Press "Enter" to skip to content

Włócząc się pośród lodowych figur

Był mroźny, styczniowy poranek, jeszcze dość wcześnie, bo w przeddzień ustaliliśmy, że jedziemy do 龙庆峡 (Long qing xia), pięknego wąwozu, do którego większość ludzi wybiera się latem. Jest tam sporo wody, można wynająć łódkę i cieszyć się upałem nad wodą, a nie pośród wieżowców. Dlaczego więc my podjęliśmy decyzję, żeby jechać tam zimą? Prosta sprawa: chcieliśmy (ja, Congmei i Kyujin) zobaczyć chociaż namiastkę festiwalu lodowych świateł w Harbinie, do którego nie było nam akurat dane pojechać.

Po szybkim śniadaniu kupionym na wynos (moje ukochane placki i gotowana kukurydza), ruszyliśmy w drogę. I to nie byle jaką: podróż w jedną stronę trwała jakieś dwie godziny, a przesiąść się musieliśmy ze trzy razy. Przecież nie wszystkie autobusy jadą na przedmieścia Pekinu. Przy trzeciej zmianie pojazdu, mogliśmy odpocząć trochę dłużej. Ten jechał akurat dobrą godzinę bez przystanku.

Co zaskoczyło nas na przedmieściach? Przepiękna pogoda. Powietrze było przejrzyste, a to rzadko się zdarza, chociaż ta zima i tak była dużo lepsza od tego, co zapamiętałem po przyjeździe do Pekinu po raz pierwszy. Wysiedliśmy, poszliśmy na kolejny przystanek i znowu wsiadamy. Ten autobus jedzie już prosto do wąwozu. Na pokładzie, siedziała skierowana do nas twarzą mała dziewczynka z mamą. Najpierw przyglądała mi się bacznie, po czym wskazała na mnie palcem i powiedziała do mamy, z widoczną ekscytacją: „妈妈,外国人!”, co znaczy tyle co „mamo, obcokrajowiec!”. Kyujina (który jest Koreańczykiem) tak ten fakt rozbawił, że od tego czasu, za każdym razem jak tylko mnie mijał np. na stołówce, wykrzykiwał „o, obcokrajowiec!”. I chyba do teraz mu się nie znudziło, bo nawet na Facebooku wrzuca mi komentarze o takiej treści.

Nasza ostatnia już przesiadka polegała na wejściu do małego pojazdu (ni to samochód, no to melex) i podjechaniu tych dwóch kilometrów do wąwozu. Na miejscu przed bramą kupiliśmy bilety (z legitymacją studencką tylko 70元 zamiast 100). Za bramą trochę dość tandetnych rzeźb z gipsu i materiału przedstawiających zwierzęta lub chińskich bożków. Wrażenie robiło jednak zamarznięte jezioro pod nami. Co jeszcze? Ano ogromna rzeźba przedstawiająca koziołki. Czemu koziołki? Jeśli jeszcze nie wiecie, to mamy właśnie rok kozy (lub owcy, jak kto woli: dla Chińczyków to jest ten sam gatunek zwierzęcia, tylko rasa inna. Na tej samej zasadzie jak Yorkshire Terrier i Owczarek Niemiecki są psami).

 

 

 

 

Potem zaczęliśmy już mijać tylko kolejne rzeźby wykonane z lodowych bloków. Były butelki alkoholu, znowu koziołki, a wejścia do hali, w której odbywała się wystawa wszystkich lodowych figur, pilnowały lwy chińskie (zwane też psami Fo). Takie same, ale z kamienia, można zobaczyć chociażby w Zakazanym Mieście.

Po chwili weszliśmy do środka. Naszym oczom ukazały się niezliczone ilości lodowych posągów, podświetlane kolorami tęczy: niektórych kształtów nie jestem w stanie zgadnąć do teraz. W międzyczasie dowiedziałem się też, że Pekin jest kandydatem do zostania miastem-gospodarzem podczas Olimpiady Zimowej w 2022 roku. W sumie całkiem miła sprawa, miasto wypiękniałoby jeszcze bardziej: ponoć na Igrzyska Olimpijskie w 2004 roku sadzono drzewa, upiększano ulice i generalnie poprawiła się estetyka miasta. Szkoda tylko, że niektóre obiekty przez te 11 lat zdążyły już zamienić się w ruiny…

Mamy więc sporo zimowych motywów: snowboard, dzieciaki na sankach, znicze olimpijskie. Z drugiej strony mamy też motywy typowo chińskie: architektura, smoki i wszystko inne, co może kojarzyć się z Chinami. Najbardziej zaskoczyła nas jednak druga sala, w której wystawiał się jakiś uniwersytet z Korei (przepraszam, nie napiszę nazwy po koreańsku): był domek z małymi, lodowymi figurami w tradycyjnych strojach koreańskich, a na ścianie ogromna „płaskorzeźba” w kształcie szat tegoż kraju. Kyujin był wniebowzięty. Na samym końcu do zobaczenia była przepiękna „jaskinia” przyozdobiona lodem (a jakże!). Nie żałowałem ani chwili, którą tam spędziliśmy, a łaziliśmy dość długo.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niestety, po jakimś czasie nawet ja zaczynałem tracić czucie w palcach u stóp, więc trzeba było się ewakuować na słońce (które i tak niewiele pomogło). Do teraz zastanawiam się, skąd wybierano, lub jak produkowano lód do produkcji tych rzeźb: przecież one były przejrzyste jak woda, a lód rzadko kiedy jest tak czysty… No nic. W drodze powrotnej postanowiliśmy iść na piechotę, bo droga, którą pokonaliśmy tym małym pojazdem wcale nie była jakaś długa. Na drodze natknęliśmy się jeszcze na postacie z Wędrówki na Zachód, jednej z czterech klasyków chińskiej literatury, a potem jeszcze na zamek zbudowany z lodu. Cóż, okalał on malutką chatkę, która wyglądała na niezamieszkałą. A na moście… wysypana kukurydza. Dlaczego? Ponoć, żeby ją ususzyć. Nie znam się, może jest to jakiś sposób.

Po powrocie byliśmy już konkretnie zmęczeni, ale uznaliśmy, że miło byłoby coś wspólnie ugotować. Kyujin zrobił mięso w ostrym sosie z cebulą, ja hiszpańską tortillę, a Congmei swoje popisowe danie: ryż w ananasie (w czwartek będę starał się samodzielnie odtworzyć tę potrawę, wtedy może nawet zamieszczę nań przepis). Biedulka po naszej wyprawie się tylko rozchorowała i miała prawie 40 stopni gorączki, a następnie nastraszyła mnie, pisząc, że dostała w szpitalu „transfusion”. Miała na myśli kroplówkę. „No przecież to taka transfuzja, że dają ci lek do żyły”… Cóż, fajnie.

 

 

Na dzisiaj to wszystko, mam nadzieję, że zdjęcia się podobają i nie zanudziłem Was tą opowieścią. Trzymajcie się ciepło!

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline