Press "Enter" to skip to content

Woodstock. Brudstock?

Dla niezorientowanych, czym Woodstock w ogóle jest (są tutaj tacy? szczerze wątpię, no ale), wspomnę tylko, że jest to największy chyba w Polsce festiwal muzyczny organizowany przez Jurka Owsiaka co roku, zazwyczaj na przełomie lipca i sierpnia. Ma wielu przeciwników, ale chyba jeszcze więcej zwolenników. Ja sam należę do tej drugiej grupy, ale o tym później.

Już od małego słyszałem, że gdzieś w Polsce jest taki festiwal (wtedy nawet nie wiedziałem, że nazwę wziął od Festiwalu w Woodstock  z 1969 roku). W mediach zazwyczaj mówiono tylko o tym, że ludzie biorą tam narkotyki, piją hektolitry alkoholu, uprawiają nierząd i generalnie, co roku w mojej ojczyźnie dochodzi do tak dantejskich scen, że gorzej być nie może. Ale wiadomo: nastolatek chce spróbować wszystkiego, więc kiedy podrosłem trochę i rodzicielka w końcu pozwoliła, zabrałem się z całą ekipą z mojej rodzinnej miejscowości do Kostrzyna nad Odrą, żeby zobaczyć czy naprawdę jest tak paskudnie, jak to opisują w mediach. W 2010 byłem na festiwalu po raz pierwszy, w tym roku po raz czwarty (miałem dwuletnią przerwę). Myślę, że przez te kilka wizyt pozwala mi wyrazić swoje zdanie: już nie świeżaka, ale też nie starego wyjadacza, który pod sceną w pogo zjadł zęby.

Impreza w pociągu

Zacznę od tego, co widzę co roku, już w podróży. Zazwyczaj jeździliśmy dużą gromadą (około 20 osób, albo nawet więcej), z kilkoma przesiadkami: bo było taniej, bo luźniej w pociągach, które nie były specjalnymi, festiwalowymi składami. W tym roku pojechała nas tylko trójka: ja, moja siostra i kolega. Reszta ruszyła samochodami, bo była okazja, bo było taniej (pociągi bez legitymacji studenckiej nie są już takie opłacalne). Zmieniła się nie tylko liczba osób w ekipie, bo i nasz sposób na dotarcie: tym razem pojechaliśmy specjalnymi liniami uruchomionymi z okazji festiwalu.

DSC_0273

I nie ma co ściemniać: co roku było tak samo- większa lub mniejsza trzoda. Z początku zawsze jest dość spokojnie, bo trzeba dojechać tam, gdzie wsiada większość woodstockowiczów, ale potem… No cóż, Ameryki nie odkryję, jeśli napiszę, że tak zakręconych ludzi nie widzę nigdy nigdzie indziej. Wszystkie subkultury na raz: są punki, są metale, goci, hip-hopowcy czy nawet bronies [fani Kucyków Pony]. Taka mieszanka może wydawać się dość wybuchowa. Ale szczerze? NIGDY nie widziałem niczego, co wyglądałoby chociaż na jakieś agresywne zachowania. Tak, jest alkohol, są inne substancje rozweselające, ale nikt nie jest do nich zmuszany, a i ludzie nie załatwiają sobie ich w pociągu, tylko biorą ze sobą, ze swoich rodzinnych miast.

Droga upływa więc w rytm muzyki granej na gitarach, harmonijkach ustnych czy ogromnych tubach, których nazwy nie znam. Towarzyszy temu zapach alkoholu, a konduktorzy w większości radośnie przymykają na to oko. Dlaczego? Bo musieliby wyrzucić 90% ludzi z pociągu, gdyby mieli przestrzegać swoich regulaminów. Ale w gruncie rzeczy, przecież nikt nic złego nie robi. Nikt nie wybija szyb w pociągach, nie odrywa części toalety, czy nie demoluje siedzeń. Wszystko dzieje się w radosnej atmosferze, a ludzie, którzy przez cały rok są poważnymi ludźmi, studentami, doktorantami, chcą przez ten jeden tydzień się rozerwać. I myślę, że to całkiem niezły sposób, żeby to zrobić.

Tak, w pociągach jest diabelsko tłoczno, zwłaszcza niedaleko stacji docelowej. Nieraz siedzieliśmy na naszych plecakach, w przejściu. Niektórzy potrafią nawet rozwiesić hamak pomiędzy półkami na bagaż, czy wręcz się na nie wgramolić, ale to rzadko, bo wszystko i tak jest zapchane plecakami.

W trakcie powrotu jest jeden szkopuł: dworzec w Kostrzynie, chociaż spory, to nie ma dużej przepustowości. I co roku są ogromne tłumy, kolejki, pchanie się i niemożność wejścia do pierwszego pociągu. Czyli tego, na który się przyszło. W tym roku miała być lepsza organizacja, ale jak zawsze: jak krew w piach. Ale to nic, przecież to Woodstock, przecież ten raz w roku można pozwolić sobie na opóźnienie i nie pędzić na łeb na szyję ;)

Na polu zabawa trwa w najlepsze

Dojeżdżamy do Kostrzyna. Tam wita nas wielki tłum innych woodstockowiczów, którzy przyjechali chwilę wcześniej. To jeden z tych momentów, kiedy każdy powinien uzupełnić swoje zapasy: najczęściej piwne. W samym Kostrzynie podczas festiwalu panuje częściowa prohibicja. Sklepy nie sprzedają alkoholu mocniejszego niż piwo. Co za tym idzie: ludzie piją sporo niskoprocentowych alkoholi kupionych na miejscu (w wiosce piwnej, lub w lokalnych supermarketach, w których mimo wszystko, alkohol jest tańszy o 50%, ale wielu ludzi zniechęca wizja niesienia kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu puszek w pełnym słońcu). Wiadomo, przy temperaturze bliskiej 30 stopni nawadniać się trzeba. I tak, zgadza się: na terenie festiwalu można kupić mocniejszy alkohol, który ktoś przywiózł samochodem. Albo po prostu na własny użytek wziął butelkę wódki, czy wina. Generalnie organizatorzy proszą też o nieużywanie szklanych butelek, gdyż szkło jest niebezpieczne.

DSC_0178

Podczas festiwalu faktycznie panuje zasada „Róbta co chceta”. Z pewnymi ograniczeniami. I dla większości uczestników to pewnie jedyna taka okazja w roku. Widać ludzi przebranych w najróżniejsze stroje: kostiumy zwierząt, smoków. Zbroje zrobione z puszek, miecze z opakowań po piwie. Wreszcie hełmy z arbuzów i wszystko, czego nie jesteście sobie nadal w stanie wyobrazić. Sporo ludzi nosi oczywiście fryzury odpowiednie dla ich subkultury. Koloryt jest niemały, tym bardziej, że można spotkać też katolickich księży i zakonnice, czy wyznawców Hare Kryszna. Kurz unosi się nad całym polem festiwalu, więc czasem warto pochodzić w masce. Chociaż, czy po roku w Pekinie, polski kurz jest mi w stanie zaszkodzić? Nie popadajmy w paranoję.

Jeśli ktoś przyjechał samochodem, to może oczywiście wjechać nim na pole festiwalu, ale tylko do dwóch dni (chyba) przed. Później nie może go ruszyć aż do zakończenia. Kwestie bezpieczeństwa i takie tam. Po znalezieniu miejsca dla siebie, można rozbić swój namiot (oczywiście za darmo) i iść się bawić.

Niezliczone sposoby na rozrywkę

Woodstock jest miejscem, gdzie odnajdzie się prawie każdy. Oczywiście, jeśli oczekuje się sterylnych warunków, schronienia przed deszczem (poza namiotem), kurzem, czy piekącym słońcem, to faktycznie lepiej nie przyjeżdżać. Reszta, o ile poczuje specyficzny klimat, będzie się czuła jak w domu.

ASP

Poza standardowym piciem piwa pod namiotami (znam ludzi, którzy tak spędzają cały festiwal) czy w wiosce piwnej, jest wiele innych opcji. Pierwszą z nich jest na przykład Akademia Sztuk Przepięknych, w skrócie ASP. W tym roku (albo w dwóch poprzednich) formuła się trochę zmieniła i wszystko rozmieniło się na drobne, ale idea pozostała ta sama. Na wzgórzu, przy którym rozbijamy zazwyczaj naszą mławską wioskę znajduje się cała masa namiotów. Można iść na różne warsztaty: od jogi, śpiewu czy tańca, poprzez edukację seksualną, kończąc na improwizacji kabaretowej czy nauce gry na gitarze. Zdarzają się też relacje z podróży (w tym roku byłem na wykładzie Włóczykija, polecam!), a nawet kuglarstwo i chodzenie na szczudłach. Wisienką na torcie są oczywiście spotkania z różnymi sławnymi ludźmi. Są to aktorzy, politycy, swego czasu zaproszono nawet Dalajlamę, ale chyba nie wypaliło.

DSC_0162

Przyznam, że na ASP co roku znajduję dla siebie coś ciekawego. Jest też sporo namiotów różnych fundacji: w tym można było np. zrobić badanie znamion dermatoskopem, żeby zobaczyć czy nie przyczepia się do nas jakieś paskudne raczysko; są też fundacje działające na rzecz tolerancji: w jednym z namiotów pan napisał mi moje imię po arabsku i wręczył przypinki z różnymi alfabetami, w tym gruzińskim. I wręczył przepisy na ciekawe potrawy. W tym gruzińskie pierożki chinkali, które pewnie w najbliższym czasie będę chciał zrobić, bo przypominają mi jedną z potraw chińskich.

DSC_0160
Zdjęcie wykonane starym aparatem, a „wywołane” na szkle. Po prawej ja i moja siostra.

Krwiodawstwo

Jestem honorowym krwiodawcą od czasu jak tylko skończyłem 18 lat. Oddałem już ponad 9 litrów krwi i zawsze gdy jestem na Woodstocku, robię to samo. Sporo ludzi kręci głową i mówi, że to większe ryzyko zakażenia, że można złapać coś niedobrego, bo przecież nie jest sterylnie. Ja mówię: przecież centra krwiodawstwa wiedzą co robią i nie pozwoliliby na złe warunki, prawda? A oddanie krwi w wakacje to dobry pomysł: banki aż o to proszą, a panie pielęgniarki zawsze mówią, że gdyby nie Woodstock, to w Polsce umierałoby sporo ludzi, bo w okresie wakacyjnym ilość krwi w bankach drastycznie spada, a oddawać nie ma komu. I wtedy to właśnie wszystkie te złe punki i inne brudasy przychodzą z pomocą. I nie, nie przychodzą pijani. Co roku widzę ludzi, którzy specjalnie nie piją alkoholu, żeby z samego rana iść i krew oddać. Sam tak robię.

Zawsze można poznać ciekawych ludzi w kolejce, do tego posiłek regeneracyjny nie kończy się na samych czekoladach. Raz dostałem dwie bułki i konserwę. W tym roku dodatkowy bon na kiełbasę z grilla. Do tego zawsze są jakieś pamiątkowe koszulki i w ogóle. Ale przecież i tak najważniejsze jest to, że można pomóc innym. A, że łatwiej przeżyć festiwal dzięki darmowym czekoladom i żarciu?

Strefy sponsorów

To też jest całkiem fajna opcja. Jak jeździłem na Woodstock na początku, to znana sieć telefonii komórkowej nie była jeszcze sponsorem festiwalu, to samo z pewną siecią dyskontów. Ani pewien serwis aukcyjny. W sumie to ich wkład sprawił, że festiwal stał się nieco bardziej przystępny dla przeciętnego zjadacza chleba. Kiedyś była po prostu wioska gastronomiczna i piwna. I tyle. Teraz na polu festiwalu można iść do „marketu”. Znaczy namiotu, w którym można kupić praktycznie cały asortyment (prócz piwa, które sprzedaje tylko sponsor piwny). Bułki, pasztety, napoje. Wszystko jest na miejscu i można przygotować sobie normalne kanapki na śniadanie i nie tracić cennych złotych monet w wiosce gastro. Bardzo dobry krok.

Inni sponsorzy mają inne zadanie: fioletowa sieć telefonii komórkowej zajmuje się ładowaniem telefonów, udostępnianiem internetu, czy organizowaniem pomniejszych happeningów: w tym roku była nawet pompowana zjeżdżalnia z wodą, która ostatniego dnia robiła niezłą furorę. Wcześniej było za zimno. Bito też rekord Guinessa w ilości pomalowanych ciał. W tamtym roku wynosił on koło 300 osób, w tym go pobito i podniesiono poprzeczkę do prawie 500 osób z pomalowanym całym ciałem!

DSC_0264

Pamiętam, że dawniej to portal aukcyjny zajmował się biciem rekordów i byciem eko. W poprzednich latach można było wejść w ogromny kołowrotek przypominający te dla chomików, można było pedałować na rowerze czy wręcz zabawić się w kolejarza jadącego oldschoolową drezyną, którą można zobaczyć w starych kreskówkach. Wszystko do wyprodukowania prądu, który później był jakoś ciekawie wykorzystany. Na przykład na jakiś pokaz świateł czy coś takiego. W tym roku był nawet diabelski młyn.

Miło było też w strefie województwa lubuskiego: nie dość, że dostaliśmy darmowe jedzonko, to jeszcze można było wziąć udział w różnych grach i zabawach, turnieju siatkówki czy nawet… Bitwie na pomidory! Gdzie indziej można było sobie nawet strzelić foto i dostać wydrukowane na kartce A4. Miła pamiątka.

Atrakcje co roku się zmieniają, ale jest ich coraz więcej.  I to też na plus, bo zawsze jest co robić.

Pokojowa Wioska Kryszny

Tak, na Woodstocku co roku można znaleźć wyznawców religii Hare Kryszna. Mają swoją wioskę z gastronomią i sceną. Odbywają się tam koncerty (niektóre całkiem spoko, w tym roku byli na przykład Farben Lehre czy The Analogs). Mają całkiem niedrogie, wegańskie żarcie (ryż, gulasz z ciecierzycy i halawa, czyli deser z kaszy manny). Do tego można zrobić sobie makijaż, można posłuchać pytań i odpowiedzi u jednego z wielu guru (często zza granicy), czy pośpiewać ichniejszą mantrę. Generalnie sporo ludzi przychodzi tam dla dobrej zabawy.

Sprawa niesławnego taplania w błocie

Co roku mówi się, że na Woodstock jedzie się tylko po to, żeby wytarzać się w błocie („fekalnym”, jak to ostatnio czytałem na pewnym portalu). I tak, grzybek jest tradycją festiwalu. Jest uruchamiany zazwyczaj wraz z rozpoczęciem imprezy i robi się wokół niego niezłe bajoro. I ludzie się w nim kąpią! I super się bawią! Ale wszystkich uczestników tej zabawy nie jest dużo. Byłem na Woodstocku cztery razy i jakoś nigdy nie miałem ochoty się tam kąpać. I nikt mnie nigdy do tego nie zmusił. Widziałem za to, że ludzie się super bawią i cieszę się tym, bo o dobrą zabawę tu chodzi.

DSC_0198

Atrakcje przy namiotach

Cóż, tak jak już mówiłem, Woodstock jest festiwalem, na którym może znaleźć się każdy. Ludzie budują różne dziwne wioski, proponują niebanalne sposoby na rozerwanie się. W tym roku zrobił na mnie wrażenie Hogwart z Harry’ego Pottera, czy wioska, do której wchodziło się przez szafę. Nazwana Narniostock, bo dlaczego nie? Co roku jest też ekipa nazywana Haribol i na początku myślałem, że to jakaś karykatura kultu Hare Kryszna, czcząca miśki Haribo. Ale nie, okazuje się, że to też jakiś typ medytacji i w ogóle. Jest tego naprawdę dużo.

DSC_0169

Muzyka

Widzicie chyba już, że przy całej tej plejadzie najróżniejszych sposobów na spędzenie czasu, koncerty są już tylko wisienką na torcie, prawda? I znowu. Mówi się, że na Woodstock jeżdżą tylko punki, hipisi i metale. I owszem, muzyki, której słuchają tacy ludzie jest najwięcej, ale halo, od kiedy ktoś powiedział, że każdy musi się ograniczać? Pamiętam jak jednego roku trafiłem na koncert Goorala, który tworzy muzykę z gatunku ethno eletro. Czyli tradycyjne polskie śpiewy połączone z muzyką elektroniczną. Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem. W tym roku na Woodstocku grał nawet Mrozu (ten od Milionów monet), czy Grubson. Koncerty, które zapamiętałem najlepiej to chyba niemiecka grupa powermetalowa Helloween, Papa Roach, The Analogs. I pewnie jeszcze kilka innych, o których teraz nie pamiętam. W tym roku jednak wszystko zostało pozamiatane przez Flogging Molly: kalifornijską grupę grającą celtycki punk. Wyobraźcie sobie muzykę spod pokładu Titanica i dodajcie do tego rockowego brzmienia. No właśnie. Razem z naszą ekipą urządziliśmy takie pogo, że nie mogłem złapać oddechu.

Zdjęcie z happeningu pt. Flower Power z koncertu Ani Rusowicz
Zdjęcie z happeningu pt. Flower Power z koncertu Ani Rusowicz

Właśnie, podczas koncertów na dużej scenie (bo jest i mała) nie ma barierek. Scena ma kilka metrów wysokości, więc nikt i tak się na nią nie wespnie, a nawet jeśli, to pokojowy patrol im nie pozwoli wejść. Dzięki temu, że scena jest tak wysoka, barierek po prostu nie potrzeba: jeśli podejdziemy jak najbliżej, to po prostu niczego nie zobaczymy. A dzięki temu służby porządkowe czy pomoc medyczna mają pole manewru w razie jakichkolwiek zajść. Barierki na Woodstocku ustawiono tylko raz, podczas koncertu The Prodigy. I był to jeden z najdziwniejszych koncertów przez całą moją karierę. Zjechała się cała masa ludzi, którzy normalnie na festiwal nie przyjeżdżają: ludzie w ciuchach w trzy paski szukający zaczepki. Do tego właśnie  te barierki, z którymi tak walczy Jurek Owsiak. Nie, nie było fajnie. Było nieprzyjemnie.

Dlatego zawsze wierzę, że ekipa wie co robi. Jeśli coś komuś się stanie, to od razu odwożony jest do szpitala polowego. I nie, nie otwiera się go „bo ludzie się naćpali i jest to umieralnia”, jak pisze jeden ze skrajnie prawicowych portali. Otwiera się go, bo przy 600 tysiącach ludzi, zawsze wydarzy się coś nieoczekiwanego i ludzie po prostu potrzebują pomocy!

DSC_0223

Co z sanitariatami?

Cóż, tutaj dużo napisać nie mogę. Wyobraźcie sobie kilkaset tysięcy ludzi. I pole. ToiToje często są zapchane, kolejki się dłużą, ale takie warunki polowe. Przy kąpieli są trzy opcje: nie robić tego w ogóle, wziąć prysznic pod lodowatym kranem, albo stać kilka godzin w kolejce do płatnego prysznica. I wiecie co? Mówi się, że na Woodstock jeżdżą same brudasy, a znakomita większość ludzi codziennie się kąpie! Skąd czterogodzinne kolejki do prysznica? Skąd rzesze ludzi, którzy chcą zachować higienę? Tak, jest brudno. Bo jest: bo jest dużo kurzu, bo żar się zazwyczaj leje z nieba. Bo czasem podczas pogo ktoś się przewróci, czy zostanie obsypany kolorowymi proszkami podczas jednego z happeningów. Ale zawsze może chociaż trochę doprowadzić się do stanu używalności.

DSC_0193

Warto?

Moim zdaniem warto kiedyś spróbować. Woodstock to kilka dni szaleństwa, do którego tak naprawdę nikt Cię nie zmusza. Chcesz alkohol? Pijesz alkohol. Chcesz się bawić w inny sposób? Na pewno znajdziesz ku temu okazję. Bo ludzie są wszędzie tacy sami. Nieważne, czy na Woodstocku, czy na imprezie w klubie. Tutaj są po prostu bardziej uśmiechnięci, pozytywnie nastawieni do życia… i nawiązywania przyjaźni! Przecież tutaj są nawet rodzice z małymi dziećmi, jeszcze w wózkach. Że niby nieodpowiedzialni rodzice? Nie, mi się wydaje, że po prostu ludzie zaczynają rozumieć, że ten festiwal to miejsce, gdzie każdy o każdego dba i nikomu nie stanie się krzywda. I mam nadzieję, że będzie odbywał się co roku, bo to naprawdę świetna okazja do naładowania baterii.

Warto też wspomnieć, że festiwal odbywa się zawsze w okolicach 1-go sierpnia, a więc rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. I zawsze jest czas na chwilę patriotycznej zadumy. W tym roku rozwinięto ogromną flagę Polski pod sceną. I nikt polskich symboli narodowych nie bezcześci, a ideę miłości do ojczyzny aż czuć w powietrzu. I tak co roku.

A tak wyglądają słupy pod koniec festiwalu. Buty zostają na górze ;)
A tak wyglądają słupy pod koniec festiwalu. Buty zostają na górze ;)

Nie wiem czy Was nie zanudziłem, nie wiem czy wyczerpałem temat i czy kogokolwiek zachęciłem. Starałem się podejść w miarę obiektywnie do tematu. I mówię: jeśli chcecie się oderwać od szarego życia chociaż na jeden tydzień w roku, to to jest naprawdę dobra okazja! Jedźcie za rok! Ja na pewno będę.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline