Press "Enter" to skip to content

Na południe od gór pośród chmur – Junnan #1 – Ewakuacja

Pewnego pięknego, grudniowego (albo listopadowego?) dnia, napisała do mnie Dominika: „Słuchaj, Dawid, jest opcja wyjazdu do Junnanu na obóz z dzieciakami. Będziemy opiekunami. Będzie super, leżenie do góry brzuchem i jeszcze pozwiedzamy!”. Tak naprawdę to dzień nie był piękny, bo pewnie był smog jak jasna cholera (czego doświadczamy w Pekinie po raz kolejny w tym momencie), a i moja rozmówczyni nie ujęła tego w ten sposób, ale nieważne. Taki pomysł zalęgł mi się w głowie. Przecież i tak miałem w przerwie noworocznej jechać gdzieś na południe, może nawet do Wietnamu, i tam w tajemnicy przed rodziną (niestety Kochani, za bardzo się martwicie ;) pojeździć trochę, czy to autostopem, czy innymi środkami transportu.

O jakiej przerwie noworocznej mowa? Myślę, że każdy z Was słyszał o Chińskim Nowym Roku. To najważniejsze święto w Chinach. Właściwie bardzo często porównuje się je z naszym Bożym Narodzeniem – wszyscy wracają do domów (całe Chiny migrują, w tym roku szacowało się 3 miliardy pojedynczych podróży, wliczając w to te lądowe i powietrzne) by spędzić czas z rodziną. I jest to najczęściej jedyny czas w roku, kiedy mogą to uczynić. Moje ferie od uczelni trwały bagatela dwa miesiące, więc miałem dużo czasu, by coś robić.

Widok na dworzec. W sumie to ludzi wcale nie było jeszcze tak dużo

Padło na prawie trzy tygodnie w Junnanie. Tydzień z dzieciakami na obozie i 11 dni z Olą, która kiedy tylko dowiedziała się, że istnieje taka opcja, zareagowała hurraoptymistycznie. A jak podróżować? Autostopem. Dokąd? Jeszcze nie wiedzieliśmy, bo nie mieliśmy biletów powrotnych, a przez całe to zamieszanie z nowym rokiem, bilety bardzo trudno kupić. Wyprzedawane są na pniu praktycznie w tej samej minucie, kiedy sprzedaż zostaje otwarta. Początkowy plan był taki, by po obozie ruszyć na północ, do Syczuanu i na Wyżynę Tybetańską. Niestety, pomimo tytanicznego wysiłku wstania o 8 rano na kacu (kumpel miał urodziny), by kupić bilety powrotne z Chengdu (stolica Syczuanu), nie udało się. Na drugi dzień kupiłem jednak powrotne z Kunmingu (który jest stolicą Junnanu). Plan zaczynał się kształtować. Przed samą podróżą wielkich przygotowań nie poczyniliśmy. Ot, ustaliliśmy, że autostop, i jakaś z grubsza założona trasa przygotowana przez Olę. Ale bez namiotu, bo i tak nie zmieści się w podręczny bagaż w samolocie. Mieliśmy pytać po ludziach i ogarniać inne opcje.

Podróż to Lijiangu (丽江) długa nie była: ot, z uczelni na dworzec kolejowy, potem pociągiem do Shijiazhuang (石家庄), a stamtąd samolotem do miejsca docelowego. Dlaczego nie z Pekinu? Otóż firma, która organizowała obóz była z Chongqingu (重庆) i uznała, że pokryje lektorom bilety, ale tylko w kwocie takiej, ile kosztowałby transport w tę i z powrotem na tracie Chongqing – Lijiang, gdy oni je kupowali. Czyli jakieś 1500 juanów. Samolot z Pekinu kosztował 1800. Z Shijiazhuang 1000, a bilet kolejowy do tegoż miasta – 45. Więc chyba dość logiczne. Powrót zaplanowaliśmy pociągiem, żeby uciąć koszty (550 juanów za 33h w kuszetce) i wszystko pięknie się zamknęło.

Kiedy dolecieliśmy, była już noc, bo lądowaliśmy koło północy. Na miejscu czekała już Dominika, Bird (tak, gość wybrał sobie angielskie imię „Ptak”) i Trajan, sympatyczny Mołdawianin z tendencją do bycia „profesorem wszystkiego”. W oczy rzuciła się delikatnie zmieniona flora. I horyzont. Jej, było widać horyzont, pomimo ciemności. I gwiazdy na niebie. To była ogromna różnica w porównaniu z Pekinem.

Mały bus zawiózł nas na teren obozu. Okazało się, że śpimy w małym domku na dachu. Bez ogrzewania. Pod prysznicem ogromna krata wentylacyjna, przez którą widać szumiące drzewa z drugiej strony. Cudownie. Temperatura na zewnątrz? W nocy nawet poniżej zera. Witamy na południu Chin. Niby zimy są tu łagodniejsze, ale w domach zimno jak w psiarni przez brak centralnego. Na północy zimniej, ale dom to dom i jest cieplusio. Dobrze, że mieliśmy chociaż koce elektryczne w łóżkach, bo inaczej mogłoby być trochę słabo. Poza tym obóz był podzielony na kilka stref, gdzie były domki dla dzieciaków (miały jeszcze gorzej pod względem sanitarnym, bo brak umywalki i prysznica w domku, a co za tym idzie przymus korzystania z pryszniców „pod chmurką”. Do tego masa atrakcji: ścianka wspinaczkowa, escape room, duża sala z książkami (i akwarium ze zdechłymi rybami), pomieszczenie do przygotowywania papieru, herbaciarnia, stołówka. Sporo tego, gdybym był dzieciakiem to bym się jarał. Co ja gadam, jarałem się nawet nie będąc już dzieckiem.

Tak wyglądały nasze stroje robocze

Jednakże dopiero z rana zobaczyliśmy piękno otaczającej nas okolicy. Góry, jezioro, rześkie powietrze, które w końcu miało jakiś zapach, a nie smród spalin. Kwitnące kwiaty! W środku zimy! To było niesamowite. Tego poranka przyjechali też chińscy opiekunowie, i mieliśmy odbyć mini-szkolenie pierwszej pomocy. W tym czasie pojawiło się też dwóch kolejnych białoskórych. Amerykanin i Nowozelandczyk. Ten pierwszy miał wąsa, którego nie powstydziłby się prawdziwy Janusz. Brzucha właściwie też by się nie powstydził. Drugi, Patrick, okazał się miłym, trochę zniewieściałym nauczycielem angielskiego z Kunmingu (a wcześniej z Seulu). Amerykanin, na wieść o tym, że nie ma ogrzewania i ekspresu do kawy, pokręcił tylko wąsem, tupnął nóżką i zażądał, żeby odwieziono go z powrotem na dworzec (czy tam lotnisko, już nie pamiętam). I dobrze, wyglądał na gbura. Została więc nasza piątka białasów i Chińczycy. Przez to też, jedno z nas, musiało zająć się dwiema grupami dzieci, będącymi w różnych miejscach w tym samym czasie. Padło na mnie. Ale to nic, powtarzałem sobie. Wszyscy dostaliśmy śliczne wdzianka w postaci bejsbolówek z logo obozu i naklejki z imionami, żeby nikt się nie pomylił.

A to nasza radosna ekipa. Od prawej: Patrick, Trajan, Dominika, Ola i ja

Po szybkim śniadaniu (makaron z ostrą papryką i jakimiś warzywami z miski na stojąco, bo po co jakiś stół, skoro dzieciaków jeszcze nie ma) ruszyliśmy na małe zwiedzanie wioski, w której mieścił się nasz obóz. Warto wspomnieć, że Junnan to największe skupisko chińskich mniejszości etnicznych (których oficjalnie jest 55) i tak praktycznie każde większe miasto jest autonomiczną prefekturą jakiegoś ludu. Lijiang to ojczyzna ludu Naxi (纳西族), o którym później. Wioska, w której mieszkaliśmy, leży nad pięknym jeziorem Lashi (拉市海, właściwie to morzem, przynajmniej według Chińczyków).

Co rzuciło się w oczy to to, że duża ilość pracujących w obejściu osób to kobiety. Do tego wszystkie nosiły dość specyficzny rodzaj ubioru, z narzutą na plecy. A, i ludzie tutaj są bardziej brązowi niż żółci. Dzięki słońcu, ale też przez to, że nie należą przecież do Chińczyków Han. Wioska niewielka, ot, kilka uliczek i przylegające do nich domki, ale miały w sobie coś magicznego. Cudownie było wypić piwko przy tym grzejącym słoneczku i kilkunastu stopniach na plusie. W Pekinie mógłbym o czymś takim tylko pomarzyć. Przy sklepie natknęliśmy się na bardzo sympatycznego staruszka, który nie wiedział za bardzo jak się z nami porozumieć, więc uśmiechał się tylko odkrywając swoje dwa zęby i pokazywał na palcach ile ma lat. Grubo ponad osiemdziesiąt. Dawno pewnie też nie widział obcokrajowców. Nie omieszkaliśmy zrobić sobie wspólnego zdjęcia.

Po obiedzie jeszcze czas na prysznic (bo przecież tylko kiedy domek nagrzał się odpowiednio dobrze od słońca, można to zrobić, chyba że ktoś nie boi się zamarznąć), krótkie zapoznanie się z resztą obozowiczów (w tym poznanie chińskich liderów swoich grup) i można czekać na dzieciaki, które miały przylecieć dwoma samolotami. Razem 120 sztuk. Musieliśmy oczywiście stać i się z nimi witać, ale to ponoć normalne w Chinach, zwłaszcza na takich obozach. Potem szybki regeneracyjny sen i czas było zająć się obowiązkami…

Zdjęcia w relacji z Junnanu będą mieszanką wszystkiego, co zdążyłem nacykać z Olą. Jej aparatem, telefonem, moim telefonem i każdym innym tosterem.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline