Press "Enter" to skip to content

Lubię powroty

Znacie to uczucie, kiedy macie wrażenie, że zasiedzieliście się w jednym miejscu i ciągnie Was do drugiego, innego, w którym wcześniej byliście? Do tego stopnia, że czujecie się rozdarci, a pamięć zdążyła wygumkować już praktycznie wszystkie złe wspomnienia z nim związane. Właściwie, to to uczucie nie tyczy się tylko miejsc. Bo kto z Was nie chciałby wrócić do czasów, kiedy byliście młodsi? Zdaje się, że wszystko było wtedy (albo tam) prostsze, bardziej kolorowe. Bo zawsze lepiej tam, gdzie nas nie ma.

Przed wyjazdem na magisterkę do Chin popełniłem wpis zatytułowany Nie lubię wyjazdów. Przez te półtora roku prawie nic się nie zmieniło. Lubię za to powroty. A ten pod koniec grudnia był dla mnie wyjątkowy.

Spędzanie naszych świąt w Chinach, gdzie oficjalnie nie panuje żadna religia, a Boże Narodzenie jest tylko „wymysłem zachodu” i kojarzy się z wręczaniem jabłek w wigilię (pingguo to „jabłko”, a pingan to „spokój, pokój”, więc wymyślono, że to ten owoc będzie wspaniałym, tradycyjnym prezentem na uczczenie Cichej Nocy) i facetem w czerwonym kubraku, wcale nie jest kolorowe. Dlatego w grudniu poleciałem do Polski na Święta, robiąc rodzinie niespodziankę. Jeśli śledzicie mój profil na Facebooku, na pewno widzieliście już film z przebiegu całej akcji i nie będę się nad tym rozwodził.

Tak jak już powiedziałem – lubię wracać do domu. Bo to uśmiech członków rodziny i przyjaciół, z którymi nie widziałem się kawał czasu. Bo to możliwość odwiedzenia tych wszystkich miejsc, które tak bardzo lubię. Bo to powrót do moich wspomnień. I nieważne, ile czasu upłynęło, powroty po prostu są piękne. Nieważne, że siąpi deszcz, że jest zimno, a zamiast śniegu są tylko kałuże. Jestem u siebie i to się liczy. Nie było mnie raptem cztery miesiące, a radość była nie do opisania.

Ciekawe co bym poczuł, gdyby dane mi teraz było wrócić do Santiago de Compostela – miasta w hiszpańskiej Galicji, gdzie spędziłem swojego Erasmusa. Nie byłem tam już pięć lat. Od jakichś dwóch strasznie tęsknię. I wiem, że powrót tam nie byłby tak różowy jak powrót do Mławy – większość osób, które znam już tam nie mieszka, bo tak jak ja, była tylko studenciakami z Erasmusa. Ale chciałbym jeszcze raz przejść się tymi starymi uliczkami, popatrzeć na Katedrę, napić się piwka i zjeść tapas. I spotkać się z tymi, którzy jeszcze tam są.

Bo, mimo że miejsca, które w naszych wspomnieniach przykryte są już grubą warstwą nostalgii, po powrocie nie będą wyglądały tak samo, a i czas spędzony tam momentami nie był tak różowy jak się wydaje, to… lubię powroty.

 

A Wy?

 

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline