Press "Enter" to skip to content

Pierwsze wrażenia

Wylecieliśmy o 9.40 z Warszawy, po 13 godzinach podróży udało się. Udało się przesiąść w Zurychu w 40 minut z jednego samolotu do drugiego, udało się nie spaść gdzieś nad Rosją lub Mongolią. W samym Pekinie wyjechał po nas jeden z nauczycieli, więc problemu nie było. Wszystko się udało, koło 7 rano czasu pekińskiego (różnica czasu to 7h do przodu w stosunku do Polski) byliśmy już w swoich pokojach i dowiedzieliśmy się, że o 9 jedziemy do banku otworzyć konta i wymienić pieniądze.

Po samym wyjściu z lotniska jeszcze, moją uwagę przykuła mgła. Ze względu na wczesną porę, założyłem właśnie, że to właśnie przez to widoczność jest tak ograniczona. Niestety, nie była to żadna mgła, a smog, o którym na pewno słyszeliście. Powietrze w Pekinie jest bardzo niezdrowe i zanieczyszczone, powinno się więc nosić maskę, gdy tylko normy czystości powietrza zostaną przekroczone. Oczywiście zdarzają się też (podobno, sam jeszcze nie widziałem) dni, kiedy normalnie można nawet zobaczyć niebo, a aplikacje w komórce ułatwiają życie pokazując na wykresach, z jak dużym smogiem mamy do czynienia w danej chwili.

Tak jak pisałem wcześniej, po 9.00 wyszliśmy do banku. Okazało się, że moje konto jest już założone (nie mam pojęcia jakim cudem, ale chyba KTOŚ już mnie wziął pod swoją protekcję) i wystarczy, że aktywuję kartę. Reszta przyjezdnych (czyli trójka, z którą przyleciałem i dwie pozostałe osoby) musiała złożyć podania o utworzenie rachunku bankowego w Banku Chińskim. W banku okazało się, że dostałem złą kartę, gdzie napisane było co prawda moje imię i nazwisko po chińsku, tj. 柯玮, jednakże z danymi jakiejś innej osoby o imieniu i nazwisku „Aitkazy Alibek”. Nigdy nikt na mnie tak nie wołał, więc zgłosiłem swój sprzeciw. Jakiś czas później moja karta dotarła do banku przez posłańca, tj. została dostarczona przez drugiego nauczyciela.

Po powrocie do akademika, wpłaciliśmy 1000 yuanów (waluta w Chinach, 1yuan = ok. 50 groszy) kaucji i do karty do drzwi pokoju, otrzymaliśmy kartę do drzwi wejściowych do akademika. Do budynku nie da się jednak wejść dzięki niej przez całą dobę. Ponoć na noc, akademik jest po prostu ryglowany, a przecież żadna elektroniczna karta nie poradzi sobie z kłódką.

Po jakimś czasie dojechała do nas Marta, kolejna koleżanka z mojej sinologii w Gdańsku, z którą poszedłem do biura dopytać o resztę formalności i wybraliśmy się na obiad do małej restauracyjki. Gdy tylko weszliśmy, pan, który wyglądał jak zwykły gość, wziął menu, zaprowadził nas do stolika i stał nad głową dopóki czegoś nie wybraliśmy. A, że menu nie miało obrazków i było w znakach, poszukałem czegoś, co potrafiłem przeczytać. Padło na tofu. Za miseczkę ryżu i sporej objętości talerz z pikantnym tofu zapłaciliśmy 16yuanów, a najedliśmy się we dwoje. 4zł za obiad na osobę jest chyba przystępną ceną.

Podczas powrotu na kampus, uznałem, że powinienem kupić sobie jakiś starter z chińskim numerem telefonu. Szczęście (lub pech?) chciało, że jest początek semestru zaraz po Chińskim Nowym Roku, więc przed kampusowym marketem rozstawiły się namioty dwóch sieci: China Unicom i jakaś druga. Kupienie karty SIM z numerem w Polsce może jest i proste. Tutaj Chińczyk chciał ode mnie paszport, nie mówił w zupełności po angielsku, więc musiałem mu powiedzieć gdzie jest imię a gdzie nazwisko. Dobrze, że M. była ze mną, więc pomogła z resztą tłumaczenia, ale sprzedawca i tak był strasznie zagubiony. W pewnym momencie, stała nad nim trójka jego kompanów i nadal nie mogli sobie poradzić. Kazali wybrać numer. Wybrałem. Po 5 minutach okazało się, że ten jest niedostępny, wybrałem inny, już był ok. Oczywiście nie słyszeli o czymś takim jak karta microSIM (której używa mój telefon, jest niewiele większa od czipu na niej), więc kupiłem normalną z zamiarem zaryzykowania i obcięcia jej po prostu nożyczkami. Na całe szczęście, wszystko się udało, bo gdybym uszkodził kartę, to straciłbym najpewniej i kasę i numer.

Kolejnym punktem programu na poprzyjazdowy piątek, było małe oprowadzenie nas przez Damiana, człowieka, który studiuje tu już od jakiegoś czasu i przez drugą Martę. Pokazali nam wszystko, dali nam też kolejną kartę (więc w sumie, z bankową, mam już 4 karty do Chin, jeszcze tylko karta miejska na transport). Była to tym razem karta kampusowa, którą można sobie doładować i na terenie kampusu płacić w sklepikach, za ksero i na stołówce, więc całkiem przydatna rzecz.

Miałem straszne problemy z połączeniem z Internetem (i w ogóle ze światem, m.in. dlatego, że roaming w mojej komórce w Orange w ogóle nie działa i nie miałem nawet jak skontaktować się z rodziną, żeby powiedzieć, że dotarłem). W momencie kiedy to piszę, nie mam jeszcze połączenia na komputerze. A sieć w komórce na początku w ogóle nie chciała działać (okazało się, że nie miałem ściągniętej konfiguracji, a nie mogłem jej ściągnąć przecież, bo nie miałem połączenia z Internetem. Logika.)

Wieczorem Damian i Marta zabrali nas do restauracji na chińskie pierożki (jiaozi, 饺子) i pogaduchy. Dostaliśmy chyba 8 smaków, z czego koło połowa mi smakowała, reszta była zbyt dziwna lub po prostu niesmaczna. Jeden rodzaj smakował nawet jak czarne żelki Haribo.

Po powrocie skoczyłem jeszcze do koleżanki zagotować sobie wodę do leków na przeziębienie i padłem spać koło 23.00, co było niezłym wynikiem, bo nie spałem w ciągu dnia, a w czasie lotu też prawie w ogóle.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline