Press "Enter" to skip to content

Test i pierwsze zajęcia

W pierwszą niedzielę po przyjeździe był wielki dzień. Każdy z nowych uczestników kursu językowego na CYU musiał poddać się procedurze oceny poziomu znajomości języka. W tym celu udaliśmy się do budynku, w którym odbywają się zajęcia, odczekaliśmy swoje w kolejce i po wywołaniu, weszliśmy do sali, gdzie już czekały dwie nauczycielki żądne naszej krwi. No dobra, może nie aż tak.

Zadały mi dwa czy trzy pytania typu „jak długo uczysz się chińskiego” i „czy jesteś studentem?”, więc z komunikacją problemu nie było. Następnie kazały przeczytać kilka dość prostych zdań (znaki raczej znałem, poza kilkoma; u mnie i tak zawsze największy jest problem z płynnością czytania i z czytaniem w tonach, generalnie jestem beznadziejny ze wszystkiego). Po sprawdzianie ustnym, spodziewaliśmy się wejść jeszcze na część pisemną, ale okazało się, że u mnie tego nie potrzeba, a grupa do jakiej mnie przydzielili, pozostać miała tajemnicą do wtorku. No cóż, po bólu.

Należało jeszcze wejść do pań zarejestrować się i uiścić trochę opłat: opłacić ubezpieczenie, kartę kampusową (na której mamy kasę i możemy płacić nią na terenie całego kampusu; wygodna rzecz), kartę miejską (którą doładowujemy za kwotę jaką chcemy i każdy przejazd zżera odpowiednią ilość pieniędzy) i tak dalej.

Wraz z kaucją za akademik (1000元), razem wyszło 1650元. Czyli bez zaskoczenia, bo na tyle kazali się przygotować. Skserowali sobie jeszcze tylko paszport, dali mi wyprawkę: mały informator z serio przydatnymi informacjami (m.in. gdzie jest bank, supermarkety w pobliżu i inne rzeczy); uaktualniony kalendarz akademicki (według którego kończymy semestr tydzień wcześniej, więc 18.07) i tak dalej.

We wtorek stawiliśmy się pod akademikiem, żeby uczestniczyć w oficjalnej inauguracji kursu językowego CYU. Dowiedziałem się, że moim „wychowawcą” została pani Chen (陈) i trafiłem do grupy B2. Nieźle, przynajmniej nie będziemy jechać z chińskim od podstaw. Generalnie wszyscy z naszej szóstki trafili do grup B, podzielono nas jednak po 2 osoby na grupę. W sali rozdano nam jeszcze podręczniki i zaproszono na środę, by zacząć zajęcia. Po rozdaniu podręczników było jeszcze małe oprowadzanie po kampusie i zwiedzanie „muzeum” uczelni, z czego zrezygnowaliśmy i udaliśmy się do stołówki.

Teraz zajęcia. Codziennie zaczynam o godzinie 8.50, co jest czasem dobrym, bo z akademika do klasy mam jakieś 6 minut piechotką, więc na upartego można wstawać o 8.30 i zdążyć. Zajęcia czasowo wyglądają bardziej jak w podstawówce niż na uniwersytecie: niby mamy po 1,5h ale po 45 minutach dzwoni dzwonek i mamy 5 minut przerwy. Drażni mnie to trochę, bo mam wrażenie, że wcale nie pomaga, a tylko dezorientuje.

W każdym razie, zajęcia z tymi przerwami trwają do 12.10, kiedy to mamy przerwę do 14.00 i w tym czasie można skoczyć na obiad czy się przespać. W piątki kończę zajęcia o 12.10 (chyba, że chcę uczestniczyć w zajęciach z kultury, ale to się jeszcze okaże), w inne dni o 15.35. We wtorki mamy jeszcze coś, co nazwane jest „fudao” (辅导), a na nasze: spotkania z chińskimi studentami CYU, podczas których możemy sobie gadać, pomagają nam odrabiać prace domowe itd.

Przedmioty są cztery (nie będę podawał chińskich nazw): konwersacje, listening, kurs podstawowy i… nie, nie pisanie znaków. Powtórki. Przedmiot, na którym powtarzamy to, co zrobiliśmy na innych zajęciach. W porządku rzecz, bo dzięki temu ładnie się wszystko utrwala. Generalnie wykładowcy wydają się w porządku (jeszcze nie znam wykładowcy od słuchania), ale zobaczymy jak to będzie później.

Materiał idzie dość powoli, ale to też dobrze, bo wszystko mocno wałkujemy i powtarzamy konstrukcje gramatyczne. Zaskoczeniem nie jest też to, że wykłady są tylko po chińsku, ale trzeba się szybko przestawić z zajęć w połowie po angielsku w Polsce na całkowicie po chińsku w Pekinie.

W grupie mamy jakieś 13 osób (w momencie kiedy to piszę mamy właśnie 13, ale co chwilę ktoś się jeszcze przepisuje, wypisuje lub dopisuje). Poza mną i Justyną, mamy jedną (dwie?) Rosjankę która jest białego koloru skóry, reszta to Azjaci. Większość Koreańczycy, ale jest też Kazach, Indonezyjczyk, dwóch Tajlandczyków (Tajów?). Była Japonka, ale uciekła. Generalnie towarzystwo wesołe. Trochę odstaję poziomem, głównie mówienia, ale niektórzy siedzą tu już drugi czy trzeci semestr, więc mieli okazję się otworzyć i zacząć gadać. To dopiero przede mną.

Jest czwartek, ja zrobiłem pracę domową, dopisałem też trochę znaków (które były pracą domową dla drugiej grupy, ale nam jeszcze nie zadała: pewnie zada jutro, a ja sprytnie będę już miał zrobione), a teraz piszę ten wpis. Mam nadzieję, że poza tym, nie napiszę już więcej niż dwóch „na sucho”, tj. bez połączenia z Internetem i bez jakiegokolwiek odbiorcy. Zobaczymy.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline