Press "Enter" to skip to content

Na południe od gór pośród chmur – Junnan #4 – Przełęcz Skaczącego Tygrysa

Z rana, na spokojnie, usiedliśmy przy stole i zamówiliśmy herbatę z mlekiem/masłem jaka (gdyby ktoś nie wiedział czym jest jak: jest to taka duża, owłosiona krowa) i smażone jajko na tradycyjnej, tybetańskiej babie. Właściciel tłumaczył, że to taki ichniejszy chleb. Kiedy dostaliśmy porcję, uznałem że to trochę mało i być może się nie najem, ale szef zapewnił, że jeśli wypijemy cały imbryczek herbaty, to na pewno zapełnimy żołądki na cały dzień. I faktycznie, to słonawe cholerstwo było o dziwo dość syte i smaczne. Aczkolwiek dzbanek na dwie osoby to ilość maksymalna i więcej bym w siebie nie wcisnął. Nie obyło się oczywiście bez zdjęć „na Instagrama” i na pamiątkę.

Słońce było tam dość leniwe– dowiedzieliśmy się, że w przełęczy wychodzi gdzieś koło południa. Ubrani więc w kurtki postanowiliśmy zmierzyć się z prawie-tybetańską naturą. „Pójdziecie tą drogą w prawo, a potem spokojnie znajdziecie zejście w dół. Zapłacicie bodajże 10 yuanów myta, a potem na dole jeszcze raz. To takie bilety wstępu.” – rzucił szef na odchodne. A my jak te grzeczne owieczki… Idziemy wprawo, potem skręcamy w lewo w dół, po ścieżce. Jest jeszcze dość chłodno, ale ścieżka jest całkiem ładna, malownicza i… nie ma na niej żadnych ludzi.

Robimy sobie epickie zdjęcia z rzeką w dole. ”Cholera, jak to jest wysoko. Gdyby tak iść i spaść, to już po nas.” – myślę. Na twarzy Oli widzę coraz większą fascynację i wiem, że zaraz zacznie filozofować. Ale tym razem to rozumiem i wcale jakoś nie mam ochoty jej powstrzymywać. Jestem oczarowany w podobnym stopniu co ona. Po jakimś czasie ścieżka zaczyna się zwężać, robić coraz bardziej stroma, a momentami w ogóle jej nie widać. Usłyszeliśmy nagle jakieś dziwne dźwięki. „Dzikie zwierzę, jakaś bestia” – myślę. Zbliżamy się, milcząc. Mamy nadzieję, że zobaczymy jakieś kozice, czy innych przedstawicieli fauny. Niestety, okazało się tylko, że to jeden z mieszkańców zbierający chrust, tak najzwyczajniej w świecie. „Nic to, i tak jest pięknie!” – pomyślałem.

Ścieżka przekształciła się w końcu w brak jakiegokolwiek tropu. Postanowiliśmy pchać się w dół bo wracanie na górę było chyba bez sensu. „Ola, zabłądziliśmy.” – rzuciłem. Ona już to wiedziała, ale żadne z nas jakoś się tym nie przejęło. Planem było zejście jak najniżej, bo gdzieś musiał być przecież kolejny szlak. Po chwili uznaliśmy, że możemy się rozdzielić i oddzielnie poszukać drogi w dół. Ja parłem przed siebie, Ola postanowiła iść bardziej na boki. Było ciężko, bo całe zbocze porośnięte było małymi krzewami z ostrymi gałęziami, ale się dało. Cieszyłem się, że założyłem moją skórzaną kurtkę, bo każdy inny ciuch byłby już poszarpany. Jedyną wadą było to, że robiło się coraz cieplej, a słońce zaczynało majaczyć ponad wierzchołkami gór.

„Koleżanko, tam na dole widać ludzi!  Musimy tylko dostać się jakoś na dół” – zawołałem. Ola nie była daleko, ale przez zarośla nie mogłem jej nigdzie zlokalizować, więc od czasu do czasu po prostu się do siebie odzywaliśmy, żeby zorientować się, gdzie które jest. Jedyna rzecz, która wskazywała, że ludzie się w te miejsca wcześniej zapuszczali, były śmieci. Ale tak wyblakłe i stare, że leżały tam spokojnie kilka lat.

W końcu znowu połączyliśmy siły i po męczącej i żmudnej wędrówce dotarliśmy do ścieżki. Byłem zmęczony, a wiedziałem, że to dopiero początek. Jednakże, chodzenie po szlaku było już pestką w porównaniu z tym, co przeszliśmy chwilę wcześniej. Śmieci rozrzucone przy szlaku dawały do zrozumienia, że „Hej, tu jest cywilizacja!”.

Niedługo po tym, dotarliśmy do kilku chatek i małego stawku. Właściwie, to wyglądało to jak plan jakiegoś horroru. Góry, kilka budyneczków na zboczu i absolutny brak ludzi. Przeszło mi nawet przez myśl, że gdybyśmy mieli zostać tu w Przełęczy na noc, to możnaby zostać właśnie tu. I nie zmrużyć oka przez całą noc, bo skojarzenia i sceny z oglądanych filmów nie dałyby nam spokoju. Przy chatkach był nawet murowany wychodek. Wszystko zapewne spadało prosto do wody (a byliśmy już od niej tylko kilkadziesiąt metrów wyżej), ale myślę, że akurat i tak nie było najgorsze, co w tych wodach można znaleźć.

Dotarliśmy w końcu do tarasu widokowego, który miał na sobie tabliczkę opisującą miejsce, w którym się znajdujemy, czyli Środkowa [część] Przełęczy Skaczącego Tygrysa ( 中虎跳峡). Spotkaliśmy tam też parę Duńczyków z naszej noclegowni. Wybrali się na kilkudniową trasę, więc szli z plecakami i całym osprzętem. Bardzo fajny pomysł, ale my nie mieliśmy czasu na takie zabawy.

Mieliśmy już iść dalej po trasie, aż Ola mówi „Ej, brat, patrz tutaj, są schodki w dół! Idziemy!”. Nie mogłem odmówić, bo sam byłem ciekaw, co może kryć się pod tarasem. Schody były proste, ale bardzo strome, a barierki, mimo że były przyspawane do skał, nie wydawały się na zbyt wytrzymałe. Ale zaryzykowaliśmy. Niżej było jeszcze gorzej – mostki zbite z kilku desek i różne platformy. Udało nam się dostać do niewielkiej jaskini, w której pociągnięty był nawet kabel z elektrycznością, a pod sufitem wisiała mała żarówka. Nie widzieliśmy nigdzie jednak żadnego włącznika, więc nie udało się miejsca rozświetlić. Wrażenie było niesamowite – niedaleko pod nami, może jakieś dziesięć metrów niżej, pełna bryzgającej piany, niebieskawo-zielona woda, ponad nami stalaktyty, a w głębi jaskini mrok.

Po wdrapaniu się z powrotem na górę, postanowiliśmy iść przed siebie, gdzie po kilkunastu minutach marszu dotarliśmy do niewielkiej bramy, gdzie pobrana została od nas opłata za przejście. Do tego było kilka informacji, że miejscowi utrzymują ten obiekt sam i rząd nie dokłada do niego pieniędzy, a wszystkie barierki i prace remontowe prowadzone są przez tutejszych ludzi. Jak widać, nie tylko zajmują się oni opieką nad tym pięknym miejscem, ale także sprzedają wiele rzeczy po drodze. Owoce, kamienie, przyprawy, rośliny używane w medycynie chińskiej, a także… kanabis, o którym pisałem w poprzednim wpisie, czy Red Bull, bo przecież trzeba się jakoś doenergetyzować.

Zeszliśmy znowu na dół, nad samą wodę, na wielkie skały, trzasnęliśmy kilka fotek i zdecydowaliśmy, że trzeba powoli zacząć się wspinać, bo te kilkaset metrów może zająć nam sporo czasu, a przecież trzeba było ruszać dalej, do… Dali. Przecież na drugi dzień Chiński Nowy Rok! Na całe szczęście zaraz obok były schody do nieba (a przynajmniej tak nazwali je miejscowi).

Zaczęła się wędrówka przez mękę. Tak, były schodki wykute w skałach, a co kilkadziesiąt stopni było miejsce z kolejnymi chińczykami sprzedającymi najróżniejsze rzeczy. Ale słońce paliło już niemiłosiernie, a zmęczenie i głód dawały o sobie znać. Nic to, pot lał się ze mnie strumieniami, a przysiadałem co chwilę. W pewnym momencie stanęliśmy przed wyborem – albo wspiąć się po drabince pionowo do góry na jakieś 20 metrów, albo iść schodami. Drabina okazała się zbawienna: dała odpocząć trochę nogom, a i szybciej byliśmy już wyżej. A jakie wrażenie robiła z góry!

„Ola, ja już nie mogę, zaraz chyba padnę” – zacząłem narzekać. „Brat, co Ty gadasz, dawaj do góry, już niedaleko!” – skwitowała szybko moja towarzyszka. A ja serio, czułem jakby serce miało wyskoczyć mi z piersi, a i oddechu powoli złapać już nie mogłem. Nie wiem, może to też przez wysokość i rozrzedzenie powietrza, ale wcześniej tak tego nie odczuwałem.

Mijaliśmy co chwilę kolejne „stoiska” miejscowych z najróżniejszymi przyprawami i red bullem. Zapraszali, żeby coś kupić i przysiąść, odpocząć, ale nie, my musieliśmy iść do góry. Bo wiedziałem, że jak usiądę, to już się nie ruszę. W pewnym momencie zauważyliśmy chińską rodzinkę – babcia, mężczyzna niosący kurtki i matka z dzieckiem, prowadząca dziewczynkę za rękę. Dzieciak ledwo dawał radę zeskakiwać po tych stopniach. Nie chcę nawet myśleć, co było podczas powrotu na górę. Serio, nie chciałem już nic im mówić, a może powinienem.

Często przed przyjazdem słyszałem, że Chińczycy są typami turysty-fotografa. Dojeżdżają gdzieś autobusem, wysiadają, robią kilka zdjęć, wsiadają i odjeżdżają. Jeśli na szczyt góry, to tylko kolejką, albo samochodem. Jeśli nie ma takiej możliwości, to po prostu tam nie jadą, bo nie lubią się męczyć. I faktycznie, na jakieś dwadzieścia osób, które spotkaliśmy na dole, tylko pięć było Chińczykami. Reszta to rasa kaukaska. „Bo wy to lubicie się męczyć i łazić po tych bezdrożach” – powiedział mi kiedyś ktoś, spytany o to. No cóż, widocznie siedzenie w autobusie i robienie zdjęć w tłumie, żeby pokazać potem je znajomym na WeChacie to faktycznie większa frajda niż obcowanie z naturą.

W pewnym momencie natknęliśmy się na faceta z koniem. „Chodźcie, podrzucę was bo jeszcze daleko, ale koń pójdzie bez problemu i wy odpoczniecie” – zaproponował. Pomimo zmęczenia, uznałem, że nie będę przecież męczył zwierzaka jeszcze bardziej, bo sam mam nogi i dam radę. A szczyt nie może być tak daleko. I faktycznie, z tego punktu było już gładko i prosto. Może nie w kwestii mojego sapania, i wylewania kolejnych wiader potu, ale było niedaleko.

Wdrapałem się na górę, usiadłem i… uznałem, że prawie nic nie widzę. Dosłownie, słońce i ciśnienie w oczach tak mnie oślepiło, że miałem mroczki i mało co widziałem. Ola nie miała czegoś takiego, a ja ledwo łapałem oddech. Droga do kwatery była już prosta, bo przecież asfaltowa. Swoją drogą, niezła skucha z tym zejściem w dół, bo wygląda na to, że to dopiero tu mieliśmy skręcić w lewo, a nie zaraz przy naszym noclegu… Ale przynajmniej była większa przygoda! I nie musieliśmy dwa razy iść po schodach do nieba.

Wróciliśmy, odpoczęliśmy, wzięliśmy prysznic, porozmawialiśmy z Amerykaninem, który opowiedział nam, że dotarł w swoim życiu (był pod siedemdziesiątkę) do tego momentu, że uznał, że nic materialnego nie jest już mu potrzebne, więc sprzedał praktycznie wszystko i podróżuje. „A, wiecie. Teraz w USA nie czeka już na mnie praktycznie nic, prócz rodziny. Ale to dobrze, dzięki temu mogę przyjechać do takiej przełęczy, wyjść na wędrówkę i po prostu odpoczywać. Dzisiaj znalazłem po prostu kamień przy drodze, na którym rozłożyłem kurtkę, położyłem się i tak leżałem. Było cudownie”. Jej, na starość chyba też powinienem spróbować. Podróże i relaks. Cudowna sprawa.

Po szybkim zebraniu rzeczy byliśmy już w drodze. Właściwie, to pieszo, bo w Przełęczy samochodów jak na lekarstwo. Bałem się, że nie złapiemy niczego, a do wyjścia było jakieś piętnaście kilometrów. Na szczęście zatrzymał się jakiś facet (był to chyba trzeci samochód, który nas mijał). Powiedział, że chce pięćdziesiąt  juanów za wydostanie nas stąd. „Ola, jeśli on nas nie weźmie, to nikt nas może nie wziąć do wieczora. My to wiemy i on to wie. Zapłacimy i lecimy dalej.” – rzuciłem. Wiedziałem, że nawet nie stargujemy z ceny, ale cóż, czas był chyba jednak cenniejszy.

Podrzucił nas tam, gdzie kupowaliśmy bilety dzień wcześniej. Potem już szybkie hopki – wzięło nas dwóch facetów z Syczuanu (w samochodzie futra na siedzeniach, trochę dziko), potem stanęliśmy na bramkach, ale jakoś nie mogliśmy niczego specjalnie złapać. Uznaliśmy, że chyba lepiej będzie najpierw wrócić się do Lijiangu, a potem łapać już na Dali. Dotarliśmy zaraz po zachodzie słońca, więc sytuacja robiła się lekko dramatyczna, bo nie dość że zimno, to jeszcze ciemno, ale uznaliśmy, że nie ma co się poddawać. Samochodów było bardzo dużo, bo przecież na drugi dzień Nowy Rok, więc całe Chiny migrują.

Po jakimś czasie słyszę „Dawid, chodź, mam samochód!”. Wsiadamy. Małżeństwo z córką. Córka blondynka, nawet ładna. Siadam po środku, dziewczyna po mojej prawej, Ola po lewej, tata prowadzi, mama na siedzeniu pasażera. Przez bite trzy godziny usta mi się nie zamykają. Okazuje się, że dziewczyna (Kiking) studiuje w Australii, a tak w ogóle to rodzice mieszkają w Kantonie i tylko przyjechali tutaj na objazdową wycieczkę. Opowiadam o sobie, rozmawiamy właściwie o wszystkim. „Bardzo fajna dziewczyna, szkoda tylko, że mieszka w Australii…” – pomyślałem. Jak się okazało później, najfajniejsze Chinki spotykam właśnie w podróży, bez żadnej szansy na rozwój znajomości poza pisaniem na WeChacie od czasu do czasu. Trochę to smutne, ale co się będę rozczulał, nie?

Do Dali dojechaliśmy już po 22-giej. Zapoznany podczas obozu w Lijiangu jeden z opiekunów odebrał nas z ulicy. Dostaliśmy jeszcze pyszną kolację i można było w końcu się porządnie wyszorować. „Ola, będziesz spała w pokoju z moją babcią. Jesteś prawdopodobnie pierwszą białą dziewczyną, którą w życiu widzi. A już na pewno na żywo. Nie zdziw się więc, że babcia może się trochę ciebie bać. Dawid, tobie zostaje kanapa, nie masz nic przeciwko?” – rzucił Liwei. Nie miałem. I zasnąłem dość szybko.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline