Press "Enter" to skip to content

Na południe od gór pośród chmur – Junnan #5 – Nowy rok w (od)Dali

Tego poranka nie musieliśmy się już nigdzie spieszyć. Wiedzieliśmy, że zostaniemy w Dali na kilka dni, a dzisiaj w końcu najważniejsze święto w Chinach! Ola opowiedziała mi, że dostała w nocy opierdziel od babci, za to że tak późno przyszła spać. Bo przecież grzeczne dziewczynki nie siedzą po nocach z partnerem podróży tylko śpią! Zwłaszcza przy takim wyczerpującym trybie życia. Wiedziałem już, że z babcią może być klawo.

Po szybkim śniadaniu, na które złożył się grillowany placek z kleistego ryżu z jakimś śmierdzącym-tofu-sosem, byliśmy gotowi do wyjścia na miasto. Li Wei uznał, że nie możemy nie zobaczyć jeziora Er Hai (洱海), wokół którego rozpościera się całe Dali. Było wietrznie, a my dowiedzieliśmy się, że potoczna nazwa miasta to Miasto Wiatru, więc nie powinniśmy się wcale dziwić. I faktycznie!

Co ciekawe, mimo niedużej odległości Dali od Lijiangu, pogoda była zauważalnie lepsza: temperatury były wyższe, nawet pomimo wiejącego strasznie wiatru. W nocy też nie spadało już poniżej zera. Mi i Oli nie pozostało już nic innego, niż się zebrać i iść podziwiać Er Hai. A było co, bo znowu, mimo że to jezioro, Chińczycy nazywają je morzem. W niektórych miejscach drugi brzeg znikał gdzieś za horyzontem.

Czas upływał beztrosko, a my przechadzaliśmy się po licznych pomostach, nabrzeżach czy parkach. W oddali słychać było już liczne fajerwerki czy petardy. Właściwie to czułem się jak na wojnie. Strzały z oddali, ogólny rozgardiasz, ludzie na ulicach i ludzie szarżujący na sklepy, by zrobić ostatnie zakupy jeszcze przed Nowym Rokiem.

Nie muszę mówić, że przez cały czas trwania obozu i wycieczkę do Przełęczy Skaczącego Tygrysa zdążyłem już zarosnąć jak dziki agrest (albo, jak mówi jedna moja koleżanka ze studiów, jak kiwi), a żadnego ostrza ze sobą nie zabrałem, więc bardzo go potrzebowałem. Do tego jakiś prezent dla rodziców Li Weja, za to, że zwaliliśmy się im na głowę i nas nie wyrzucili, a ugościli po królewsku. Padło na owoce i alkohol, bo te są najczęściej mile widziane.

Ze wszystkimi fantami udaliśmy się jeszcze do jednego parku na wzgórzu, coby obejrzeć panoramę. Gdybym wiedział, że tak mi te siaty będą ciążyć, to pewnie bym nie wlazł. A tak to mogłem być zły tylko na siebie. Ale widok robił wrażenie, do tego echem niosły się kolejne wybuchy, a słońce pięknie przypiekało.

Okazało się, że już późno i nie zdążę się ogolić, więc pognaliśmy we trójkę na obiadokolację świąteczną do jednej z licznych restauracji. Nasi gospodarze już czekali, za chwilę dołączył też starszy brat Li Weja z żoną i jej rodzicami.

Na obiad same pyszności, spójrzcie tylko na zdjęcie. Był ryżowy kleik z niską zawartością alkoholu, ziemniaki z mięsem, mięso przygotowywane na różne sposoby – na ostro i na słono, były nawet orzeszki. No wszystko. Do tego praktycznie nie trafiłem na nic, co by mi nie smakowało, a ja jestem dość wybredny.

Po chwili pałaszowania uznałem, że to dobry czas, żeby napić się alkoholu, a że w supermarkecie kupiłem chiński baijiu (odpowiednik naszej wódki, alkohol wysokoprocentowy) w szklance 120ml dla mnie i dla brata Li Weja (bo tak kazał mi zrobić, inni w rodzinie mimo wszystko nie planowali pić tego wieczora), to trzeba było spróbować.

Muszę przyznać, że wywoływaliśmy z Olą małe zamieszanie w restauracji, bo byliśmy oczywiście jedynymi obcokrajowcami, ale zdążyliśmy do tego przywyknąć. Jeden z moich znajomych powiedział kiedyś, że przez to, że w Junnanie jest tyle mniejszości etnicznych, to nawet ludzie z zachodu nie czują się tam aż tak bardzo wyobcowani jak wśród samych Chińczyków Han. Bo tam każdy jest inny, pod względem wyglądu, języka, kultury. I faktycznie, coś w tym jest.

Co mnie zaskoczyło to to, że… NIE JEDLIŚMY PIEROGÓW. Uczę się chińskiego cztery lata, całe życie wpajano nam, że pierogi to podstawowa potrawa podczas noworocznej kolacji. I co, i guzik. „My na południu nie jemy pierogów w nowy rok, przynajmniej nie my, naród Bai. I nie w Dali.” – i tyle. Nie żebym jakoś bardzo tęsknił przy takim nakładzie dobrego jedzenia, ale mój świat, a raczej podstawy na których był on budowany, poważnie się zachwiały.

Po kolacji nie zostało nam nic innego, jak wrócić spacerkiem do mieszkania. „My sobie już pójdziemy, ale Wy postójcie tutaj na brzegu trochę” – rzucił ojciec Li Weja. Trochę nie wiedziałem o co chodzi, ale chwilę później już rozumiałem. Most, przy którym staliśmy zabłysnął feerią barw, a dołączyły się do tego inne budynki z piękną iluminacją.

W drodze powrotnej wpadliśmy na kilku gości wyglądających na Pakistańczyków. Po przywitaniu się z nami, ich pierwsze pytanie brzmiało: „ej, a możemy sobie z wami fotkę strzelić?”. Trochę dziwne to, bo nie dość, że oni też byli obcokrajowcami, to dotychczas zazwyczaj tylko Chińczycy chcieli wspólne zdjęcia. No, ale cóż począć.

No dobrze, więc jak wyglądają tradycyjne obchody nowego roku w Chinach? Otóż zjedliśmy kolację, co było chyba najważniejszą częścią dnia, a potem po wejściu do domu wszyscy zasiedliśmy przed telewizorem i objadając się owocami i słodyczami oglądaliśmy program artystyczny przygotowany przez Centralną Telewizję Chińską. Poziom abstrakcji czasem nawet mnie zadziwiał.

Nowy rok miał być rokiem koguta, więc na scenie tańczyły wielkie koguty znoszące jaja, były gwiazdy chińskiego popu, były kabarety, były występy różnych grup etnicznych z coraz to innych zakątków Chin. Występy najpopularniejszych artystów w Chinach, takich jak G.E.M. czy TF Boys mogły robić wrażenie, ale kabarety i chiński xiangsheng (też rodzaj kabaretu, charakteryzujący się tym, że biorą w nim udział tylko dwie osoby) były… No, czułem się jakbym oglądał benefis jakiegoś Marcina Dańca, a nie coś, co można puścić na cały, ponadmiliardowy kraj. Ale nie mnie oceniać, nie? Z resztą, jeśli ktoś z Was jest ciekawy, to na YouTube jest calutkie nagranie, o tutaj.

Po całej imprezie nie zostało nam już praktycznie nic innego, niż dalej siedzieć wygodnie w kanapie i porozmawiać. A, no i się ogolić, nie? W końcu miałem dobrze wyglądać w chińskiego sylwestra. I zrobić pranie, bo dwa dni później mieliśmy wyjeżdżać, a pralka zawsze lepsza niż pranie w rzece.

To co jeszcze robiliśmy, poza jedzeniem, oglądaniem TV i patrzeniem na fajerwerki? Ano, Chińczycy uwielbiają wręczać sobie hongbao (红包, czerwone koperty). Co w kopercie? Pieniądze. Robią to przy każdej możliwej okazji – przy narodzinach, świętując urodziny, przy ślubach… Na nowy rok dzieciaki też dostają w czerwonych kopertach pieniądze (压岁钱), które miały kiedyś, według dawnych wierzeń, odstraszać złe duchy. Bo przecież dzieciaki są szczególnie podatne na złe moce.

I nie piszę tego bez powodu. Teraz, kiedy bezgotówkowe transakcje są w Chinach prostsze niż… cokolwiek, hongbao są jeszcze bardziej popularne. W wielu grupach, do których należę na WeChacie, ludzie po prostu wysyłali kilka yuanów, które były dzielone na określoną liczbę ludzi i… następowały małe zawody, to jest „kto pierwszy, ten lepszy”. Kwoty jakie można było złapać, oscylowały maksymalnie w okolicach kilku yuanów, ale przecież nie o to chodzi. Na czacie pełne ożywienie i każdy czekający tylko na kolejne hongbao. Też łapałem i wysyłałem, a co tam, przecież „jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one”, albo 入乡随俗 po chińsku.

Oczywiście, hongbao można wysłać też konkretnej osobie, wpisując kwotę jaką się tylko chce. To taki szybki przelew, tyle, że osoba przed kliknięciem w kopertę nie wie jaka kwota jest w środku, a widzi tylko wiadomość od osoby wysyłającej. O płatnościach bezgotówkowych w Chinach napiszę chyba oddzielny post, bo jest to jedna z tych rzeczy, których bardzo brakowało mi po powrocie na wakacje do Polski i mam nadzieję, że przyjmie się i u nas, jeśli to możliwe.

No dobra. Koperty połapane, leżąc jeszcze na kanapie dalej gadałem ze znajomymi z roku i z Olą, aż tu nagle… babcia wychodzi z pokoju, łapie Olę za rękę, i mówiąc coś w swoim języku, zaciąga ją do pokoju. I wygląda na to, że babcia przestała się bać pierwszej białej twarzy w swoim życiu. Chyba czas było iść spać. Bo przecież na drugi dzień trzeba zobaczyć starówkę Dali, a potem uciekać dalej w drogę, do ciepłych krajów!

Komentarze

One Comment

  1. […] (w którym widać kwotę), można wysłać hongbao, czyli czerwoną kopertę, o której pisałem w poprzednim poście. Różni się przelewem od tego, że jest bardziej jak „prezent” i nie widać na początku […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline