Press "Enter" to skip to content

Wiosna na całego!

Dzień dobry wszystkim!

Znowu dawno nie pisałem, ale ten tydzień zleciał nam jakoś tak szybko, że nawet nie miałem kiedy. A w poprzedni weekend, wstyd się przyznać, ale trochę musiałem się wyleczyć po piątkowym wyjściu do restauracji i późniejszym afterparty. Wszystko kwitnie, więc byłem też w parku, ale dość późno, więc szybko się ściemniło i nie było jak porobić zdjęć. Ale kilka mam.

 

 A w niedzielę byliśmy w pekińskim zoo. Nie pisałem nic, bo praktycznie nie ma o czym: największa atrakcja, czyli pandy, po prostu była słabo wyeksponowana (że też się miśkom zachciało spać!), a reszta zwierząt jest mocno wystraszona tysiącami ludzi i nie wygląda to wszystko za dobrze. Najbardziej było mi szkoda słoni w niewiele większych od nich klatkach. No, ale kilka zdjęć mi się podoba, więc możecie sobie zerknąć. Generalnie było upalnie i dobrze, że pojechaliśmy tam z samego rana, bo koło południa zrobiły się już dzikie tłumy i powoli trzeba było się ewakuować.

 

 

Co na zajęciach? Niewiele, ostatnie dni mam jakoś tak senne, że czasami wręcz przysypiam. Nie wiem dlaczego, bo zdarza się to przy różnej pogodzie, a ostatnio mamy serio jakieś zmiany: albo wielki smog, albo upał, albo słońce i taki wiatr, że bez kurtki raczej nie powinno się wychodzić. Jak dzisiaj.
A dziś? Piękne słońce świeciło, więc założyłem sandały, krótkie spodnie i T-shirt. Po zajęciach mieliśmy jechać do parku 北海公园 (Beihai Gongyuan) trochę pozwiedzać, a przy okazji zrobić jakieś tam rzeczy w celu poćwiczenia naszego chińskiego. No i pojechaliśmy. Wszystkiego, co mieliśmy zrobić, nie zrobiliśmy, a ja czuję ogromny niedosyt, bo tylko przemykaliśmy przy tych wszystkich zabytkach i pięknych miejscach, a ja nie zdążyłem cyknąć tylu fot ile bym chciał. Ale kilka wrzucę, jako zapowiedź jednej z kolejnych notek, bo na pewno jeszcze się tam wybiorę.

 

 

Po wyjściu z parku, wszyscy uznali że są głodni, więc zebraliśmy się w mniejsze grupki i złapaliśmy taksówkę. Same taksówki to też jest materiał na osobny wpis, ale może poczynię go dopiero jak trochę nimi pojeżdżę i już wszystko będę wiedział, bo dzisiaj był pierwszy raz. W każdym razie: jest niedrogo i dość szybko, a zawsze to lepsze niż jechać metrem czy autobusem i potem błądzić. Tym bardziej, że restauracja, do której chcieliśmy jechać, była po środku wielkiego pola wyburzeniowego. Czułem się zupełnie nie jak w Pekinie, a jak w jakichś slumsach. Z resztą, zobaczcie zdjęcia.

 

W samej restauracji już normalnie: rozsiedliśmy się przy złączonych stolikach, zamówiliśmy żarcie i czekaliśmy. Po chwili kelnerka zaczęła przynosić drobne przystawki, w tym chyba najbardziej znaną (oczywiście zainteresowanym) koreańską potrawę: kimchi czyli kiszona/marynowana kapusta na ostro. Do tego alkohol. Pierwszy raz widziałem podany w ten sposób: ta brązowa miska z chochelką to właśnie alkohol. A to co pływa w środku, wbrew moim obawom, nie było niczym paskudnym typu ryż w wódce, a tylko mocno skruszonym lodem. Swoją drogą: bardzo mi zasmakował ten alkohol, smak kojarzy mi się z jakąś gumą balonową czy czymś. A pije się go ze sporych blaszanych czarek.

 

Potem podano wieprzowinę z całą górą innego kimchi. Po poinstruowaniu mnie „jak to jeść” i małej pomocy (nadal w niektórych sytuacjach nie radzę sobie najlepiej z pałeczkami, tym bardziej takimi płaskimi) ze strony koleżanki, można było zacząć degustację. I powiem, że było całkiem smacznie! Drugim daniem były warzywa z mięsem. Zabawne jest to, że nie były przygotowywane w kuchni, tylko kelnerki przyniosły wszystko na osobny stolik, postawiły na gazowych podgrzewaczach i same zaczęły nad tym majstrować. A potem postawiły na podgrzewaczach na naszych stołach i mogliśmy obsłużyć się sami.

 

Jako wielki fan pikantnej kuchni, wcinałem aż mi się uszy trzęsły, ale po jakimś czasie musiałem zapijać sporymi ilościami alkoholu, bo faktycznie zaczęło palić. A kiedy większość już zjedliśmy, dodaliśmy do tego ryż i jeszcze raz podgrzaliśmy i mieliśmy mocno ostry ryż z pozostałymi składnikami. Pychotka.
Jeśli ktoś jest ciekaw ceny takiej uczty: wyszło 48 yuanów od osoby. To daje mniej więcej 24 złote. Za alkohol, przystawki i dwa dania. Chyba rozsądna cena, prawda? Po obiedzie rozdzieliliśmy się: mnie bolała głowa więc wraz z kilkoma innymi osobami ruszyliśmy taksówką do akademika, a reszta pojechała do pubu. Ale nic straconego, bo jutro też mamy w planach jakieś wyjście wieczorem. A przed tym chcemy jechać do parku 香山 czyli, notabene na Pachnące Wzgórza, więc możecie spodziewać się jakiegoś wpisu stamtąd.
Tymczasem kończę bo robi się późno.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline