Press "Enter" to skip to content

Na południe od gór pośród chmur – Junnan #7 – W kierunku pól herbacianych

Zasiedzieliśmy się w Dali kilka dni, ale miasto i jego klimat było tak urocze, że żal było wyjeżdżać. Żal było opuszczać też naszych gospodarzy – Li Weja i jego rodzinę, bo byli naprawdę kochani. Sugerowali nam opóźnienie wyjazdu o ten dzień czy dwa, ale nas wzywała przygoda, więc po szybkich wspólnych zdjęciach byliśmy znowu na trasie.

Nasi gospodarze – rodzice i babcia Li Weja (w stroju mniejszości Bai)

Ewakuacja z Dali

Autostrady zostały otwarte na cały tydzień noworocznego okresu. To dobrze rokowało dla nas, bo przecież darmowe autostrady to więcej ludzi poruszających się nimi. Stanęliśmy na bramkach i czekaliśmy, przepełnieni entuzjazmem i wypiekami na twarzach.

Spodziewana największa zaleta otwartych autostrad okazała się jednocześnie ich największą wadą – szlabany były podniesione, więc samochody szybko przemykały bez żadnego zatrzymania się przy dwójce biednych białasów machających kciukami. Wydawało się wręcz, że nas nie zauważają. Ale my się przecież nie poddajemy! Co to to nie my, my Bolanreny [Polacy] jesteśmy i łatwo się nie damy!

Plan na dziś był taki, by dostać się do Pu’Eru. Tak, to tam, skąd pochodzi ta herbata. Trasy były dwie – albo przez Lincang (prawie 600 km), mniejszymi drogami, albo właśnie autostradą najpierw na Kunming, a potem dopiero na Pu’Er (700 km). Odległość była dość spora, ale ze względu na wczesną godzinę i dużo samochodów, byliśmy dobrej myśli.

Po kilkunastu minutach siedzieliśmy już w samochodzie. Dość starym i zdezelowanym, wraz z trzema jegomościami, którzy ciągle kopcili papierosy. No, ale przecież ich samochód, ich wolność… Chłopaki puszczali całkiem niezłą muzykę, do tego jechali do Kunmingu na jakieś zawody motocyklowe.

Połowa naszej planowanej trasy minęła jak z bicza strzelił – to przysnąłem ja, to przysnęła Ola. Kierowca z kumplami obdarowali nas wodą, żebyśmy nie umarli z pragnienia (w samochodzie było dość ciepło, wręcz gorąco) i wio. Wylądowaliśmy w Kunmingu. A raczej jeszcze na jego przedmieściach. Ja bardzo nie chciałem wbijać się w miasto, Ola z resztą też. Z miasta przecież ciężko się wydostać. Postanowiliśmy więc pojechać zachodnią stroną jeziora Dian Chi, autostradą.

Jeśli już o jeziorze mowa (to już trzecie miasto, które znajduje się na wielgachnym zbiornikiem wodnym, po Lijiangu i Dali), to nie jest to byle jaka sadzawka. Kojarzycie jezioro Śniardwy na Mazurach? Jest to największe jezioro w Polsce, ma 113 km2 powierzchni. Weźcie je sobie teraz pomnóżcie prawie przez trzy, tak do 298 km2. No, to właśnie tak wielkie jest Dian Chi. Samo 滇 (dian) jest z resztą skrótem na nazwę prowincji Junnan. Robi wrażenie, nie?

Trudna sytuacja w Kunmingu

Wysiedliśmy na skrzyżowaniu kilku dróg – można było spodziewać się, że to idealne miejsce do rozpoczęcia kolejnego odcinka naszej podróży. Po połowie godziny zorientowaliśmy się, że nie dość, że samochodów jadących autostradą „nadmorską” jest bardzo mało, to większość jedzie tylko w okolice jeziora. A my chcieliśmy przejechać kolejne 400 km na południe, do Pu’Eru. Było niedługo po południu, chyba jakoś po drugiej, więc plan wcale nie był jakiś niemożliwy do zrobienia. Ale transportu dalej nie było.

Postanowiliśmy przejść się ekspresówką dalej na południe, do kolejnego rozwidlenia – może tam będą jakieś samochody? Trochę się strachałem – w końcu oficjalnie jest zakaz. Nawet minęliśmy jeden radiowóz, ale totalnie nas zignorował. Po kilkunastu minutach wędrówki musiałem ściągnąć kurtkę – obciążenie dawało się we znaki, a i temperatura sporo różniła się od Dali, czy Lijiangu. W końcu zatrzymaliśmy samochód, który podrzucił nas kilka kilometrów dalej. I następny, który zjechał z drogi ekspresowej i wysadził nas przy bramkach na autostradę.

Widok przy bramkach był uroczy – pełno starszych kobiet sprzedających truskawki i borówki. Ale my się spieszyliśmy i nie byliśmy ani trochę głodni. Po chwili zatrzymuje się samochód, wygląda dziewczyna i mówi po angielsku: „Hej, w Chinach taksówki nie zatrzymuje się kciukiem, a trzeba jej pomachać – robicie to źle.” – no dzięki wielkie za pomoc. Tyle, że my… Ech, szkoda było aż tłumaczyć więc tylko się uśmiechnęliśmy i podziękowaliśmy za radę.

Chińczycy nie rozumieją idei autostopu. Wiele razy słyszałem już pytanie w stylu „dlaczego stoicie na ulicy i tak podróżujecie? Nie łatwiej po prostu wsiąść w pociąg albo lecieć samolotem?”. Nie przemawia do nich w ogóle to, że autostop jest po prostu… Trochę bardziej ekscytujący niż normalne środki transportu. Za pierwszym czy drugim razem mogłem jeszcze o tym pogadać, ale takie rozmowy prowadzą praktycznie do nikąd. Chyba nikt mi nigdy nie przyznał racji, ani nawet nie skinął ze zrozumieniem. Rozmowa zawsze kończyła się lekkim rozczarowaniem na twarzy rozmówcy. Pewnie w ich oczach jestem tym włóczęgą, który nie potrafi korzystać z zalet obecnych środków transportu.

Po kilku takich krótkich skokach dotarliśmy do miasteczka Jinning. Robiło się już dość późno, a my musieliśmy dostać się jeszcze do kolejnej autostrady prowadzącej już prosto na miejsce docelowe. Przeszliśmy dobre kilka kilometrów i powiem, że czułem się jakbym był w opuszczonym mieście. Ludzi było naprawdę mało. Może to te miasta-widma, może po prostu wszyscy wybyli w podróż na Nowy Rok. Nie wiem, w każdym razie średnio to wspominam.

Idąc za mapą tam, gdzie powinny być wjazdy na autostradę okazało się, że żadnego wjazdu nie ma. Ba, autostrada leci nad drogą i nie ma jak na nią normalnie wejść. Ola uznała, że musimy znaleźć dziurę w ogrodzeniu i po prostu się na autostradę wspiąć. Szczerze mówiąc, to już mi się nie chciało. Słońce i horyzont dzieliła coraz mniejsza odległość, a my znaleźliśmy się pośród cieplarni. Cieplarni, w których hoduje się róże.

Kupując w Chinach kwiaty, często są one zapakowane w taką elastyczną siateczkę. Nie wiem po co to jest – żeby uchronić płatki przed zniszczeniem, czy co? Zawsze myślałem, że zakłada się takie coś już po ścięciu kwiatów. A tu nie, siateczkę zakłada się na mały pączek i róża w ten sposób się rozwija. Lubię te chińskie róże – ciastka z nadzieniem z róży są przepyszne. Niby jest to przysmak z Junnanu, ale słyszałem, że nie został stworzony przez ludzi rdzennie mieszkających na tym terenie. To Chińczycy z północy (znani z głowy do interesów) wymyślili sobie taki „tutejszy przysmak”, na którym możnaby zbić fortunę. I faktycznie, tak właśnie jest do dzisiaj. Polecam każdemu.

„Ola, wróćmy do Kunmingu, przenocujmy i jutro pojedziemy na południe już autobusem” – jęczałem i psioczyłem. Ale Ola nie dawała za wygraną. „Dawid, nie gadaj tylko wspinamy się na autostradę, na pewno coś jeszcze znajdziemy!”. Mi serio się już nie chciało, ale znaleźliśmy w końcu wyrwę w ogrodzeniu i postanowiliśmy wgramolić się na górę przez chaszcze. Najpierw Ola, potem ja. Nagle się pośliznąłem i już prawie zjechałem na dół, ale złapałem równowagę, gapię się w te patyki… I od razu całe zmęczenie i irytacja ze mnie zeszła. „OLA, PATYCZAK” – krzyknąłem. Ucieszyłem się jak małe dziecko widząc patyczaka w naturalnym środowisku. Jej, byłem tak podekscytowany, że wspominam go do teraz. Tylko zdjęcia zapomniałem mu zrobić…

Po krótkiej wspinaczce byliśmy na szczycie. Jeszcze tylko hyc przez te kilka pasów, barierkę oddzielającą dwa kierunki (niestety, po drugiej stronie płot był nienaruszony) i możemy łapać stopa. Tylko, że robiło się ciemno, a my nie mieliśmy nawet odblasków. Nie mówiąc już o tym, że na autostradzie się przecież raczej grzeje, a nie patrzy na drogę czy nie ma zbłąkanych autostopowiczów. Ale to nic, uznaliśmy, że póki jeszcze nas widać, to jest OK i chyba nikt nas nie zabije. Tyle, że nikt się nie zatrzymywał.

Ratunek

Wnet na moście jakieś dwieście metrów od nas stanął samochód, a kierowca wysiadł i zaczął robić zdjęcia. Myśleliśmy, że może zatrzymał dla nas, ale nie machał, nic. Postanowiliśmy spróbować mimo to – skoro się zatrzymał i jechał na południe, to przecież równie dobrze może nas wziąć. Sama wstępna rozmowa była dość zabawna. „Czy może nas pan stąd zabrać?” – spytaliśmy. „A dokąd chcecie jechać?” – odrzekł. Nam było właściwie wszystko jedno, byle na południe. „Jadę do Jincheng” – wymamrotał, ale nie mogliśmy zrozumieć. Na mapie też nie potrafił nam pokazać. Pinyinu (transkrypcji fonetycznej używanej do zapisu chińskiego „literkami”) nie znał, a my nie mogliśmy znaleźć znaku. Ale uznaliśmy, że lepiej jechać z nim niż stać bezczynnie, zawsze to trochę dalej, z dala od tej pechowej miejscówki.

„W sumie to nie zatrzymałem się dla Was. Robiłem zdjęcia na tym moście po prostu. Pierwszy raz jadę autostradą, bo teraz za darmo… Jadę znajomego odwiedzić. Z synem. Patrzcie, tu mam pyszne napoje z tyłu, częstujcie się.” – mówił lekko poddenerwowany – „Właściwie to nie wiem nawet jak tam dojechać” – kontynuował, gdy mijaliśmy zjazd do naszego miejsca docelowego. Gadało się miło, więc uznałem, że nie będzie źle. Ale po jakichś dwudziestu kilometrach i kierowca zaczął się niepokoić. Uznał, że zjedzie pierwszym zjazdem, a potem zadzwoni po znajomych do których jedzie, żeby po nas przyjechali, bo zabłądził na prostej drodze. Nie chciał mnie posłuchać, że wystarczy zawrócić i zjechać pierwszym w prawo.

„W sumie to wątpię, żeby mój znajomy pozwolił Wam u niego przenocować. Ale spytam, czy możecie dołączyć do nas, żeby zjeść kolację, jeśli chcecie” – mówił. My nie chcieliśmy odmawiać, był bardzo szczęśliwy, że może nam pomóc. W końcu rzuciliśmy pomysł, że możemy nawet przenocować w jego aucie, byle nie pod chmurką, bo było ciepło.

Spokojny wieczór

Podjechał znajomy, szybka konwersacja i komunikat dla nas – „Niestety, zjeść z nami nie dacie rady, bo nie jedziemy do niego, tylko do jeszcze innej osoby. Ale podrzucimy was do hotelu. Takiego nie za drogiego, ale będziecie mieli dobrze”. Nam to w sumie odpowiadało, nie chcieliśmy się obcym ludziom zwalać na głowę. Wróciliśmy na dwa samochody po autostradzie, wysiedliśmy przed niewielkim hotelem. Okazało się, że kobieta chciała 70 yuanów za noc. Ola stargowała jeszcze kolejne 10, więc za 15zł za noc mieliśmy cudowne warunki. Zwłaszcza ja się cieszyłem, bo miałem całe wyrko dla siebie, po kilku dniach spania na sofie.

 

 

 

 

Wyszliśmy jeszcze na kolację – szybki hot-pot syczuański. Paliło w ryjek, ale ja to lubię. Zdziwiło mnie tylko to, co kobieta przyniosła dodatkowo – małe puszki. Były zbyt małe, żeby był w nich napój. Otwieramy, a płyn wydaje się dość gęsty. Szybkie spojrzenie na etykietę rozjaśniło sytuację – to olej sezamowy. Ponoć po takim dodatku żołądek nie cierpi aż tak bardzo z powodu przedawkowania kapsaicyny znajdującej się w ostrej papryce.

Szybki spacer po mieście i rekonesans – była restauracja z mięsem psa. Niestety zamknięta, więc znowu nie udało mi się skosztować. Było miejsce masażu, gdzie masowały ponoć trzy dziewczyny… Jakoś nie wszedłem. Było pełno małych sklepików i sklep z maszynami do majianga (mahjonga)… Właściwie to taka typowa chińska prowincja. I dużo petard. Kupiliśmy po piwku, wykąpaliśmy się i szczęśliwi mogliśmy iść spać, żeby mieć siłę na następny, trudny dzień.

Z facetem od ostatniej podwózki mam kontakt do teraz. Jeszcze tamtego wieczora pisał do nas i wrzucał różne fotki z tego jak bawi się ze znajomymi na karaoke. W sumie to normalne – widać, że facet nie za bardzo opuszcza swoją rodzinną miejscowość Chuxiong… Co było nienormalne to to, że któregoś dnia zobaczyłem, że udostępnił nowy post na swojej tablicy, a w nim… Moje zdjęcia z dzieciństwa, które wrzuciłem kilka tygodni wcześniej. Ale też ok – upubliczniłem, on skopiował i wrzucił z podpisem „Dziecięce lata Dawida” – może chciał się pochwalić przed znajomymi. W sumie to bardzo słodkie. Ale też creepy.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline