Press "Enter" to skip to content

Nie lubię wyjazdów

Znacie to uczucie, że zostają Wam trzy dni do wyjazdu, na który czekacie od kilku miesięcy i… łapie Was chandra? Ja znam. Nie wiem, czy to zależy od mojego nostalgicznego usposobienia, czy tego, że po prostu nie lubię się rozstawać z bliskimi. Ale tak jest. Za każdym razem, gdy wyjeżdżam na dłuższy czas (no, powiedzmy ponad dwa miesiące), gdzieś daleko, kilka dni przed samym wyjazdem czy wylotem, odechciewa mi się wszystkiego.

Nie, to nie są nerwy, czy zamartwianie się, nic z tych rzeczy. Po prostu, nie lubię tych kilku dni, kiedy muszę spotykać się ze znajomymi i wiem, że następnym razem zobaczę ich dopiero po powrocie. Często zdarza się tak, że pomimo najszczerszych chęci obydwu stron, nie udaje się spotkać i powiedzieć chociażby głupiego „trzymaj się, do zobaczenia!”. Bo uczelnia, bo praca, bo życie w innym mieście. Najgorzej chyba jest, kiedy widzę się z kimś jeszcze kilka tygodni przed wyjazdem i mówimy sobie „Ty, do mojego wylotu spotkamy się jeszcze na jakieś piwo, nie?”, a to nigdy nie dochodzi do skutku.

Pożegnania z rodziną wcale nie są łatwiejsze. Babcie płaczą, dziadek się denerwuje, rodzice też ubolewają, że od kiedy opuściłem rodzinny dom, to swojego syna mają może kilka dni w roku. I mi też nie jest z tym łatwo, bo wiem, że trochę przeze mnie czują się źle. Z drugiej strony- jadę spełniać swoje marzenia, o których w rodzinnej Mławie mógłbym tylko śnić.

Tak jest- ja będę po drugiej stronie świata, a wszystkie rzeczy, które dotyczą mnie w mniejszym stopniu, a w większym mojej rodziny, będą działy się tutaj. Ale chyba się nie rozerwę i nie mam wyjścia, teraz nie ma już odwrotu. Większość kolejnych trzech lat spędzę w Pekinie.

Kiedy piszę ten krótki wpis, zostało mi równe 21 godzin do wylotu. 21 godzin w Polsce. Za chwilę wpadnie jeszcze Dawid, żeby zbić piątkę, potem przejdę się do miasta zrobić ostatnie zakupy, bo mam do kupienia kilka drobiazgów, zajrzę do dziadków i wracam się pakować. Wieczorem trochę czasu z rodzicami i w nocy ruszamy do Warszawy. Potem jeszcze Warszawa, lot do Berlina, przesiadka do Abu Dhabi i ostatni fragment podróży, już do Pekinu.

I czuję się trochę, jak w piosence Perfectu, którą wszyscy dobrze znacie:

Żegnam was, już wiem
Nie załatwię wszystkich pilnych spraw
Idę sam, właśnie tam
Gdzie czekają mnie

To fakt: kilka osób na mnie tam czeka. Na kilka będę czekał ja. I wiem, że jak tylko przejdę przez bramki, znowu wróci mi ekscytacja podróżą, chęć przygody. Do czasu, aż znowu nie pomyślę, że wszystko co się dzieje tutaj w Polsce, omija mnie szerokim łukiem. Ale wrócę. Prędzej czy później zajrzę do Polski. Trzymajcie się wszyscy ciepło!

Komentarze

One Comment

  1. […] wyjazdem na magisterkę do Chin popełniłem wpis zatytułowany Nie lubię wyjazdów. Przez te półtora roku prawie nic się nie zmieniło. Lubię za to powroty. A ten pod koniec […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline