Press "Enter" to skip to content

Rozśpiewani Kantończycy

Przylecieli z dalekiego 广州, czyli Guangzhou. Było ich ponad pięćdziesiąt osób, a wszyscy należeli do akademickiego chóru przy Kantońskim Uniwersytecie Nauk Zagranicznych. Chcieli uczestniczyć w 11. Międzynarodowym Festiwalu Chóralnym MUNDUS CANTAT. Zostaliśmy jako sinologia poproszeni o pomoc w ogarnianiu, bo wiadomo: „przecież Chińczycy przylecą i nie będą mogli się z nikim dogadać!”.

Jak tylko się dowiedzieliśmy, pognaliśmy do biura Akademickiego Centrum Kultury, które to ogarniało przyjazd ekipy z Państwa Środka. Dowiedzieliśmy się podstawowych informacji, ustaliliśmy jak się dzielimy dyżurami i w piątek od rana ktoś od nas już był w Sopocie w celu „pomocy” gościom w komunikacji, życiu codziennym czy czymkolwiek.

Na miejscu okazało się, że tak naprawdę to nas nie potrzebują. Ale ja uznałem, że się nie poddam, bo przecież w naszym cudownym kraju nad Wisłą na obcokrajowców zawsze czyhają jakieś niebezpieczeństwa i zawsze warto wtedy przy nich być. Kontaktowałem się już wcześniej z niektórymi członkami ich ekipy, więc wiedziałem, że są dość otwarci.

Już od samego początku było bardzo zabawnie. Jeszcze czekając na Chińczyków na górze Monciaka, poznałem Panią J., która zupełnie przypadkowo spytała akurat mnie, czy jestem kimś z organizatorów (miałem plakietkę) i czy wiem, czy będą Chińczycy, bo ona na jedną taką Chinkę czeka. Okazało się, że córka Pani J. mieszka w Guangzhou i ma przyjaciółkę. A ta przyjaciółka należy do chóru, który przyjechał i jest tu, w Sopocie! Świat czasem okazuje się naprawdę mały… No ale nic. Był większy problem: Abby (bo takie angielskie imię obrała sobie Chinka) nie mówi po polsku, a Pani J. nie mówi po angielsku! Tego wieczora czułem się dość potrzebny, i miło było pomóc w takiej kwestii ;)

Tak chór prezentował się podczas gali otwarcia

Po prezentacji każdego z chórów, zapoznaniu się z częścią ekipy, znalezieniu sobie nowej dziewczyny (bo tak mnie od razu okrzyknęła) i zaproponowaniu dziewczynom tradycyjnego polskiego żarcia: kebaba, pojechaliśmy do domu kultury na Przymorzu, gdzie miał być koncert: przybyszów z Chin i Filipin, ale niestety, przedstawicielom drugiego kraju nie udało się do Polski na festiwal dolecieć. Na sali sami ludzie starsi ludzie, ale nie zepsuło to w ogóle odbioru. Co więcej, byli zachwyceni, kiedy okazało się, że jedna z piosenek jest śpiewana po części w języku polskim! Ale trzeba przyznać, sam lubię, kiedy obcokrajowcy w jakikolwiek sposób posługują się naszą mową. Tego wieczoru musiałem nawet wyjść dwa razy na scenę i przetłumaczyć co Chińczycy powiedzieli do publiki, więc miałem malutką wprawkę do przyszłego zawodu.

Po całości zostaliśmy (bo wtedy praktycznie zacząłem być częścią ekipy) na poczęstunek. Dom kultury się postarał i przygotowano całą masę żarcia, a oni biedaki… prawie nic nie zjedli, bo uznali, że „nie są przyzwyczajeni do tego jedzenia, a dosłownie godzinę temu pokazałeś nam te pyszne kebaby i nic już nie wciśniemy”). Cóż, ich strata. Dostali kanapki i sałatkę z ryżem na wynos do siebie na kamping do Sopotu. Odprowadziłem ich do autobusu i sam ruszyłem dziarskim krokiem do domu.

Drugiego dnia, czyli w piątek, nie było już tak różowo, bo musiałem spędzić większość dnia musiałem spędzić na uczelni, jeszcze nam dowalili wykład o prawie własności intelektualnej, nuda… No, ale po tym i po obiedzie można było jechać do Sopotu, pomóc w przygotowaniach do koncertu w kościele św. Jerzego (to ten na górze Monciaka). Załatwiłem miejsce do przebrania się na plebanii dla dziewczyn, a że czas naglił, chłopaki udali się ze mną w poszukiwaniu za wychodkiem (ksiądz nie chciał pozwolić wejść do toalety na plebanii), ale niczego nie znaleźli, więc tylko się przebrali z tyłu budynku.

W samym kościele występowały cztery chóry. „Nasi” Chińczycy, chór ze Szwecji, bodajże ze Słowacji i ludzie z Oslo. Osobiście nie mam nic wspólnego z muzyką, więc nie powinienem oceniać poziomu, ale Oslo Voices bezapelacyjnie było najlepsze i nie dziwię się, że zostali nominowani do Grand Prix! Po owacjach na stojąco dla ostatniego z chórów, było jeszcze przejście w dół Monciaka, gdzie chóry odśpiewały wspólnie Hallelujah i rozeszły się każdy w swoją stronę.

Ostatniego dnia teoretycznie miałem stawić się w Sopocie rano. Ale jakoś nie udało mi się wstać z łóżka, a i noga mnie trochę bolała (nie wiem czemu, coś ze stawem skokowym), więc wybrałem się dopiero wieczorem, na ogłoszenie wyników i koncert finalistów. Tutaj już pełna profeska, chociaż padał deszcz, a całość była na zewnątrz pod wiatą, więc trochę zimno. Przy ogłaszaniu wyników pomagałem podopiecznym ogarnąć co wygrali. Okazało się, że w kategorii chórów akademickich muzyki kościelnej dostali srebro (złota nie przyznano), to samo w piosenkach kościelno ludowych. Do tego nagroda specjalna jednego ze sponsorów. Całkiem nieźle, szkoda że pomimo nieprzyznania żadnego złota, jurorzy nie zdecydowali się oddać tego zaszczytu gościom. Ale takie życie.

Na samym końcu rock n’ rollowy występ miała Joanna Knitter, co w całej publice wyzwoliło niespodziewane emocje. Wszyscy tańczyli: najpierw w parach, chwilę potem przez cały teren spotkania szedł roztańczony wężyk, a Chińczycy nawet wylądowali na scenie. Świetna zabawa, nie spodziewałem się, że to wszystko się aż tak rozwinie.

Po całym finale była kolacja w klubie Pick n’ Roll, gdzie zdążyłem chapnąć jakiejś wędliny z sałatką jarzynową i wypić jedno piwo „do dna” z Chińczykami, po czym dziewczyny wzięły do mnie kontakt (WeChat, wspominałem kilka razy: najpopularniejszy komunikator w Chinach, a jednym ze sposobów dodania znajomego jest po prostu zeskanowanie specjalnego kodu) po czym… uznali że idziemy do pobliskiego marketu, bo przecież jest ciepło i warto by… rozpalić grilla!

mmexport1432546112381

mmexport1432540395202

Po sklepie buszowaliśmy dobre pół godziny, a może nawet godzinę (szczęśliwi czasu nie liczą, hehehe), kupiliśmy chyba wszystko co się dało: kaszankę, karkówkę, kiełbasę, skrzydełka, świderki z bekonu, nawet oliwę z oliwek w spreju. Dziewczyny koniecznie chciały jeszcze bitą śmietanę (ale nie do grilla!) i jakieś inne rzeczy, które w Chinach są drogie. Pani na kasie powiedziała tylko „Czemu mi pan to zrobił? W sobotę, chwilę przed zamknięciem sklepu? Jej, ja nie mam nic do ludzi, ale nie w sobotę wieczorem!” i aż mi się zrobiło głupio. Ale co poradzić, klient to klient. A że nie ogarnia po polsku i wolno liczy polską walutę? Życie.

Potem okazało się, że nie ma piwa, więc jeszcze szybka rundka na stację benzynową i zrobienie zapasów… Na miejscu okazało się, że chłopaki średnio wiedzą jak rozpalić grilla. Znaczy z rozpaleniem problemu nie mieli, ale usiedli w kółeczku z deskami do krojenia chleba i tak machali. I machali. I machali… aż nie podszedłem i nie pokazałem im, że jedno porządne dmuchnięcie jest lepsze niż machanie tym dziadostwem przez pół godziny. Prawie bili mi brawo, ale po jakimś czasie i tak wrócili do swojej praktyki. Nie wiem, może lubią.

Impreza była super, nauczyłem się kolejnej chińskiej gry, tym razem „w żabki wskakujące do wody”, która polega na tym, że każdy po kolei mówi jedno słowo, a potem żabka wskakiwała do wody i trzeba było też dobrze odliczyć ile tych żabek było. Po chwili jednak zrezygnowałem ;)

Generalnie impreza trwała w najlepsze, udało nam się odprowadzić Anię (pilotkę Chińczyków), a i okazało się, że nie jest mi pisane wrócić na noc do Gdańska. Znaleźli mi łóżko (co prawda bez kołdry) w jednym z domków i mogłem zostać. Nie wiem czy żałować czy nie, bo przemarzłem bardzo: bez kołdry, w domku letniskowym bez ogrzewania… Ale czego się nie robi dla polsko-chińskiej przyjaźni, nie? Chłopaki chcieli jeszcze zobaczyć, czy to, że lubię ostre żarcie to tylko gadanie, czy serio lubię: dostałem dwie paczuszki z rybą: jedną pikantną, drugą bardzo pikantną. Nie wzruszyły mnie, chyba przeszedłem test. Ale najbardziej podobało mi się to, co dostrzegłem na podłodze w pokoju: opakowanie PAPIEROWYCH MAJTEK. Tak, w Chinach można kupić sobie papierowe majtki, bo po co prać, przecież można po prostu wyrzucić. Jeszcze nie miałem okazji użyć, ale na pewno kiedyś spróbuję, bo dostałem w prezencie jedną parę.

mmexport1432540392598
A tu z Panem Yangiem- opiekunem grupy

Z rana ogarnęli tylko pokoje, wynieśli śmieci… Wsiedli do autobusu i pojechali dalej. Do Wrocławia, potem do Pragi, a w momencie kiedy to piszę, przechodzą przez kontrolę bagażową we Wiedniu, by w końcu, po tygodniu, wrócić do Guangzhou. Niedzielny poranek z jednej strony był wesoły, bo poznałem sporo pozytywnych ludzi, z drugiej strony, trzy dni to za krótko i bardzo nie chciałem, żeby wyjeżdżali. Prawdę mówiąc, był to jeden z niewielu okresów w tym semestrze, kiedy byłem na serio szczęśliwy. Takie życie człowieka rozdartego na dwóch kontynentach.

Z anegdotek wspomnę tylko, że chyba wszystkie Chinki mają bzika na punkcie małych zachodnich dzieci. Tym razem w Sopocie jak dziewczyny dorwały się do małej dziewczynki, to nosiły ją na rękach, robiły sobie selfie, a po jakimś czasie nawet dostawały buziaki od dzieciaczka. Generalnie, jak tylko widzą dziecko, do którego mogą podbiec, zrobić sobie zdjęcie i z nim pogaworzyć, to wyglądają jakby się szaleju najadły. Słodkie to ;)!

Na dzisiaj to chyba wszystko, mam nadzieję, że nie zanudziłem. Do następnego!

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline