Press "Enter" to skip to content

Na południe od gór pośród chmur – Junnan #6 – Pagoda w Mieście Wiatru

Pierwszego dnia nowego, koguciego roku obudził mnie zapach tangyuanów. Właściwie to nie, nie obudził mnie żaden zapach, bo go nie było czuć. Ale obudził mnie gwar na dole, bo trochę sobie pospałem. Nie było co tracić dnia. Szybki ogar, schodzę.

Obraz który tam zastałem trochę mnie zaskoczył: tata Liweja uprawiający taichi, a w kuchni Ola krzątająca się razem z gospodynią. Przygotowujące wspólnie rzeczone tangyuany (汤圆, kulki zrobione z mąki z kleistego ryżu z nadzieniem, lub bez, zależnie od regionu. Nasze były z pastą z czarnego sezamu i kruszonymi orzeszkami ziemnymi). Prawdziwa, tradycyjna chińska rodzina, jak się patrzy. Tylko oczy tej Oli jakoś zbyt niebieskie, a włosy zbyt jasne. Przy stole już klasyka – całą rodzinką objadamy się tymi słodkimi kulami, posypanymi brązowym cukrem muscovado. Pierońsko słodkie, pierońsko smaczne (chociaż przy którejś z kolei sztuce może zemdlić). Kiedyś może zrobię jakiś post o tej potrawie, na razie muszę posiłkować się innymi źródłami z internetu. Dla zainteresowanych, tutaj można poczytać o tangyuanach.

Plan na ten dzień był prosty: ogarnąć się, wyjść w miarę jak najwcześniej i jechać na starówkę, bo akurat ta w Dali jest ponoć śliczna. Na klatce schodowej przywitaliśmy się z kurą. Właśnie, nie pisałem o kurze! Otóż na klatce schodowej była sobie kura przeznaczona na ubój. Stała sobie w kartonie, miała wycięty otwór na łeb i szyję, pod otworem miska z żarciem. I tak stała kilka dni, w sumie to do naszego wyjazdu. O, w ten sposób jak poniżej. W ogóle, podczas całej podróży widzieliśmy różne dziwne i przykre rzeczy dziejące się z kurami… Ale o tym w którymś z następnych wpisów.

Liwei miał jechać z nami, ale nie chcieliśmy robić kłopotu, tym bardziej, że chłopak też do domu przyjechał tylko na kilka dni, więc pojechaliśmy sami. Droga trudna nie była: ot, wsiedliśmy w autobus i po kilkunastu minutach byliśmy na pięknej starówce. No, może nie miała takiego rozmachu jak stare miasto w Lijiangu, ale też prezentowała się bardzo ładnie. Zwłaszcza góry w tle. A i pogoda dopisywała. Swoją drogą, Dali było kiedyś stolicą Królestwa Dali, założonego przez Bajów (którzy notabene siedzą tam do dzisiaj, bo przecież Dali to prefektura autonomiczna narodowości Bai, do której należą nasi gospodarze) na początku X wieku, a podbitego w XIII wraz z Tybetem przez… Kubilaj-chana, czyli wnuka Czyngis-chana. Taka tam ciekawostka.

Muszę przyznać, że mnóstwo było miejsc z jakimiś ładnymi duperelami do kupienia, nawet ręcznie robione kwiatki z Plants vs. Zombies się znalazły. Przechadzając się uliczkami starego Dali, w pewnym momencie zaniemówiłem. „Ola, czy tam jest napisane… KEBAB?! TURECKI KEBAB?! DAWAJMNIETO!” – wykrzyknąłem tylko i pobiegłem do sympatycznego pana o bliskowschodniej aparycji po tę jakże tradycyjnie polską potrawę każdego szanującego się człowieka mającego nocne życie. Trochę się zawiodłem, ale darowanemu koniowi… W sensie nie, nie było niesmaczne czy coś. Ale było bardzo małe. I mało ostre, a wyraźnie prosiłem o nawalenie dużo papryki. Ale to nic, kebab w Chinach zaliczony.

W supermarkecie też ukazał nam się dość zabawny widok. Otóż zawsze dużo mówi się o chińskich podróbkach… I tak, niby można je spotkać na ulicach, ale to co zobaczyliśmy wtedy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania! Rzućcie tylko uwagę na zdjęcie. Dodam, że Rio to oryginalny napój alkoholowy. Reszta… Chyba już mniej. Na uwagę z ciekawych rzeczy znalezionych na straganach zasługuje jeszcze owoc, na polskiej wikipedii nazwany… oszpilną jadalną. Albo salakiem. Albo, tak jak po chińsku, skórą węża (蛇皮果). Ostatecznie nie spróbowałem, ale wyglądał dość ciekawie.

Głównym punktem naszego wypadu na starówkę okazała się pagoda, majacząca gdzieś niedaleko na horyzoncie. Po krótkim spacerze w jej stronę i małych oględzinach okazało się, że niestety, pałujcie się turyści, cały teren jest zamknięty. Po chwili namysłu, czy może nie przeskoczyć przez płot (dałoby się bez problemu) jednak zrezygnowaliśmy, bo zauważyliśmy jakieś osoby krzątające się po terenie. Swoją drogą, ciekawe kiedy go zamknęli, bo tablice mówiące o tym, że miejsce ma wielkie znaczenie kulturowe itd. miały po kilka lat.

Uznałem, że skoro od przodu się nie da, to zrobimy to od tyłu. „Ola, obejdziemy teren, może będzie jakieś wejście mniej na widoku.” – rzuciłem tylko. Szybki marsz pod niewielką górę i… naszym oczom ukazał się spory nasyp, na który dało się bez problemu wejść. Warto było. Panorama na całe miasto, Erhai i oczywiście nasza pagoda. Cóż, bliżej nie podeszliśmy, ale foteczki obcykane. Nawet jakieś słabe piwko kupione w markecie do #beerstagrama obcykane. A potem jeszcze guoqiao mixian, czyli makaron ryżowy z różnymi dodatkami. Mięso było dla mnie, bo Ola nie przepada. Yummy.

Po drodze do domu, ja jak to ja, nie mogłem oprzeć się pokusie wygłupów w autobusie. Zauważyłem ofiarę – dziewczynkę, na oko jakieś pięć lat. Przyglądała mi się zaciekawiona, ale jak tylko na nią spojrzałem, to odwracała wzrok. Po jakimś czasie, gdy zacząłem stroić do niej miny, nie mogła przestać się uśmiechać, a w końcu głośno śmiać. Ona, a po chwili dołączyły inne dzieciaki jadące z nami komunikacją miejską. Jak to Ola określiła „Dawid, to jest w życiu wspaniałe, że czasem robiąc tak niewiele, możesz dać komuś tyle radości. Ta dziewczynka pewnie to zapamięta do końca życia”. Olcia i jej optymizm i spojrzenie na życie. Ale najwięcej filozofii z jej strony miało dopiero nadejść. Ja jeszcze nie wiedziałem.

Tak minęło popołudnie w Dali. A zarazem nasz ostatni dzień w tym ślicznym mieście. Najlepsze, że bardzo nam się podobało. To spokojne tempo życia, te piękne widoki, czyste powietrze… I wiecie co? Szkoda było wyjeżdżać. Właściwie to nie tylko nam, bo i gospodarze, jak chińska gościnność nakazuje, pytali czy nie zostaniemy jeszcze jednego czy dwóch dni dłużej. Ale czas naglił, a my chcieliśmy w końcu dojechać na południe prowincji, do regionu Xishuangbanna, czyli chińskiej Tajlandii. A raczej Dajlandii, ale o tym w następnych wpisach.

 

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline