Press "Enter" to skip to content

Na południe od gór pośród chmur – Junnan #3 – Opowieści z krypty

To miał być wielki dzień. W końcu to mój pierwszy raz autostopem w Chinach! Wstaliśmy z rana. Widok opustoszałego obozu był trochę smutny: dzieciaki wyjechały, część obsługi (w tym praktycznie wszyscy chińscy liderzy grup) już wyjechała, kuchnia też już nie pracowała. Śniadanie zjedliśmy już w dużej sali. Chociaż śniadanie to nazwa chyba nieco na wyrost: ot, zupka, nomen omen, chińska. I tyle. Pozostało już się tylko szybko dopakować i jechać do Lijiangu. Plan był prosty: zobaczyć starówkę i ruszać stopem na Przełęcz Skaczącego Tygrysa (虎跳峡).

Stare miasto Lijiang

Stare miasto obskoczyliśmy jeszcze praktycznie całą ekipą białasów, tj. bez Patricka, który pojechał zostawić rzeczy w hotelu, ale miał do nas dołączyć. Wstęp kosztował 70 yuanów, ale raz kupiony bilet upoważniał do odwiedzania miejscówki przez kolejne, bodajże, dwa tygodnie. W sumie to całkiem logiczne, bo na jej terenie są przecież hotele, hostele i cały biznes związany z pamiątkami i wszystkim innym.

Starówka Lijiangu to całkiem ładny kawałek terenu rozpostarty na zboczu góry. Niektóre uliczki prowadzące pod górę kojarzyły mi się nawet z małymi włoskimi wioskami, które dane było mi odwiedzić dawno temu. Ktoś ze znajomych wspominał, że jest to miejsce nastawione tylko na wyciąganie pieniędzy. Ale jeśli miało to być podane w takiej formie… czemu nie? Zewsząd dobiegała nas muzyka ludowa, co kilka sklepów minąć można było sklep z instrumentami muzycznymi, zwłaszcza z bębenkami. W każdym z nich siedziała młoda dziewczyna i wystukiwała rytm do piosenki. Tej samej w każdym sklepie.

Poza sklepikami z bębenkami, widzieliśmy też sklepy z pamiątkami, punkty gastronomiczne, pełno streetfoodu, występy mniejszości narodowych. Mogliśmy zobaczyć na ten przykład taniec mniejszości Naxi imitujący zachowania różnych zwierząt. To, co jednak najbardziej urzekło mnie to panorama z jednej strony, a widok na ogromne góry, których szczyty pokryte były śniegiem z drugiej. Delektując się widokami popijaliśmy piwko i rozkoszowaliśmy się chwilą.

Ja z Olą nie mieliśmy właściwie dużo czasu: planowaliśmy maksymalnie o 15.00 ruszyć na północ. Właściwie, to trochę nie chciało mi się jechać w góry. Raz, że nie po drodze (najpierw musielibyśmy jechać na północ, a potem znowu przejechać Lijiang i kierować się na Dali). Dwa, że pewnie zimno, skoro dotychczas, na dole nocami było diablo zimno. Ale nie mogłem patrzeć na ten smutny wyraz twarzy i się zgodziłem.

Jazda w góry!

Razem z całą ekipą zjedliśmy szybki obiad w małej, syczuańskiej knajpie (pamiętajcie, w Chinach te małe i obskurne serwują najpyszniejsze jedzenie!), uzupełniliśmy zapas wody, pożegnaliśmy się i… jazda na wylotówkę, nie ma lekko! Jedna rzecz trochę mnie w chińskich miasteczkach przeraża. Niby jest ładna, nowa ulica. Albo nie, nawet nie nowa, ale jest budujące się osiedle przy drodze. W miejscu, gdzie powinien być jakiś pas zieleni czy coś, są krzaczory i całe góry śmieci. Wiadomo, nie wszędzie, ale takie odniosłem wrażenie w Lijiangu i w wielu innych miejscach.

Na pierwszy samochód nie czekaliśmy długo, może jakieś dziesięć minut. Cóż, młoda parka nie mogła nie zatrzymać się na widok dwóch śmiesznych białasów stojących na drodze. Pewnie potrzebują pomocy albo coś. No bo kto normalny stoi przy wjeździe na autostradę? Okazało się, że daleko nas nie zabiorą. Właściwie to tylko z powrotem nad jezioro Lashi, tyle że na drugi brzeg. Bo oni tylko robią sobie objazdówkę i nie wiedzą w sumie dokąd jadą, ale chcieliby zatrzymać się właśnie nad jeziorem. No super, dzięki.

Po kilkunastu minutach wysadzili nas na całkowitym zadupiu gdzie tylko babcia sprzedawała jabłka. Szybkie rozpoznanie pozwoliło stwierdzić, że nasze szanse na złapanie samochodu stąd równe są może jakimś trzem procentom. „Ola, to się nie uda, łapiemy coś na Lijiang z powrotem i stamtąd dopiero znowu w góry” – rzuciłem, i faktycznie, pomysł był dobry. Szybko dojechaliśmy, potem szło już gładko i bez przeszkód. Po wysiadce z trzeciego samochodu łapaliśmy kolejny. Zatrzymał się facet w mundurze uzbrojonych służb. Mówi, że chce pieniądze. „Panie, ale my jesteśmy studentami…” – rzuca Ola. „No dobra, to wezmę od Was mniej” – szybko odpowiedział, na co Ola szybko „Ale my nie mamy pieniędzy…”. Popatrzył trochę, pomyślał i mówi: „Dobra, wskakujcie. Pojedziemy za darmo.”

Nie odezwał się prawie całą drogę, mimo jakichś delikatnych zaczepek z naszej strony. Ale wziął i nie wyglądał na jakiegoś bardzo złego, więc było ok. W samochodzie jakieś frędzle i zawijasy jako wystrój, które tylko podskakiwały podczas ostrych skrętów na górskich serpentynach. Mała figurka Buddy spoglądała na nas przez całą podróż. Z każdym kilometrem byliśmy wyżej. „Dobra, tu wysiadacie bo nie macie biletów wstępu do Przełęczy.” – zapowiedział kierowca. „Ale my kupimy bilety, bo chcemy dostać się do środka. Ola, poczekaj tutaj, ja szybko ogarnę sprawę.”

W miejscu sprzedaży biletów okazało się, że jestem już za stary na bilet zniżkowy i muszę kupić cały. Fortuny to nie kosztowało, ale moja legitymacja studencka okazała się bezużyteczna, co lekko zraniło moje cebulowe serduszko. Po chwili jazdy nad przepaściami i podziwiania zachodzącego pomiędzy górami słońca, byliśmy w schronisku. Nazywało się Tybet i zapowiadało się ciekawie. Facet w mundurze machnął na nas ręką, a my weszliśmy po drabince na taras.

Czy my jesteśmy już w Tybecie?

„No cześć Wam!” – zagadał nas gospodarz po angielsku. Jaki pokój chcecie? „A jaki macie najtańszy?”. 60 yuanów. Myśleliśmy, że od osoby, okazało się, że za cały pokój. Przecież to jak za darmo. Jeszcze z takim pięknym widokiem na góry. Byłem pozytywnie zaskoczony: nie było zimno, szef wydawał się w porządku i powoli pozbywałem się uczucia, że wcale nie chciałem tu przyjeżdżać. Właściwie, to zaczynałem odczuwać zadowolenie.

W pokoju nie było prysznica ani toalety. Właściwie to całe schronisko nie miało chyba publicznego prysznica, więc kąpaliśmy się w pokoju, do którego zaraz mieli przyjechać goście. W czasie, gdy się rozpakowywaliśmy, gospodarz zdążył rozpalić ognisko w czymś co przypominało koksownik. Kiedy wyszedłem, okazało się, że wokół siedzi kilka osób i każdy wymienia się swoimi historiami. Klimat był niesamowity, zwłaszcza gdy popijałem piwko Shangri-la. W końcu jakiś trunek smakujący jak piwo, na dodatek mający 5,7% alkoholu!

Gospodarz okazał się niezłym bajarzem. Miał bodajże 35 lat, z czego 25 spędził w Indiach, kilka w USA i od kilku mieszka już z powrotem w Chinach! Ola po podliczeniu doszła do wniosku, że to trochę niemożliwe, ale co z tego. Dobrze się tego wszystkiego słuchało. Ale jeszcze lepsze, i trochę przerażające były historie, które ciągnął dalej: „Wiecie co? Przełęcz Skaczącego Tygrysa to piękne miejsce. Piękne miejsce, by umrzeć… I wielu Chińczyków tak właśnie uważa. Co miesiąc praktycznie mamy jakieś próby samobójcze. Kiedyś wracając już do siebie zobaczyłem dziewczynę nad przepaścią. Już za barierką. Zatrzymałem samochód i zacząłem z nią rozmawiać, aż zbliżyłem się na tyle blisko, że mogłem ją przeciągnąć do siebie i obydwoje padliśmy na ziemię”.

Okazało się, że facet nie tylko zwiedził pół świata, ale jest też człowiekiem ratującym samobójców! „Jak jakiś samotny Chińczyk lub Chinka do nas przyjadą, to musimy inwigilować ich przez całą dobę. Bo tacy najczęściej właśnie chcą dokonać tu swego żywota. Trzeba być bardzo uważnym i nie pozwalać mu zostać samemu, bo to się może źle skończyć. Trzeba dużo z nim gadać, nawet jeśli on nie chce. Pamiętam jak przyjechała tu samotna dziewczyna. Pół dnia gadała przez telefon płacząc. Co było potem, chyba wiecie…” – opowiadał z ogromną pasją, a odbijające się płomienie w jego oczach tańczyły złowieszczo. – „Tutaj niedaleko, w Habie, można kupić albo wynająć dom. Bardzo tanio, ale rząd zabronił sprzedawać ludziom którzy nie są mniejszością tybetańską. Więc najlepiej jechać, wziąć ślub i kupić dom. No, ale jeden chłopak wynajął sobie takie mieszkanie na kilka dni. Pojechał i się wziął powiesił. Tu jest tak, że jak ktoś umrze w domu, to właściciel może od rodziny chcieć zadośćuczynienia, bo przecież albo w ogóle nie będzie mógł go już sprzedać, albo cena drastycznie spadnie. I wyobraźcie sobie, że policja szukała rodziny. Nikt się nie zgłosił. Ciało skremowano i tyle po facecie…”

Nie powiem, bardzo ciekawie było tego słuchać. Oczywiście, właściciel nie był jedyny i opowieści z krypty nie były jego jedynymi historiami. Dowiedzieliśmy się na przykład, że Tybetańczycy bardzo lubią uprawiać… marihuanę. W górach, gdzie łapska rządu sięgają jakby delikatniej. I pewnie gdybyśmy tylko chcieli, to mielibyśmy okazję spróbować, ale wtedy akurat jedyną używką której było mi trzeba był porządny sen…

Ale hej, spojrzeliśmy na niebo, a naszym oczom ukazał się ogrom wszechświata. Nigdy w życiu nie widziałem chyba tylu gwiazd, co tamtego wieczora. „Jej, Ola, tutaj nie tylko za dnia jest przepięknie. W nocy jest jeszcze lepiej!” – wykrzyknąłem i byłem cały szczęśliwy jak jasna cholera. Nie żałowałem żadnej minuty, które poświęciliśmy, żeby się tu dostać. A kolejny dzień zapowiadał się tylko lepiej: mieliśmy bowiem iść na dół Przełęczy i doświadczyć wszystkich tych pięknych okoliczności przyrody, które miała do zaoferowania.

Komentarze

One Comment

  1. […] i po kilkunastu minutach byliśmy na pięknej starówce. No, może nie miała takiego rozmachu jak stare miasto w Lijiangu, ale też prezentowała się bardzo ładnie. Zwłaszcza góry w tle. A i pogoda dopisywała. Swoją […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline