to taka audycja na żywo) reklamowym największego w Chinach portalu zakupowego – Taobao. Pewnie nawet o nim nie słyszeliście, więc jaki on tam największy? A nazwa Aliexpress Wam coś mówi? No, to Taobao należy do tej samej spółki, ale jest przeznaczone dla Chińczyków.

Ale że jak to?

No właśnie, więc skąd ja w programie o potencjalnie ogromnym zasięgu się wziąłem? Pewnie słyszeliście, że w Chinach bardzo ważne jest pojęcie guanxi, które można, w bardzo dużym uproszczeniu przetłumaczyć jako ”znajomości”. Chodzi o koneksje różnorakiej maści – znasz kogoś, kto zna kogoś, kto może sporo rzeczy załatwić, więc dlaczego tego nie wykorzystać? My Polacy też bardzo często możemy się z tym spotkać. Ale w Chinach działa to na wiele większą skalę.

No właśnie, więc któregoś razu kiedy siedziałem ze znajomymi, zajadając się szaszłykami i żłopiąc paskudne piwo Yanjing, napisał do mnie kolega ze studiów mniej więcej w taki sposób: „Ej, Ke Wei, chcesz może wziąć udział w livestreamach reklamowych Taobao? Dostaniesz trochę hajsu, a do tego pewnie nieźle się pobawisz. Moja koleżanka pracuje w firmie, która się teraz tym zajmuje i potrzebują gości z zagranicy”. Na początku odmówiłem, ale parcie na szkło zwyciężyło i postanowiłem przynajmniej dowiedzieć się szczegółów.

Kilka dni później byłem już w siedzibie firmy, gdzie jeden z menadżerów opowiedział mi o całym przedsięwzięciu. Rzecz polega na tym, że w studio siedzi sześć osób – dwójka prowadzących, którzy mają za zadanie rozkręcać całą imprezę i promować produkty, dwójka ludzi związanych z firmą sponsora i dwójka gości z zagranicy, mających robić trochę za comic relief, a trochę za wyrażanie zdania odmiennego niż to chińskie. Widzowie w tym czasie mogli liczyć na promocje i bezpośrednie linki do promowanych produktów.

Facet spytał mnie, czy taka formuła mi odpowiada i co lubię jeść – bo wtedy będą mogli bardziej dobrać zawartość każdego odcinka do poszczególnych gości. Padło na piwko, ostre żarcie (zwłaszcza hot-pot) i nabiał.

Pseudonim artystyczny

Poczekałem trochę na kontakt – okazało się, że w pierwszej turze wystąpi Kanadyjczyk 白熊 (Biały Miś, a co!) i Malezyjka Jasmine. Mnie poproszono o wymyślenie sobie jakiejś ksywki, bo Ke Wei brzmi dość… wyniośle i nie jest słodkie. Bo przecież białas w TV musi być słodziakiem, nie? Pomysł średnio mi się spodobał, ale poszedłem w zwierzęce klimaty, zostawiłem moje chińskie nazwisko Ke i dodałem Ji i… stałem się psem Corgi – jeśli nie kojarzycie z nazwy, to na pewno skojarzycie po zdjęciach. Przeurocza kreaturka o krótkich nóżkach. Zostałem długonogim corgim. Cały zwierzyniec pojawi się niedługo w tym livestreamie… Ale to nic!

Życie gwiazdy Taobao nie jest łatwe

W umówiony dzień miałem stawić się w studiu nagraniowym o 8 rano. Niby okej, gdyby nie to, że tak jak pisałem w niedawnym poście – Pekin jest cholernie wielki. Studio nie dość że nie znajdowało się w pobliżu, to leżało w sumie z dala od wszystkiego, co było mi wcześniej znane. 50 km drogi. Żeby uniknąć korków, wyjechałem już o 6.30. Trochę się denerwowałem, więc poprzedniej nocy spałem… dość marnie.

Czułem się dość paskudnie, a na dworze było zimno. W studiu wcale nie było wiele cieplej – czekała na mnie już znajoma znajomego, która mnie w całość przedsięwzięcia wkręciła i babuszka, która zajmuje się budynkiem. W środku było może z 8 stopni na plusie. Klima dopiero co zaczynała działać, więc na szybkie ocieplenie nie było co liczyć. Powoli zaczęli pojawiać się kolejni ludzie.

Studio

Gdy weszliśmy do pomieszczenia, w którym cały stream miał się odbywać, nie byłem jakoś szczególnie zachwycony – ot, stół, trzy palniki do hot-potów i cała gama produktów firmy New Hope – w tym odcinku nabiał i składniki do gorących garów właśnie. Czyli coś idealnie dla mnie. Dostałem też tabliczkę ze słodziutkim rysunkowym corgim, którą będę mógł machać w trakcie programu.

Po jakimś czasie pojawili się prezenterzy, a także cała ekipa, która zaczęła montować światła i kamery. Ja zszedłem na dół do makijażystki. „Jej, ale z Ciebie przystojniak!” – rzuciła, jak to Chińczycy mają w zwyczaju. Dostałem całą maskę na twarz, włosy też potargała mi nieziemsko. Tak zrobiony mogłem w końcu jakoś prezentować się przed kamerą, bez worów pod oczami i hollywoodzkim uśmiechem.

I… AKCJA!

Przed jedenastą siedzieliśmy już na swoich miejscach oczekując na wejście na wizję. Bardzo ładna prezenterka Liang Liang już na miejscu, my mieliśmy wchodzić po kolei. O jedenastej wiadomość z centrali – jest jakiś problem, czekamy w gotowości. W końcu weszliśmy o 11.15.

A program? No cóż, Liang Liang i Fei Ge robili swoje, czyli prezentowali kolejne produkty zachwycając się nimi, dwójka ludzi z New Hope (firmy sponsorującej ten odcinek) także, a ja z Jasmine… Po prostu siedzieliśmy i włączaliśmy się od czasu do czasu do rozmowy, biorąc udział w trochę dziwnych gierkach.

Ke Ji, słyszałem, że lubisz ostre! No to Cię przetestujemy! Zjesz ostre papryczki z hot-pota?” – zapytał mnie już na samym początku prezenter. A ja jak to ja, JA NIE DAM RADY?! Tyle, że ostatnio mało jem mało ostrego, bo zamknęli nam stołówkę, więc z nosa i oczu poleciało mi momentalnie. Ale się nie złamałem i zjadłem. Mieliśmy najróżniejsze mleka i jogurty (produkowane oczywiście przez New Hope) do zapijania, więc można było w jakiś sposób zabijać ostrość dań. Taki był zamysł całego programu – zachęcanie do jedzenia ostrych hot-potów z mlekiem albo jogurtem. Wszystko od tej samej firmy.

W trakcie losowane były też osoby otrzymujące poszczególne zniżki jako nagrody – można było dostać np. zestaw produktów wartych 158 yuanów za 1 yuana – była to więc całkiem niezła okazja.

Naszymi kolejnymi gierkami były między innymi picie mleka z kartonu, żeby sprawdzić kto wyciśnie go więcej. Tutaj wygrałem. Na kartoniku było napisane, że mleka było 200ml. Po zważeniu opakowania po mojej terapii, miało ono tylko 17 gramów. Reszta, po pierwszej turze ważenia miała przynajmniej po 30 gramów.

Było też picie mleka przez słomkę w kształcie okularów. Gdyby nie to, że było tak cholernie zimne, to bym wygrał, a tak rozbolało mnie trochę gardło i wygrał Hu Ge – przedstawiciel New Hope. Inną gierką było założenie maski na oczy przez dziewczyny i próbowanie nakarmić nas, facetów orzeszkami z jogurtu. Miałem nawet okazję „ugotować” coś na wizji – oczywiście korzystając z produktów sponsora.

Pod koniec właściwie byłem już tak objedzony, opity i zmęczony ciągłymi uśmiechami, że rozbolała mnie głowa. Ale trzeba było wytrzymać. Zerknąłem na zegarek – było grubo po czternastej, a my byliśmy dalej na wizji. Planowo mieliśmy skończyć właśnie o drugiej. Ostatecznie skończyliśmy przed czwartą.

Po bitwie

Tak jak pisałem na facebookowym profilu: w pewnym momencie mieliśmy ponad 300 tysięcy widzów w jednym momencie, co widać na niektórych screenach. Tyle, że Chińczycy mają trochę inny system niż nasz i duże liczby liczą np. w dziesiątkach tysięcy, w tzw. wanach (万) – więc jeśli widzicie liczbę typu 30,46万 to jest to ponad 304 tysiące. Oczywiście nie łudzę się, że ktoś był w stanie obejrzeć całość tej audycji, bo w sumie to była to taka ładnie zapakowana reklama. Lajków, które można było klikać przez cały program, zebraliśmy ostatecznie 1,6 miliona. Robi wrażenie? Na mnie tak 😉

Właściwie, to bardzo fajne doświadczenie, którego nawet nie spodziewałbym się spróbować. Ale przecież o to tutaj chodzi, prawda? Czerpać z życia jak najwięcej! A skoro może obejrzeć mnie kilkaset tysięcy Chińczyków, to czemu nie spróbować? Raczej nie chciałbym zajmować się taką formą internetowego marketingu na co dzień – bardzo to sztuczne i męczące. Ale jeśli będę miał jeszcze okazję, to pewnie spróbuję.

A Wy? Chcielibyście wziąć udział w takim nagraniu?

PS: Z tą gwiazdą w tytule to trochę na wyrost, ale co tam ;)

PS2: Kiedy gadałem z ludźmi z ekipy i wspomniałem, że prowadzę Worek Ryżu, spytali ilu mam fanów. Powiedziałem, że na Facebooku jest to prawie 1400 osób. „Ale jesteś pewien, że na końcu nie ma 万?” – usłyszałem w odpowiedzi. Ech, chińska skala.

PS3: Kiedy już opuszczaliśmy budynek, wchodziła do niego cała masa pięknie uczesanych i zrobionych na koreańską modłę chińskich chłopców – to nasi rywale, którzy zaraz po nas nadawali livestream platformy-wroga TaobaoJingDonga. W tym roku praktycznie każdy portal zakupowy w Chinach ma swoje audycje na żywo, w których promują poszczególne produkty.

 

 

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline