Press "Enter" to skip to content

Wyprawa do Pingyao i Taiyuan cz. 3 – Zepsute tofu i powrót do Pekinu

No dobrze: zwiedziliśmy Taiyuan, przeszliśmy się po Pingyao nocą i spaliśmy w jednym łóżku we trzech. Co dalej? Rano pobudka, obejrzenie obiektu mieszkalnego w normalnym świetle i zejście do piwnic na śniadanie. Śniadanie typowe dla hoteli: szwedzki stół, do wyboru jajka, tofu na ostro, jakiś ryż, do tego bułeczki na parze. Standard. Wziąłem jajko, tofu i trochę gorącej wody, żeby się ogrzać (to ciągle ta sama piwnica z poprzedniego dnia, nadal nikt nie wpadł na to, żeby włączyć ogrzewanie). Śniadanie niezbyt smaczne. Ludzie trochę się guzdrali, więc wyszliśmy dopiero po jakiejś godzinie.

Pierwszym punktem naszej wędrówki były mury miejskie, które mają długość ok. 6 km, a na nich znajdują się 72 wieże strażnicze. Pierwsze mury w Pingyao zbudowane ponoć zostały jeszcze za panowania dynastii Zhou (周, 827- 728 p.n.e.), ale większość pochodzi z czasów dynastii Ming. Są wysokie na 12m i szerokie na 4m. Okalają całą starówkę, a więc część, która nas najbardziej interesowała.1)

Przy samym wejściu na mur czekaliśmy kolejne pół godziny: trzeba było wrzucić plecaki na meleksy, które miały je zawieźć do autobusu, żebyśmy nie dźwigali. I dobrze, bo niektóre z dziewczyn potrafiły wziąć ze sobą nawet niewielkie walizki. Na jedną noc. No nic. Czekając na resztę, kupiłem na straganie dwie mufki (takie cosie ze sznurkiem, w które wkłada się ręce zimą): jedną z Hello Kitty dla siostry, drugą z Doraemonem dla dziewczyny. Słodkie i praktycznie prezenty.

Po wejściu na mury miejskie, powiedziano nam, że możemy spędzić na nich 10 (słownie: DZIESIĘĆ) minut, a następnie idziemy dalej. No super: śniadanie zajęło godzinę, stanie i czekanie na COŚ, kolejne pół, a mury zwiedzamy w dziesięć minut! No nic: wdrapaliśmy się na górę. Kolejny zawód: okazało się, że z drugiej strony, czyli na zewnątrz, jest jakieś przedstawienie: tańce, hulanki w tradycyjnych strojach i w ogóle. Niestety, mogliśmy tylko z rozgoryczeniem patrzeć na to, co działo się w oddali.

Po kilku chwilach byliśmy już w drodze do kolejnego miejsca: siedziby gubernatora prowincji. Nagrałem krótki filmik jak jedziemy meleksem (który polecam obejrzeć, bo zawiera krótką relację „na żywo” z wycieczki!). W środku widzieliśmy dwa pomieszczenia służące za miejsca dokonywania sądów: jedno dla spraw publicznych, a drugie, wgłąb kompleksu, dla spraw politycznych. Karą było na przykład okładanie drewnianymi „wachlarzami”, boczną częścią. Ale za odpowiednią ilość pieniędzy, można było przekupić „katów”, którzy bili częścią płaską, a więc dużo mniej boleśnie i destrukcyjnie. Cóż, każdy sposób jest dobry na uniknięcie kary, prawda? Dalej obejrzeliśmy też kwatery gubernatora, ogród… Wszystko ciągle miało świetny, pradawny klimat.

 

 

 

 

 

 

 

Przed samym kompleksem widzieliśmy też przebranego sprzedawcę suszonych owoców (właśnie wygooglowałem i to, co zawsze nazywaliśmy chińskimi daktylami, okazało się jujubą pospolitą). W każdym razie, bardzo popularny owoc. Widać, że facet się starał: zachwalał swój towar, tworzył nawet jakieś krótkie rymowane wierszyki: wszystko, żeby zachęcić klientów do kupna. Miła sprawa.

Kolejnym punktem była siedziba banku w Pingyao. Przewodniczka opowiadała, że samo miasto stało się finansowym centrum Chin, za sprawą „młodych ludzi”, którzy założyli tu bank. Opowiadała, że przesyłali sobie wiadomości, jak idą interesy w innych częściach kraju, stosując dość ciekawy szyfr. Otóż dla rolnika ważny jest deszcz, prawda? Jeśli w liście napisali, że „ostatnio dużo pada”, znaczyło to tyle, co „interesy idą dobrze”.

Chwilę co prawda zajęło mi przetworzenie tej informacji, bo przewodniczka mówiła po angielsku, a większość Chińczyków zmienia dyftong „EI” na „Y”, i tak ze słowa „rain” tworzyła „ryn”. Na początku zupełnie nie wiedziałem czym jest „ryn”, ale po chwili skojarzyłem, że przecież wielu Chińczyków właśnie w ten sposób zmienia tę sylabę. Nie wiem z czego to wynika, ale tak jest. Kiedyś słyszałem nawet „pain” jako „pyn”.

 

Makaron kaolao i wołowina z poprzedniego wpisu

 

Jeszcze tylko obiad i możemy iść do autobusu, żeby wracać powoli do Taiyuan. Po drodze mieliśmy jeszcze jeden przystanek: posiadłość rodu Qiao (乔), która znana jest najbardziej z tego, że kręcono tutaj film „Zawieście czerwone latarnie” z 1991 roku w reżyserii Zhang Yimou, czyli reżysera takich hitów jak „Cesarzowa”, „Dom latających sztyletów” czy „Hero”. „Zawieście czerwone latarnie” też uznawany jest przez Chińczyków za klasyk, który serdecznie polecam.

Budowa posiadłości została rozpoczęta w 1756 roku za panowania cesarza Qianlonga z dynastii Qing, a zakończona w XVIIIw. Ponoć architekci uważają ją za wspaniały przykład prywatnych posesji w Chinach. Teraz przemieniono ją w muzeum, które co roku przyciąga całe rzesze zwiedzających. Ładne miejsce. Tylko tyle i aż tyle. W trakcie zwiedzania, jak zawsze, zajmowałem się zaczepianiem dzieciaków i walką na spojrzenia z Chińczykami. Sympatycznie. Żeby wyjść z kompleksu, przewodniczka poprowadziła nas tylnym wyjściem, za którym znajdowało się targowisko przez całą długość kompleksu. Były owoce i chyba wszystko, co można kupić na odpustach w Polsce. Po chwili siedzieliśmy już w autobusie do Taiyuan.

 

 

Tam jeszcze tylko kolacja w tej samej restauracji z dnia poprzedniego i jazda na dworzec kolejowy, gdzie wsiedliśmy w pociąg szybkiej kolei i wracaliśmy do Pekinu. Na pokładzie zaprzyjaźniłem się jeszcze z córeczką jednej z naszych opiekunek, pokazywała mi w jakie gry gra na swoim iPadzie i w ogóle była masa radości z jej strony, tym bardziej że „MAMO ON MÓWI PO CHIŃSKU!”.

Jak bym ocenił tę wycieczkę? Dobrze, gdyby nie jeden mały szkopuł. Dlaczego w tytule napisałem, że tofu było zepsute? Ano dlatego, że podejrzewam, że od niego dostałem najgorszego rozstroju żołądka w moim życiu, który nie dość że zepsuł mi cały drugi dzień, to ciągnął się jeszcze przez kolejne trzy w Pekinie. Dobrze, że w Chinach co dwa kroki są publiczne toalety, bo inaczej chyba bym umarł. I tak, myślę że to tofu było sprawcą tego zamieszania. Nikt inny go nie jadł i nikt inny nie zachorował. Od tamtego czasu, na samą myśl o tej potrawie robi mi się niedobrze. Takie tam, problemy białego człowieka w Chinach.

Poza tym: Pingyao zrobiło na mnie ogromne wrażenie i chciałbym mieć więcej czasu (i spokoju!) żeby to wszystko zwiedzić, a nie tylko rozglądać się, czy w promieniu 300 metrów jest kolejny wychodek. Polecam Pingyao, nie polecam tofu!

Dziękuję po raz kolejny Agnieszce z http://smogiemokryci.blogspot.com za udostępnienie części zdjęć wykorzystanych w tym wpisie!

 

1)Informacje za wikipedią.

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline