Press "Enter" to skip to content

O tym, jak Polak został jurorem konkursu z angielskiego dla Chińczyków

„Ke Wei, masz czas w poniedziałek? Potrzebujemy obcokrajowca w naszej podstawówce. Konkurs robimy. Zostałbyś jurorem. Jaki konkurs? Dzieci będą musiały odpowiadać na pytania po angielsku.” – tak przywitała mnie moja nauczycielka, której nie widziałem przeszło dwa lata. Na drugi dzień miałem mieć zaliczenie przedmiotu, którego nazwę można przetłumaczyć jako „konferansjerka”, więc trochę się wahałem, ale ostatecznie pomyślałem, że przecież mam jeszcze cały weekend na przygotowania, więc dlaczego nie? W końcu kto jak nie ja. „Możesz wziąć jeszcze jakiegoś białasa, który mówi dobrze po angielsku!” – dodała. Wybór był tylko jeden: M., bo reszta i tak miała zajęcia w tym czasie.

Umówiliśmy się na chwilę po obiedzie. „Przyjadę po Was z kierowcą, bo dzisiaj na drodze ślisko i boję się, że możecie mieć wypadek!” – no jasne, przecież lepiej, żeby zginęły cztery osoby, niż trzy, nie? Poza tym, w sumie nie było aż tak źle. Co prawda temperatura trzyma się pod zerem, ale bez przesady, lodu nie ma, a i śniegu tylko co kot napłakał (gdyby koty mogły płakać śniegiem).

mmexport1479733830523

Kampus mojego uniwersytetu znajduje się przy trzeciej obwodnicy Pekinu. Szkoła była przy szóstej, więc nie było zbyt blisko, ale zdążyliśmy nadrobić wszelkie ploteczki, których nie zdążyłem przekazać w trakcie naszych krótkich rozmów na WeChacie. Po jakichś czterdziestu minutach dojeżdżamy. Właściwie, to dotarliśmy na niezłe przedmieścia. Pola, czasem jakieś osiedla. Pan ochroniarz, widząc znajomą nauczycielkę, wpuszcza nas, otwierając bramę. Do chińskiej podstawówki ciężko się dostać z zewnątrz, ponoć nawet dla rodziców drzwi są zazwyczaj zamknięte. Dowiadujemy się, że do szkoły uczęszczają w znakomitej większości dzieciaki z okolicznych wiosek.  Na zewnątrz flaga Chin. Codziennie o 7.30 jest apel i uroczyste wciągnięcie jej na maszt.

Pijemy szybką kawkę i idziemy zwiedzać. Poznajemy praktycznie całą kadrę, wraz z paniami woźnymi. U dzieciaków, które pierwsze nas zobaczyły, widzimy oczy jak pięciozłotówki. Niektóre z nich stoją wryte i patrzą jak w obrazek, inne głośniej lub ciszej dają znać kolegom z klasy „Hej, patrzcie, białasy przyjechały! Wooow!”. Jeden z chłopców zagaduje po angielsku pytając „Hey, what’s your name?”. Na wieść, że mam na imię Dawid, krzyczy z ogromnym podnieceniem „Hey! I’m David too! I love you!”

img_20161121_143229

Nagle widzimy, jak wszystkie dzieciaki biorą małe, rozkładane krzesełka (takie rybackie, jak dostałem po oddaniu krwi) i idą na trzecie piętro. Okazuje się, że mają mały apel, podczas którego mają mieć wpajane zasady bycia dobrymi dziećmi dla swoich rodziców. Ładnie toto się nazywa „nabożnością synowską”, chociaż wydaje mi się, że jest nieco zbyt górnolotne. Nieważne, dzieciaki oglądają sceny z życia innych dzieci, których rodzice są niepełnosprawni, a pracami w domu zajmują się często właśnie pociechy. Wszystkie siedzą grzecznie i prosto. Wychodzimy, żeby nie wywoływać niepotrzebnego poruszenia i idziemy zwiedzać dalej.

Widzimy super wyposażone sale do robienia latawców, do eksperymentów, do prac technicznych, sztuki, muzyki… Kurczę, gdyby moja podstawówka wyglądała tak fajnie!  Na ścianach własnoręcznie napisane wierszyki, prace wykonane przez uczniów. Tak, niby u mnie w siódemce w Mławie też tak było (pozdrawiam moich nauczycieli, jeśli ktoś z nich mnie czytuje!), ale jednak ciekawie rozplanowany, nowoczesny obiekt jest dużo lepszy niż komunistyczny (trochę ironicznie mi to wyszło), szary klocek…

Z głośników kobieta odczytuje numery: SZEŚĆ, CZTERY, DWA, JEDEN, JEDEN, OSIEM, DWA i tak dalej. Na pytanie o co chodzi, pani Zhang (jest ode mnie dwa lata starsza, ale była moją nauczycielką i zawsze bardzo wyraźnie rysuje granicę), mówi, że to ćwiczenie na oczy dla dzieciaków, żeby wzrok im się nie przemęczał. W sumie to nie wiem o co w nim chodziło. Ale fajnie, że o dzieciaki dba się też w ten sposób. Wróciliśmy do sali apelowej, gdzie musieliśmy jeszcze wyjść i przedstawić się przed całą szkołą. Niektóre dzieci miały oczy jeszcze większe niż wcześniej, bo przecież nie dość że widzą pierwszy raz białasa, to jeszcze mówi po chińsku!

mmexport1479733806378

Wybiła czternasta, usiadłem przy stoliku w sali, w której miał odbyć się konkurs. M. poszła do drugiej. Miałem być jurorem w młodszej grupie, razem z panią Zhang. Okazało się, że konkurs organizowany jest przez CCTV (dla nieorientujących się w temacie: Chińska Telewizja Państwowa), a dzieciaki nie dość, że mają przemawiać przed obcą osobą o białej skórze, to jeszcze przed  kamerą. Dobrze, że była przy mnie nauczycielka, bo niektórych znaków, które zostały użyte do utworzenia imion, nie widziałem nigdy wcześniej (jak się później okazało – niektórzy z nauczycieli też. Zabawna sytuacja. Jesteś chińskim nauczycielem, dostajesz listę dzieci, a potem siedzisz ze słownikiem i dłubiesz, bo nie masz pojęcia jak się do nich zwracać).

Jak wypadł konkurs? Bardzo różnie. Dzieciaki miały się przedstawić, powiedzieć o swoim przyjacielu, a potem wylosować jedno z pięciu pytań. David wyszedł jakoś na początku. Wyśpiewał wszystko przepięknie (chyba jako jedyny dostał ode mnie 10 punktów na 10 możliwych. I to wcale nie po znajomości!). Fakt, widać było, że trochę mówi z pamięci, ale mówił z dobrym akcentem i w odpowiednim tempie. Inne dzieciaki popadały ze skrajności w skrajność. Pamiętam małego, sympatycznego chłopca, który wstydził się do tego stopnia, że mówiąc, ruszał tylko ustami. Nie można było usłyszeć praktycznie nic. Powiedział jak się nazywa i zasmucony usiadł, bo nie wiedział nic więcej. Z niektórymi dziewczynkami było tak samo. „Nazywam się Czikulinka. Mam dziewięć lat. (i tu po chińsku) Reszty nie wiem”.

img_20161121_162542Cóż, skrupulatnie wszystkiego wysłuchiwałem, często nadwerężając swój (niezbyt z resztą dobry) słuch i przykładając dłonie do uszu, by słyszeć lepiej. Dzieciaki, które czekały na swoją kolej niecierpliwiły się i trochę hałasowały. W pewnym momencie nauczycielka, poważnie już poirytowana powiedziała: „Dzieciaczki, co wy robicie? Przyjechał do nas kolega z zagranicy… Tak zachowują się chińskie dzieci? Siedźcie prosto i bądźcie cicho, pokażcie mu!”. Trochę mnie to rozbawiło, bo implikowała trochę, że tylko w Chinach dzieci mają w szkołach być grzeczne.

Po niecałych czterdziestu minutach konkurs się zakończył, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie z pociechami. Dyrektor wpadł nam podziękować, zaproponował, żebyśmy przyjeżdżali częściej. Potem jeszcze tylko kolacja (drugi dzień pod rząd pizza! Statystycznie więc jem pizzę co 5 tygodni!), piwko z panią Zhang i taksówką do domu (odwieźć też nas chciała, ale zaprotestowałem, bo nie dość że było już dość późno, to jeszcze przecież nie jesteśmy dziećmi, ale to kochane). To był ciekawy dzień.

A jak wypadło zaliczenie z konferansjerki? Cóż, poszedłem, poprowadziłem trzyminutowy blok wiadomości i… tyle, muszę jutro odebrać nagranie i jeszcze nad nim popracować. Ciekawe doświadczenie, bo w ten sposób przed kamerą chyba nigdy nie siedziałem. Dzisiaj w ogóle miałem szczęście do kamery. Chwilę przed zaliczeniem, jakieś podekscytowane Chinki, robiące ankietę na temat audycji radiowych nadawanych na naszym szkolnym placu Trzech Drzew, zaprosiły mnie do udziału. Nic ciekawego nie powiedziałem, bo nie słucham tych audycji, ale powiedziałem, żeby częściej puszczali muzykę z zagranicy. Ha!

mmexport1479803896966

Komentarze

One Comment

  1. Darkbloom
    Darkbloom 2017-07-14

    To widzę stałeś się token białasem w Chinach :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline