Press "Enter" to skip to content

Nic ciekawego…

W ciągu kilku kolejnych dni wiele się nie działo: już drugiego dnia skończył mi się transfer internetowy przez siedzenie na facebooku, więc musiałem coś na to zaradzić, ale udało się znaleźć w sumie dość proste rozwiązanie. Do tego ktoś przypomniał mi, że luty ma tylko 28 dni, a nie 31, więc niedługo powinienem już mieć normalny kontakt ze światem (i mam nadzieję, że moje wypociny w końcu do Was dotrą).

Cóż, łażenie po Pekinie w masce zbyt przyjemnym nie jest, zanieczyszczenie bez zmian (ciągle ponad 400), ale udało nam się wyjść na kilka krótszych lub dłuższych spacerów, nawet ogarnęliśmy rzeczkę (kanał?) za naszym kampusem.

Wybrałem się też do banku, gdzie udało mi się bez problemu wymienić funty angielskie na juany. Zdziwiła mnie tylko pani w okienku: podałem jej z pieniędzmi od razu moją kartę, a ona pyta czy chcę gotówkę. Nie, kurczę, podałem jej kartę dla jaj. No proszę. Na szczęście więcej głupich sytuacji nie było. Po banku wszedłem w pierwszą lepszą uliczkę, na jakieś zwykłe mieszkalne osiedle… Dość biednie, brudno (a raczej po prostu wszystko jest zakurzone przez ten smog), ale można było też w tej szarości znaleźć trochę koloru.

Teraz mała anegdota o stosunku Azjatów do nas, białych. Zaraz po przyjeździe dostaliśmy plan kolejnych kilku dni, zanim jeszcze rozpoczniemy zajęcia. W poniedziałkowe popołudnie, głównym punktem programu był „wyjazd do Carrefoura w celu zrobienia zakupów”. O godzinie 14 staliśmy już pod akademikiem z całą resztą studentów zagranicznych i ruszyliśmy w stronę podstawionego autokaru. Wsiadamy, prawie wszyscy już siedzą, prócz kilku azjatów, którzy weszli za nami. I co? Podchodzi do nas jeden z „prowadzących” wycieczkę i mówi, że studenci z Polski mają wyjść bo nie ma dla nas miejsca. Bardzo przepraszają, ale mamy wyjść. Fantastycznie, kto przeprowadził selekcję? Serio poczuliśmy się trochę źle potraktowani, tym bardziej, że byliśmy praktycznie jedynymi białymi osobami w pojeździe.

Kiedy cała sytuacja trafiła do góry, zostaliśmy przeproszeni i powiedziano nam, że o 19-stej możemy jechać z innym nauczycielem, ale wraz z dwiema koleżankami po prostu uznaliśmy, że przejdziemy się na piechotę i poszukamy jakiegoś innego marketu. Tak trafiliśmy na UniMart, zwykły supermarket, na parterze było wszystko to, co można kupić i u nas, po zjeździe na dół był warzywniak, ryby pływające w akwariach, owoce (w tym cudownie malutkie mikro-banany), mięso i inne artykuły (typu jajka w stu smakach, orzechy itd.). Generalnie wybór ogromny. Myślę, że na ciekawe produkty ze sklepów przyjdzie jeszcze czas w innym wpisie. To samo z żarciem ulicznym, bo tego też sporo można tutaj spotkać.

Ostatnie dni przed zajęciami mijały nam dość szybko, ale głównie na integracji naszej polskiej grupy, niż z innymi ludźmi.

Komentarze

One Comment

  1. Moooni
    Moooni 2014-03-05

    "Dyskryminancja" Polaków cebulaków! :p

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline