Press "Enter" to skip to content

Rowerowa rewolucja w Chinach

Katie Melua śpiewała, że w Pekinie jest dziewięć milionów rowerów. Teraz jest ich znacznie więcej. Jeszcze do niedawna myślałem o zakupie jednośladowca dla siebie, ale sytuacja, jaką mamy teraz na ulicach Pekinu skutecznie mnie do tego zniechęciła. Dlaczego? Jeżdżę rowerami miejskimi, które są po stokroć wygodniejsze niż posiadanie własnego.

Dlaczego rower miejski?

Mamy w Polsce pewne serwisy wypożyczające rowery. Słyszałem o Veturilo w Warszawie (przepraszam, nie wiem jak z innymi miastami). Jednakże, zawsze, ale to zawsze, do miejskich rowerów zniechęcała mnie jedna rzecz – stacje dokujące. No dobra, cena też. W Chinach skutecznie pozbyto się tych dwóch faktorów.
W 2014 roku kilku studentów z Uniwersytetu Pekińskiego postanowiło założyć start-upa o nazwie ofo (co Wam przypominają te trzy literki? Trochę wyobraźni i zobaczycie człowieka jadącego na rowerze!). Była to pierwsza spółka, która pozwalała na wypożyczanie rowerów, które nie muszą być wpinane do stacji dokujących, a jednocześnie są tanie! Potem dołączyła cała masa kolejnych i obecnie w Pekinie istnieje 15 różnych serwisów pozwalających na wypożyczenie rowerów. Każda marka ma swój motyw kolorystyczny – są żółte, zielone, niebieskie, srebrno-pomarańczowe, a nawet tęczowe. Piszę o ofo (żółtych rowerach), bo jest ich najwięcej i sam z nich korzystam.

Bez dokowania

No dobra, ale jak nie ma stacji dokującej, to jak w ogóle ich używać? I skąd je brać? Pamiętacie, jak pisałem o kodach QR przy płatnościach mobilnych? Tutaj też się z nich korzysta. Po prostu, każdy rower na tylnym kole ma blokadę. Na początku były to obrotowe zamki na czterocyfrowy kod, takie jakie można znaleźć np. na walizkach czy kłódkach. Teraz są to zamki w pełni automatyczne. Obok zamka widzimy mały kod QR, który skanujemy. W starej wersji dostawaliśmy kod do wpisania, nowa wersja łączy się bezpośrednio z rowerem i odblokowuje go bez naszej ingerencji. Jeśli coś jest nie tak, to jesteśmy proszeni o ręczne wklepanie kodu z czteroklawiszowej klawiatury zamka. Zamek się otwiera, a my możemy rozpocząć swoją podróż rowerem. Po zakończeniu po prostu zamykamy zamek i zostawiamy rower gdzie chcemy, np. przy metrze. Po wyjściu na innej stacji możemy wziąć inny rower. Aha, gdybyśmy jakimś sposobem nie mogli znaleźć jednoślada dla siebie, to mają one wbudowane nadajniki GPS, dzięki którym widzimy je w aplikacji.

Ile to kosztuje?

Kiedy zaczynałem używać aplikacji na początku tego roku, musiałem wpłacić kaucję 99 yuanów (jest zwrotna), a następnie doładować konto za minimum 20 banknotów z Mao Zedongiem. Godzina jazdy to koszt 1 yuana (czyli… trochę ponad 50 groszy). Ale to nie wszystko: jeździłem prawie codziennie, ale przez to, że ciągle były jakieś promocje, to 20 yuanów wystarczyło mi na ponad pół roku. Obecnie można kupić dostęp do nieograniczonego jeżdżenia przez miesiąc za 1 yuana. Tak, 50 groszy za miesiąc jazdy. Tanio, prawda?

Co z dostępnością?

Największą zaletą rowerów miejskich w Pekinie jest ich dostępność – są dosłownie na każdej, nawet najmniejszej uliczce. Największą wadą tych rowerów jest… ich dostępność, bo są wszędzie i to w bardzo przesadzonych ilościach. Mam wrażenie, że ludzie (nie chcę pisać „Chińczycy”) czasem nie myślą i rozrzucają te rowery jak popadnie. Nieraz krew mnie zalewała, kiedy biegałem sobie nad rzeką za szkołą i musiałem brać udział w bezustannym slalomie, bo przecież rowery były zostawione na chodniku, na ulicy, wzdłuż i w poprzek. Masakra. Pamiętam, że kiedy wracałem w czerwcu do domu, miałem problem z przejściem z walizką przez rowerowe korytarze – tyle ich było.
Przez jakiś czas z ilością rowerów był spokój, ale ostatnio znowu rzucono całą masę. Nie mam pojęcia dlaczego, ale jeszcze miesiąc temu wokół mojej szkoły znaleźć można było zazwyczaj pojedyncze pojazdy. Teraz są to po prostu całe góry rowerów. Góry dosłownie, bo przez to, że rowerów jest dużo i są zostawiane bez żadnego pomyślunku, to dozorcy i sprzątacze rzucają je na kupę. O jakiej skali mówię? Wyobraźcie sobie, że w Pekinie jest obecnie ponoć 2,35 miliona rowerów od 15 różnych kompanii. To jeden rower na mniej niż dziesięciu ludzi!
Druga sprawa to sprawność rowerów. Jest ich dużo, to prawda. Ale znacie pewnie tę sytuację, że jeżeli ktoś uważa, że coś jest „wspólne” (tutaj umownie – w końcu to prywatne spółki), to jest niczyje, prawda? Niedziałających rowerów widziałem już całe masy – od wyrobionych hamulców, do opadającej stopki, czy braku siodełka. Każdy rower można zgłosić w aplikacji, ale nie ukrywajmy – czy każdemu się chce klikać, kiedy się spieszy do pracy? Jeśli rower jest zgłoszony kilka razy, pan na motorowerze z przyczepką, który normalnie ustawia pojazdy, żeby stały w jakimś porządku, zabiera je do naprawy bądź utylizacji. Chociaż podejrzewam, że bardziej do utylizacji, bo po Internecie krążą zdjęcia takie jak to poniżej, z całymi górami rowerów.

Jakieś ograniczenia?

A i owszem. Po powrocie z wakacji do Pekinu, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że rowerów nie można wprowadzać na tereny niektórych kampusów. Nie wiem co komu one przeszkadzały, ale teraz trzeba iść do bramy i szukać. Chociaż strażnicy na bramach średnio tego pilnują i ja zawsze wjeżdżam moim żółtym ofo na kampus. A i często widuję też inne.
Na zamknięte osiedla (których w Chinach bardzo dużo) nie wjedziemy już za to całkowicie, bo tam zazwyczaj strażnicy są bardziej surowi.
Innymi ograniczeniami jest to, że dzieci do lat 12 mają w ogóle zakaz jazdy takim rowerem (chodzi o kwestie prawne i ubezpieczeniowe). Bez Internetu lub w ogóle telefonu też sobie nie pojeździmy.
Kolejnym problemem z rowerami miejskimi jest ich ergonomia. Są dość lekkie, ale pedały bardzo często chodzą dość topornie. Do tego, niektóre modele (bo jest ich kilka, przynajmniej w ofo, chociaż Mobike też ma różne) są bardzo małe i nawet po podwyższeniu siodełka do samej góry, facet o moich gabarytach wygląda na takim rowerze dość zabawnie.
Ostatnim problemem z rowerami, a raczej z Chińczykami jest to, że traktują oni miejskie rowery jak swoje własne – zamazują bądź zdrapują kody QR. Kiedyś przechadzając się z rodzicami po Sanlitun (dzielnica mody i klubów) znaleźliśmy model ofo którego wcześniej nie widziałem – taki z super-szerokimi oponami. Nazywa się to bodajże Fatbike. Nie wiem, w każdym razie był przypięty za pomocą u-locka do ogrodzenia. Ba, zdarza się, że rowery po prostu znikają. Firma Wukong z miasta Chongqing musiała zwinąć swoje żagle po tym, gdy zorientowała się, że 90% ich rowerów nagle zniknęło.

Wiem, że zarówno ofo jak i Mobike wchodzą na zagraniczne rynki, już wkrótce także w Polsce. Mam nadzieję, że przybliżyłem Wam tym tekstem nieco sam fakt, czym są rowery miejskie w Chinach, a także ich wady i zalety. I tu pytanie do Was – czy podoba Wam się takie rozwiązanie?

Komentarze

One Comment

  1. […] też ich ogromną wadą, bo blokują przejścia gdzie się tylko da. O tym możecie przeczytać we wpisie o rowerach – wiedzcie tylko, że kocham je tak samo bardzo jak ich nie cierpię. Zwłaszcza, kiedy kilka z […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline