Press "Enter" to skip to content

Wyprawa do Pingyao i Taiyuan cz. 2 – Spacer po Pingyao nocą

W poprzednim wpisie rozstałem się z Wami w autobusie, którym jechaliśmy do Pingyao. Kontynuujmy więc.

Po wyjściu z autobusu, od razu przesiedliśmy się w meleksy (takie małe pojazdy, w Polsce też ich sporo), bowiem w miejscu gdzie mieliśmy nocować, czyli w ścisłej starówce Pingyao, nie mogą się poruszać samochody. Przejażdżka okazała się być pełna wrażeń, kierowca prowadził jak dziki, nieraz czuliśmy, że jesteśmy na krawędzi życia i śmierci, zwłaszcza kiedy przemykaliśmy przez te wąskie uliczki starego miasta, lub wymijaliśmy się z innymi pojazdami, które przejeżdżały może maksymalnie kilka centymetrów od nas. Przewspaniała zabawa.

Samo Pingyao wieczorem zrobiło na mnie ogromne wrażenie: te stare budynki, ten klimat, nawet szyldy były często dopasowane do tego, jak to powinno wyglądać kilkaset lat temu. Poezja. I tutaj nawet aura tego nie psuła, a jak wspomniałem: było paskudnie. Deszcz ze śniegiem, do tego dość zimno… Ale to nic. Po dojeździe do kolejnej granicy (gdzie nawet meleksy nie mają wstępu), pomaszerowaliśmy do naszego hotelu. Na wstępie uprzedzono mnie, Arka i Iskandara (sympatycznego Rosjanina z Syberii), że jest nas tylko trzech, więc musimy zmieścić się w jednym pokoju… W JEDNYM ŁÓŻKU. Zapewniono nas, że jest wystarczająco duże, żeby podczas snu się nie dotykać, ale mimo wszystko… Na początku wydało mi się to dziwne. Trochę zniesmaczeni zeszliśmy do piwnicy na kolację.

W piwnicy było zimno. Co prawda ustawili nam jakąś farelkę, ale nie była ona w stanie ogrzać całego kamiennego, wyziębionego pomieszczenia. W kurtkach więc czekaliśmy na jedzenie. Najpierw tradycyjnie podano… zimne, ale byliśmy trochę głodni i zmusiliśmy się do skosztowania, pomimo że niektórzy ręce mieli skostniałe ręce. Do jedzenia standardowo: trochę warzyw, do tego wołowina Pingyao (平遥牛肉) zrobiona według jakiejś tradycyjnej receptury, gdzie mięso jest najpierw gotowane, a następnie marynowane. W sumie to smakowało trochę jak peklowany schab… Nie zostałem wielkim fanem. Drugą potrawą zasługującą na wspomnienie, był specjalny makaron: kaolao (莜面栲栳), który w nazwie ma „koszyk”, ale moim zdaniem do koszyka wcale nie jest podobny. Z sosem był całkiem smaczny, tylko ciężko było odrywać kolejne części. Ostatnią i najlepszą chyba potrawą był tradycyjny hotpot (火锅), czyli naczynie w którym znajduje się zupa, mięso, warzywa, które podgrzewa potrawę, a nawet doprowadza do wrzenia. Na zdjęciu to to dziwne, wysokie, blaszane naczynie po środku.

 W hotpocie, a także na drugim zdjęciu po prawej stronie widać wołowinę Pingyao.

 Po środku hotpot, po lewej na dole makaron kaolao.

Po kolacji poszliśmy do naszych pokoi. I tam zaskoczenie: nie ma ogrzewania, drzwi są konkretnie nieszczelne i wiatr hula aż miło, a jedyne ciepło na jakie mogliśmy liczyć to to z klimatyzacji… Nie muszę chyba mówić, że nie wystarczało, prawda? Za to łoże faktycznie było ogromne: tradycyjny, murowany kang (炕), czyli rodzaj sypialnego pieca. Ponoć jak nasze piece kaflowe, jeśli się w nim napali za dnia, to w nocy oddaje ciepło… Niestety, nie doświadczyliśmy tego na sobie, bo obsługa tego nie uczyniła… A może to były tylko atrapy? Nie wiem, ale chciałbym doświadczyć spania w takim ogrzewanym łóżku. W kwestii rozmiaru: może nie wygląda, ale zmieściliśmy się we trzech i faktycznie nikt nikomu nie przeszkadzał! W każdym razie, pomijając ziąb, dostaliśmy jeszcze do dyspozycji łazienkę (już nie zabytkową niestety), w której woda była niestety tylko letnia, co przy tej temperaturze w pokoju było dość… zabójcze. Mieliśmy także telewizor, który psuł odbiór antycznego pokoju, ale i tak było magicznie!

Po rozlokowaniu się, ruszyliśmy na spacer wieczornymi uliczkami Pingyao, żeby porobić zdjęcia, zobaczyć oświetlenie, kupić pamiątki… Było już właściwie dość późno. I padało, więc nie mogliśmy zostać na zewnątrz zbyt długo. Na początku poruszaliśmy się całą grupą, ale za chwilę ktoś zostawał w tyle, ktoś szedł szybciej… I w końcu zostałem z Iskandarem, którym musiałem się zaopiekować, bo chłopak prawie nie mówił po chińsku. Podczas obiadu nic nie zjadł, podczas kolacji też (motywował to tym, że nie cierpi chińskiego jedzenia), więc szukaliśmy jakiejś restauracji, gdzie mógłby zjeść cokolwiek, co nie jest chińskie… 

I tak łaziliśmy, pytając to w jednej, to w drugiej restauracji, czy coś mają. W jednej nawet było zachodnie menu, tyle że kuchnia już nie pracowała, więc Iskandar musiał obejść się ze smakiem… Mnie bardziej interesowało to, co było w sklepach: różne szale, apaszki, co jakiś czas natykaliśmy się na sklepy z pocztówkami, masą innych pamiątek, a i trafiały się nawet panie, które tkały na krosnach, a inne grały na guzhengu (古筝), czyli tradycyjnym instrumencie strunowym, o którym pisałem dawno temu, a nawet wrzucałem kawałek koncertu w notce „Popołudnie w herbacianym raju„. Naprawdę, mało miejsc w Chinach podobało mi się tak jak Pingyao i cieszę się, że wybrałem wyjazd właśnie tam.

 Takie „menu” w Chinach to normalka. I zawsze zastanawiam się, czy oni robią to specjalnie…

Z samymi pocztówkami wiązał się mój zamysł konkursu: chciałem wysłać z Chin kilka takich pocztówek do osób, które udostępniłyby moją notkę, ale wszystko się posypało, jestem już w Polsce i chyba taki konkurs nie ma racji bytu… Chyba, że ktoś chce chińską pocztówkę ze stempelkami (po chińsku), tyle że wysłaną z Polski? Jeśli znajdą się chętni, to mogę jednak taki konkurs zorganizować…

Po kilku nieudanych próbach kupienia hamburgera, nakłoniłem Iskandara, żeby kupił sobie kotleta z piersi kurczaka, smażonego na głębokim oleju, którego mógł sobie jeść z torebki… Podłączyła się do nas jeszcze jedna Tajka, której też kupiłem to samo. Rosjanin zjadł kilka kęsów, po czym wyrzucił wszystko, rzucił tylko „W pizdet’, I don’t like it man, tastes like shit!” (co znaczy tyle, że nie smakowało mu w ogóle). Zdenerwowany i głodny, wszedł do sklepu, kupił sobie napój i ciastka… Po czym wróciliśmy do naszego pokoju. Tam tylko prysznic, trzęsąc się z zimna i do łóżka… 

Na drugi dzień czekało nas wiele wrażeń, właściwie to MNIE czekało wiele wrażeń, ale o tym już w następnym wpisie, bo ten trochę się rozciągnął, a ja niedługo muszę wychodzić! Będziecie go mogli przeczytać prawdopodobnie w weekend (aczkolwiek nie obiecuję, bo wracam do Mławy i nie wiem czy będę miał czas… Może w pociągu?).

Dzisiaj, tak jak w poprzedniej notce, dziękuję ślicznie Agnieszce prowadzącej blog Smogiem Okryci za udostępnienie zdjęć.

Komentarze

2 komentarze

  1. […] 1368–1644) przez przybyszów z prowincji 山西 (Shanxi, tej samej, w której znajdują się Pingyao i Taiyuan z ostatnich wpisów). Do teraz, nazwiskiem praktycznie każdego mieszkańca wioski jest […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline