Press "Enter" to skip to content

Wizyta w kampusowym szpitalu

Proszę wyobrazić sobie sytuację:

Trochę umyślnie zaspałem na pierwsze zajęcia, więc
postanawiam iść na drugą połowę (tę po pierwszej przerwie).  Współlokator nadal w łóżku, bo po co chodzić
na lekcje, skoro można w tym czasie smacznie spać? Nieważne, nie patrzę na
niego, zbieram się i wychodzę.
Na schodach spotykam Jorge’a, chłopaka z Wenezueli (a jakże,
mamy takich trzech rodzynków w akademiku). Wygląda, jakby zaraz miał umrzeć:
blady, co przy jego latynoskiej karnacji wygląda dość przerażająco, każdy krok
wydaje się być wielkim wysiłkiem. Pytam gdzie idzie: „Do lekarza. Od kilku dni
ledwo żyję”, odpowiada. Proponuję, że z nim pójdę. „Dzięki wielkie, Carlos też
ma iść, ale Ty lepiej gadasz po chińsku, więc jeszcze lepiej jak się
przejdziesz z nami.”, rzuca.
Na schodach spotykamy jeszcze jedną dziewczynę, która bardzo
nie lubi chodzić na zajęcia. I Chin ogólnie, ale nie siedzi tu ze swojej woli
tylko z powodu ambicji swoich rodziców, więc to trochę zrozumiałe. Taką ekipą
ruszamy do przychodni na terenie kampusu. Daleko nie jest, więc po kilku
minutach marszu trafiamy na miejsce.
Pierwsza rzecz, jaką trzeba zrobić, tak jak w każdym chyba
kraju: rejestracja. Podchodzimy do okienka, zaczynam mówić, że kolega źle się
czuje i chce, żeby lekarz go przebadał. Pani pyta o jego chińskie imię (a
jakże, wszyscy muszą mieć swoje). Nie może zrozumieć tego, co chłopak do niej
mówi, więc podsuwa karteczkę i mówi, żeby napisał. I do tego jeszcze wiek.
Zwraca karteczkę, pani wbija dane do komputera i mówi „dobra, to teraz trzeba
zapłacić 3元”. Za co? Niezbyt wiem, chyba za wizytę. Podczas
oczekiwania, rzucił nam się jeszcze w oczy stojak z prezerwatywami. Elegancko
poustawiane pudełeczka, jak mała witryna sklepowa. Trochę pusto, widocznie
egzaminy się pokończyły to i libido Chińczykom wzrosło. Po chwili kieruje nas
do lekarza, który już czeka.
Wchodzimy we czwórkę do gabinetu (drzwi otwarte na oścież
przez cały czas wizyty, co chwilę ktoś wchodzi lub wychodzi. Lekarz zaczyna
mówić po angielsku. „Dobrze, będzie łatwiej”, myślę. No i okej, rzuca podstawowe
pytania: „Co się dzieje?”, „Masz kaszel?”, „Boli cię gardło?”, „Masz katar?”.
Kolega na wszystko odpowiada: gardło boli nawet jak nie przełyka, czuje się
mocno osłabiony, nie ma kaszlu i kataru. Następnie rozmowa wygląda tak:
– No dobrze, to proszę otworzyć usta. – Pan z odległości
dobrego metra zerka w gardło chorego. – Nic nie ma. Ma pan kaszel? Ekhu, echu –
facet udaje kasłanie, żeby było jasne, że o to pyta.
– Nie mam.
– Hmm, dziwne. No ale okej, przepiszemy panu leki. Ma pan katar
albo kaszel?
– Nie mam.
– Kolega czuje się strasznie źle, nie ma kataru, nie ma
kaszlu, ale bardzo boli go gardło. – włączam się do rozmowy i mówię po chińsku.
Wtedy do pana chyba powoli zaczyna docierać. Wyciąga jeszcze
z szuflady stetoskop i osłuchuje pacjenta. Zaczyna wystukiwać w swoim
komputerku lekarstwa. Prosi jeszcze o potwierdzenie czy to na pewno imię
kolegi. W międzyczasie ja klepię kumpla po ramieniu i mówię „Koleś, Ty nie masz
gorączki przypadkiem?”. Wtedy lekarz robi wielkie oczy: „Masz gorączkę?!”.
Kumpel tłumaczy, że ostatnio miał, więc może i teraz trochę ma. Dostaje jeden z
dostępnych na biurku termometrów i dokładną instrukcję: „Proszę włożyć to pod
pachę, tak, żeby dotykało ciała. Na pewno nie masz kataru?”.
W tym czasie wpada jakaś druga lekarka, zaczynają sobie o
nas rozmawiać, pytają skąd jesteśmy. Mówią, że dziewczyna (Australijka) jest
bardzo ładna, na co ta tylko odwraca wzrok i nawet nie ukrywa swojego
wkurzenia. Potem lekarze gadają między sobą, że w naszym akademiku chyba
niedużo jest ludzi naszych narodowości. „Najwięcej to chyba tych Kazachów, co?”.
Po jakimś czasie kumpel wyciąga termometr, okazuje się, że
ma 37,3 stopni, nie tak źle. Lekarz już ostatecznie przepisuje lekarstwa, mówi:
„Dobrze, to teraz musicie iść do apteki i je kupić, a potem tutaj wróćcie, to
wytłumaczę wam jak je brać.”. Pytam, o jaką aptekę chodzi. Doktor uznaje, że
nas zaprowadzi. Okazuje się, że apteka to okienko przy recepcji. Najpierw
płacimy w recepcji: trochę ponad 40元. Nie tak źle, jak za trzy lekarstwa.
Odbieramy leki w „aptece” i wracamy do lekarza.
„No dobrze, to teraz tak: wszystkie te leki zaliczane są do
tradycyjnej chińskiej medycyny. Pierwszy jest lekiem medycyny tradycyjnej
proszę zażywać 3 razy w ciągu dnia po 3 tabletki. Drugi też jest tradycyjnym
chińskim lekiem, będzie go pan zażywał w celu zabicia bakterii w pańskim
gardle. Trzy razy dziennie proszę psiknąć u podstawy języka. Ostatni to też
tradycyjna chińska medycyna, sprawi, że poczuje się pan lepiej. Trzy razy
dziennie po pięć tabletek.” – facet w trzech zdaniach serio użył cztery razy „traditional
Chinese medicine”, widocznie są z tego bardzo dumni. No, ale skoro mają swoją
medycynę (inną od naszej, „konwencjonalnej”, „zachodniej”), to się nią szczycą.
Odprowadziłem jeszcze chłopaka do akademika i sam poleciałem
na zajęcia. Była to moja pierwsza wizyta w przychodni, ale niespecjalnie tutaj
choruję, więc mam nadzieję, że nie będę musiał w tym przybytku pojawiać się
zbyt często.
To tyle na dzisiaj. Jutro z samego rana wyjeżdżam nad morze
do 北戴河 – Beidaihe. Jeśli uda mi się napisać notkę przed wyjazdem,
to ustawię, żeby ukazała się na blogu jutro. Jeśli nie, to przepraszam Was
najmocniej. Do usłyszenia!

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline