Press "Enter" to skip to content

Muzeum-park narodowości chińskich cz. 2

W pierwszej części relacji z parku chińskich grup etnicznych, wywód swój zakończyłem na mniejszości Oroków. Dzisiaj zapraszam Was w dalszą podróż po świecie chińskich narodowości.

Po zwiedzaniu kolejnych części parku, ruszyliśmy na kolejny występ, podczas którego zaprezentowano kolejne tańce, tym razem z parasolami. Po wszystkim skusiłem się, żeby spróbować kolejnego alkoholu: do wyboru był jakiś robiony z żeń-szenia lub jęczmienia qingke (青稞)- wybrałem ten drugi, z uwagi na to, że w butelce zauważyłem coś podobnego do pływającego, zasuszonego węża. Zrobiłem nawet zdjęcie, ale z tego co teraz widzę, niestety zwierzaka nie widać. Musicie uwierzyć mi na słowo. Paliło w gardło dość zdrowo, ale jako Polak trzymałem fason, grzecznie podziękowałem i powiedziałem, że smakuje wyśmienicie.
Kolejnym punktem programu był pokaz wszystkich grup etnicznych i zaprezentowanie ich strojów. Niestety, schody, na których przyszło nam siedzieć, były dość oddalone od „sceny”, przez co nie porobiłem zbyt wielu zdjęć, bo i tak powychodziły paskudnie, ale kilka udało się cyknąć i pewnie gdzieś je wypatrzycie.
Po „pokazie mody” ruszyliśmy do południowej części parku (gdzie zaczęliśmy podróż), żeby zwiedzić kolejne części i budynki mniejszości, a następnie udaliśmy się znowu do namiotu Mongołów, gdzie po raz kolejny uraczono nas pokazem tańca, a także dość emocjonalną pieśnią śpiewaną przez pana przebranego za Mongoła.
Po wszystkim, tradycyjnie już, poszliśmy zwiedzać kolejne atrakcje, gdzie natrafiliśmy na pokaz damskiego stroju mniejszości Bai(白), kolejną piosenkę i prezentację grania na liściach. Filmik możecie zobaczyć poniżej. Ze swojej strony dodam, że jakość jest marna i w rzeczywistości brzmiało to dużo lepiej. Po występie dostaliśmy liście i mogliśmy spróbować swoich sił w roli muzyków, ale za żadne skarby nie mogłem wydusić z tego żadnego dźwięku. Cóż, trudno.

Naszym ostatnim punktem zwiedzania, był pokaz tańców grupy tybetańskiej, więc udaliśmy się do przeznaczonej im części parku. Przed wszystkim, postanowiliśmy zobaczyć jeszcze sklepik, w którym zakupić można było najróżniejsze tybetańskie przysmaki i kilka innych rzeczy. Od wejścia, ekspedient od razu spytał, czy chcemy napić się 奶茶 czyli herbaty z mlekiem. Ale nie takiej zwykłej, o jakiej pisałem jakiś czas temu. Tutaj proponowano właśnie herbatę z mlekiem jaka. I znowu się skusiłem, bo nie byłbym chyba sobą, gdybym nie próbował tych dziwactw. Każdy pijący (w tamtym momencie ja, oraz jakaś Chinka), otrzymaliśmy „aksamitną” narzutkę na szyję (哈达 – hada), a po chwili kubeczek pełen napoju. W smaku było bardzo delikatne, pachniało za to bardzo słodko, generalnie smakowało. Jednak tym, co najbardziej rzuciło mi się w oczy, była paczka z suszonymi rzeczami (pewnie widać ją gdzieś na zdjęciach). I tutaj na pewno mi się nie przywiduje: tutaj serio jest suszony wąż.

No i przyszedł czas na występ. Właściwie, to była to powtórka z rozrywki, gdyż taniec z bardzo długimi rękawami widzieliśmy już wcześniej przy pokazie wśród budynków 傣, ale był to jeden z najbardziej efektownych i najładniejszych tańców, jaki mi było dane zobaczyć w parku, więc z chęcią obejrzałem go jeszcze raz. Zobaczcie z resztą film, który udało mi się nakręcić. Były jeszcze dwie pieśni, co warto zaznaczyć, po tybetańsku!
Po tym wszystkim, zwiedziliśmy ostatnią już część parku i ruszyliśmy do wyjścia. Teraz czas na małą refleksję, bo pisząc notkę, starałem się napisać o wszystkim pozytywnie, ale nie wszystko było aż takie super. Co mi się nie podobało? Przede wszystkim sporo tandety. Okej, niektóre budynki są autentyczne, przeniesione z innych części kraju. A co z tymi, które nie są? Często są zrobione tak prowizorycznie, że np. strzecha na dachach zrobiona jest z giętkiej blaszki. W wielu miejscach z sufitu zwisają zwykłe żarówki. Wszelkie krajobrazy zrobione są sztucznie, jeśli widzicie na zdjęciu gdzieś „górę” to jest ona tak tandetnie wykonana, że widać to na pierwszy rzut oka. Ba, nawet niektóre drzewa zrobione były z jakichś dziwnych materiałów budowlanych „dla ozdoby”, a inne służyły za paskudne latarnie. Do tego większość obiektów jest już tak zniszczona, że serio chce się płakać. Gdzie jakiś renowator, żeby chociaż utrzymać to w jakimkolwiek porządku i stanie? Nie mówię, że wszystko ma się błyszczeć, ale wystarczyłoby, żeby tynk ze ścian nie odpadał…
Co jeszcze? Ano pustki. Większość obiektów, to tak jak wspominałem, puste budynki, ewentualnie z jakimiś planszami i grafikami na ścianach. Eksponatów często brak. Rozumiem też, że każdy pracownik takiego muzeum kosztuje, ale dlaczego nie zrobić tego z większym zaangażowaniem i nie dorzucić do każdej części poświęconej danej grupie etnicznej, chociaż jednej osoby w ludowym stroju?  Do tego niektóre wystawy lub budynki były najzwyczajniej pozamykane. Nie dziwię się właściwie, że przez cały dzień pobytu w parku (byliśmy tam od jakiejś 8.30 do 17), widzieliśmy jakieś 100 osób zwiedzających. Może 150. Jeżeli opuścić występy, byłbym bardzo zawiedziony. Złaziliśmy niezliczoną ilość kilometrów, dowiedziałem się o niektórych mniejszościach więcej, niż się spodziewałem, a o niektórych nie wiem nic do teraz, gdyż nikt nie wysilił się nawet, żeby je odpowiednio przedstawić. Czy mi się podobało? Owszem. Nie było źle. Ale czy poszedłbym tam jeszcze raz?
Wczoraj, po wrzuceniu zdjęć na WeChata, dowiedziałem się, że nauczycielki planują nas tam zabrać w ramach zajęć. I nie wiem, czy skuszę się jeszcze raz: widziałem już prawie wszystko, a tym razem zapłacę za bilet, połazimy 2h, ludziom się znudzi i pójdziemy do domu. I pewnie na żaden występ się nie załapiemy. Zobaczymy.
Tymczasem żegnam się z Wami i… do następnego razu!

Komentarze

One Comment

  1. Danuta Gastołek
    Danuta Gastołek 2014-05-12

    Dzięki Dawidzie za ciekawą relację i zdjęcia :)
    Pozdrawiam serdecznie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline