Press "Enter" to skip to content

Na nielegalu w Beidaihe #2 – Zoo-Safari, Lemury i Koziołek Matołek

Wieczorem zgłodnieliśmy. „Kurczę, teraz jest już po 21, raczej nie znajdziecie nic do jedzenia… A wychodzić też średnio powinniście. Co byście chcieli?” – spytała właścicielka hotelu. Właściwie to chcieliśmy czegoś prostego, na szybko. Jakieś pierogi, czy makaron. „Pierogi? Okej! Zaraz polecę do sklepu i kupię Wam takie z mrożonki! Jedna torba wystarczy? Czy chcecie dwie?” – odrzekła. Tak, pierwszego wieczora nie dość że nie wyszliśmy na miasto zjeść jak ludzie, to jedliśmy pierożki z mrożonki… Trochę śmierdziały, ale w smaku były dobre.

Uznałem, że warto spytać jeszcze o jakieś rekomendacje co do zwiedzania. „Powinniście jechać do zoo! Jest największe w Azji, do tego to całkiem niezła frajda. No i nie jest jakieś super drogie.” – zaproponował nam gospodarz. – „Zawiozę Was, a potem odbiorę, jak zadzwonicie!” – szybko dodał. Wybajdowałem (odpowiednik googlowania w Chinach, od baidu.com; w Chinach Google jest zablokowane) trochę informacji, pokazałem N. i zgodnie uznaliśmy, że w sumie to całkiem niezła propozycja. Drugiego dnia z rana siedzieliśmy więc już w samochodzie właściciela hotelu, który podrzucał na miejsce.

dsc04337

Przy okienku z biletami lekka konsternacja: o co chodzi z biletem na samochód? I czym są te „dworce kolejowe” na terenie ogrodu? Nic to, samochodu nie mamy, będziemy jeździć pociągiem jak będzie trzeba. Widok po wejściu nie zachwycał. Właściwie to strasznie mnie zniechęcił. Na samym wejściu klatka z pięknymi papugami. Właściwie to nie klatka, bo z góry zamknięta nie była. „Jak to się dzieje, że nie odlatują?” – pomyślałem. Kiedy się zbliżyliśmy, wszystko było jasne: biedne ptaszyny są przykute króciutkim na jakieś 30 cm łańcuchem do swoich „siedzisk”… Ech, do teraz mam przed oczami widok słoni z zoo w Pekinie, które miały klatki tak małe, że nie mogły się nawet swobodnie obrócić… Na ptaki aż przykro było patrzeć, zwłaszcza jak próbowały dzióbkami się wyzwolić z okowów.

dsc04412

Potem było trochę lepiej, zobaczyłem chyba pierwszy raz w życiu ogromne sępy, zabawne jeżozwierze, stanąłem oko w oko z krokodylem (a może to był aligator?), a następnie dotarliśmy do klatek z naczelnymi. „Patrz Dawid! Lemury! Można do nich wejść i je karmić!” – wykrzyknęła z podekscytowania N. I faktycznie, za bagatela 20 元 można było odczuć tę niebywałą przyjemność z karmienia rodziny Króla Juliana. Usłyszeliśmy jednak, że na razie trwa przerwa i mamy wrócić za trochę więcej niż pół godziny.

Szybko zleciało, bo kolejne małpki, wyciągające łapki przez kraty i proszące o żarcie były rozczulające. Miałem w plecaku akurat słono-słodkie prażone pestki arbuza. Smakowały im. Frajda ogromna, bo każda z małpek miała właściwie inną taktykę. Pawian i orangutan dostojnie siedziały i czekały, aż ktoś im coś rzuci (łapiąc to w locie oczywiście). Szybkie spróbowanie, jak nie smakowało to od razu na ziemię. Innym można było jedzonko po prostu wręczyć do łapki.

dsc04429

dsc04473

Nadeszła wielka chwila i mogliśmy w końcu wejść do zagrody lemurów. Wręczyliśmy pani opłatę, dostaliśmy po miseczce pokrojonego jabłka. W mojej miseczce były jakieś cztery marne kawałeczki. Mówię więc do pani „Kobieto, daj mi więcej, ok?”. Jej odpowiedź mnie trochę zaskoczyła. „One i tak nie będą tego jeść” – usłyszałem. „No super, to po jaką cholerę w ogóle to dajecie?” – rzuciłem sobie w myślach. Razem z nami weszło jakieś dwadzieścia osób. Dzieci, sporo dorosłych. Wszyscy rzucili się na skupisko zwierzaków jak szczerbaty na suchary, co spowodowało rozpierzchnięcie się zwierząt. Niektóre nawet uznały że nie będą się z ludźmi bawić, bo poleciały do swojego murowanego budynku.

I faktycznie, jabłko raczej im nie smakowało. Coś tam łapały, ale większość po prostu kręciła nosem na taki podarek. Z pomocą przyszły moje pestki. Te smakowały im tak bardzo, że aż oblizywały nam palce. N. miała sporo szczęścia do ładnych zdjęć z lemurami. Ja co prawda mogłem podejść, pogłaskać, nakarmić, ale jak tylko chciałem cyknąć foto (nawet selfie z rąsi), to wykręcały się tyłem. Ale coś tam udało się sfotografować. Głaskać można było do woli, dopóki nie uciekały. Futerko mięciutkie jak dobrej jakości pluszaki. Generalnie to lemury to bardzo sympatyczne zwierzęta, a ich pozycja „na mnicha”, w której lubią sobie siedzieć, jest urocza!

Wkurzały tylko dzieciaki. W budyneczku lemurów były stalowe drzwiczki. Jeden z bachorów obszedł cały budynek i trzaskał nimi z całej siły jakby był niespełna rozumu. Drugi podbiegał do zwierzaków i darł na nich japę. A rodzice nic. Bezstresowe wychowanie…

dsc04905

Po godzinie ze zwierzakami postanowiliśmy w końcu wyjść. Okazało się, że zoo jest na tyle duże, że transport pomiędzy jego poszczególnymi częściami odbywa się albo kolejką, albo własnym samochodem. Przemierzając tereny „dzikie”, nie można otwierać okien, bo zwierzęta są tam puszczone luzem. Całkiem sympatycznie, zwłaszcza te tygrysy, lwy i inne niedźwiedzie, które mijaliśmy.

Kolejna część parku miała być w stylu sawanny bądź pustyni: ugrupowano tu żyrafy, gazele, wielbłądy, zebry i tak dalej. Tutaj też można było dokarmiać zwierzęta, ale gałązka akacji (chyba) za 10 元, która wystarcza żyrafie na dwa gryzy byłaby trochę przesadą. Dobrze, że chwilę wcześniej znaleźliśmy reklamówkę z marchwią. Zwierzaki wcinały ją nawet chętniej (zwłaszcza wielbłąd, wyciągając swoje ogromne wargi w stronę warzywa!).

dsc04606

dsc04690

Im dalej w las, tym właściwie atrakcji już coraz mniej. Trzeci odcinek parku był już typowym wyciskaczem pieniędzy: niby były jakieś karuzele, ale nic nie zachęcało do korzystania. Zaskoczyły mnie za to dwie ze zwierzęcych atrakcji. Jedną z nich był małpi park (umyślnie nie używam słowa „gaj”, bo drzew to tam nie było), czyli miejsce, gdzie można było wejść w ogrodzony siatką korytarz i podziwiać małpki w „naturalnym środowisku”. Dobre sobie. Jedna nawet chyba się na mnie wkurzyła że na nią patrzę, bo zaczęła najpierw warczeć, potem walić pięściami w siatkę, po czym uciekła.

Drugą z ciekawych atrakcji było karmienie ryb. Ale nie, nie takie zwykłe karmienie rzucaną do zbiornika wodnego karmą. Każdy mógł dostać butelkę ze smoczkiem (taką jak dla małych dzieci) i nakarmić ryby. Nie pytajcie, ale serio ssały! Niestety, nie udokumentowałem tego zdjęciem, a szkoda.

dsc04740

dsc04810

dsc04831

Potem już tylko świnki (śliczne, z łatką na zadzie i głowie! Były podpisane jako pachnące świnie – 香猪), szopy pracze, flamingi i droga na ostatnią kolejkę. Po drodze do jakichś Chinek przypałętała się koza, zwabiona szelestem torebki i jej zawartości (kobiety miały w niej jakieś liście). Wygląda na to, że był to chiński Koziołek Matołek, który szukał drogi do Pacanowa – najpierw sprawdził co dzieje się na dworcu autobusowym, a potem poszedł na kolejkę. Przy okazji wciął też trochę brzoskwini, którą mu daliśmy. Mnie chyba nie polubił, bo raz próbował uderzyć mnie rogami, ale się nie dałem.

dsc04870

Robiło się coraz później, a końca nie było widać, więc przez kolejne zagrody z ptakami hodowlanymi (między innymi pawie, kury, jakieś bażanty i inne takie) przechodziliśmy dość szybko. Dodatkowo włączył mi się typowo chiński zwyczaj wcinania pestek słonecznika (嗑瓜子) więc plułem łupinkami dalej niż widziałem, ale przynajmniej lekko zabijałem głód, który dopadł mnie jakoś w połowie zwiedzania. Po wyjściu odebrał nas właściciel hotelu, który powiódł nas do domu.

dsc04924

dsc04968

Tu chyba skończę dzisiejszy wpis, bo już wystarczająco się rozciągnął. W kolejnym odcinku: właściciel restauracji pierwszy raz od stu lat widzi białasa!

Zdjęcia oczywiście od Natalii.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline