Press "Enter" to skip to content

Wyprawa do Pingyao i Taiyuan cz. 1 – Muzeum węgla

Dziś cofniemy się do listopada, a mianowicie do czasu, kiedy mieliśmy przerwę w związku ze szczytem APEC, czyli Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku w Pekinie. O samym szczycie i wolnym z nim związanym pisałem już w jednym z poprzednich wpisów. Dzisiaj chciałbym zabrać Was w podróż do prowincji Shanxi (山西), nie mylić z Shaanxi (陕西), a dokładniej do stolicy prowincji: Taiyuan (太原) i miasta Pingyao (平遥). Co w nich ciekawego? W pierwszym właściwie nic, za to drugie miasto… to zupełnie inna bajka. Właściwie to chyba właśnie Pingyao jest moim stereotypowym obrazem Chin, takim z filmów czy książek. I wiecie co? Szczerze mówiąc, to boję się tej relacji… Ale nie uprzedzajmy faktów.

Zaczęło się dość tradycyjnie: wsiedliśmy do autobusów przed kampusem (były trzy różne autobusy, bo były trzy różne autobusy jadące w różne miejsca) i ruszyliśmy w stronę dworca kolejowego. Szybka kontrola paszportowa, chwila przeciskania się przez tłumy i w końcu siedzimy w schludnym pociągu, który wyciąga 200-300km/h. Do samego Taiyuan jechaliśmy jakieś 3 godziny. Po wyjściu z pociągu, naszą grupę przywitała przewodniczka (na zdjęciach w niebieskiej kurtce), która zwracała się do nas ciągle po angielsku, a jakiekolwiek próby nawiązania kontaktu po chińsku po prostu ignorowała. Na dodatek miała dość dziwną manierę mówienia: ciągle wrzucała słowo „yeah”. I tak np.: „And we will go to that city, yeah, and you will see many ancient houses, yeah…”. Na początku było dość zabawnie, ale potem pozostawało tylko odpowiadać „yeah” na każde jej wtrącenie. Już wtedy wiedziałem, że będzie dobrze.

Tak więc, w Taiyuan, bez zbędnych ceregieli zabrano nas na obiad: standardowa restauracja, ale sytuacja już nie do końca: byliśmy zmuszeni jeść przy świeczkach, bo była przerwa w dostawie prądu. Żarcie też nie było może najsmaczniejsze, ale były dwie ciekawe rzeczy: zupa z kawałkami stuletnich jaj, a także jajecznica, która powstała na naszych oczach. Otóż przyniesiono nam gorące, wypolerowane kamyki w półmisku, a następnie dolano do nich rozbełtane jajka. Całkiem efektowna rzecz. Dziwne plastry wieprzowiny w białych bułeczkach na parze były smaczne i rozeszły się chyba najszybciej.

Kolejnym punktem naszej podróży było muzeum. I to nie byle jakie muzeum! Interaktywne muzeum węgla… Brzmi intrygująco? Dla mnie też nie. Pani przewodniczka (specjalna do muzeum) chciała załatwić sprawę szybko, więc przez sale przebiegaliśmy praktycznie bez opowiadania, co mi nawet odpowiadało, bo proces formowania się węgla czy węgiel w różnej formie zbytnio mnie nie interesuje. Po kilku salach byłem już właściwie zmęczony, aż nagle zobaczyliśmy dinozaury, z którymi można było sobie zrobić zdjęcie, co też uczyniliśmy. Następnie weszliśmy do sali kinowej. W Polsce nazywają to kinem 5D (czy też więcej D, w zależności od liczby doznań). Tam obejrzeliśmy kolejny, fascynujący film o tym, jak węgiel powstawał i z czego się składał (tu już tylko napisy chińskie)… Cóż, lepiej bawiłbym się, gdybym był dzieckiem, bo teraz woda pryskająca na twarz czy trzęsące się fotele wrażenia na mnie nie robią, ale domyślam się, że na dzieciakach mogą.

Po filmie zjechaliśmy windą w dół, do „szybu”, gdzie najpierw dano nam kaski z latarkami, a następnie pokazano nam, jak w Chinach wydobywano onegdaj węgiel. Wiem, że nawet obecnie górnicy mają ciężko, ale chyba nie muszą już przywiązywać sobie lamp do czoła i generalnie technologia posunęła się naprzód. Muszę przyznać, że ta część zrobiła na mnie najlepsze wrażenie, którego nie pobiła nawet przejażdżka podziemną „kolejką” (która była cała okratowana, żeby nawet palca nie wystawić na zewnątrz). Na sam koniec mijaliśmy jeszcze chińskie malowidła i modele różnych budynków, na których było oczywiście napisane „NO PHOTOS”… Ale kto by się przejmował, prawda?

Po wyjściu z muzeum nie pozostało nam nic innego jak wsiąść do autobusu i opuścić Taiyuan, które, szczerze mówiąc, wrażenia na mnie nie zrobiło. Może ze względu na aurę (była wyjątkowo podła, początek jesieni, do tego deszczowo), a może ze względu na to, że to po prostu przemysłowe miasto i wiele w nim już nie ma. Warto jednak wspomnieć, że miasto ma dość bogatą historię, a w czasach dynastii Tang było nawet północną stolicą, pod nazwą Beidu (北都).

O tym, co przydarzyło nam się w Pingyao przeczytacie najpewniej w środę, bo we wtorek nie zdążę raczej już nic napisać. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłem i że chociaż zdjęcia zrekompensują trochę tę ścianę tekstu.

Niektóre zdjęcia (te lepszej jakości!) pochodzą od Agnieszki Kucharskiej, na której bloga serdecznie zapraszam: http://smogiemokryci.blogspot.com/ . Dziękuję!

Komentarze

3 komentarze

  1. […] przez przybyszów z prowincji 山西 (Shanxi, tej samej, w której znajdują się Pingyao i Taiyuan z ostatnich wpisów). Do teraz, nazwiskiem praktycznie każdego mieszkańca wioski jest nazwisko 韩 […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline