Press "Enter" to skip to content

Xi’an cz. 1 – Terakotowa Armia i Wielka Pagoda Dzikich Gęsi

Witajcie! Dzisiaj zapraszam Was w podróż do miejscowości Xi’an w prowincji Shaanxi. Jest ono określane mianem jednym z najważniejszych historycznie miejsc w Chinach. Jeśli nie kojarzycie nazwy, to jestem pewien, że kojarzycie określenie „Terakotowa Armia”. Świta? Powinno. Ale od początku. Xi’an powstał już ponad 3100 lat temu i służył trzynastu dynastiom jako stolica ich państw. Obecnie ma niecałe 8,5 mln mieszkańców, co w porównaniu z Pekinem wrażenia nie robi. To tyle informacji ogólnych, teraz o naszej wyprawie.

 

Uniwersytet co semestr, poza wyjazdami jednodniowymi w granicach Pekinu, organizuje też jeden dłuższy wyjazd do jakiegoś innego miasta. W tym semestrze padło właśnie na Xi’an.  Mieliśmy spędzić tam sobotę i niedzielę. Ale wyruszaliśmy już w piątek wieczorem, żeby spokojnie w kuszetkach przespać noc,i od samego rana móc zwiedzać. Prawdę mówiąc, nie jechałem nigdy w wagonie sypialnym w Polsce, więc nie mam odniesienia, ale muszę powiedzieć, że byłem zadowolony z chińskiego „PKP”.
Już od samego wejścia na dworzec jest „trochę” inaczej niż w Polsce: najpierw trzeba przejść przez kontrolę bagażu (po prostu wrzuca się walizkę/plecak na taśmę jak na lotnisku, swoją drogą: w Chinach w metrze jest to samo). Potem już standardowa procedura poza tym, że tłoki są nieziemskie. Nie chcę wiedzieć, jak wyglądają perony w czasie Chińskiego Nowego Roku, kiedy to cały prawie kraj migruje żeby odwiedzić rodzinę. Ale ja nie o tym.
Po niedługim oczekiwaniu wsiedliśmy do pociągu: przedziały sypialne miały po cztery łóżka, więc zostałem przydzielony do jednego z Koreanką, Tajką i Tajem: sympatyczni ludzie, aczkolwiek nie trzymam się z nimi jakoś mocno, ale to nic. Generalnie jakieś dwa wagony były wypełnione nami: studentami zagranicznymi i nauczycielami (jechało nas ze 130 osób). Same przedziały wyglądały dość schludnie i porządnie. Nie tego spodziewałbym się po Chinach jeszcze rok temu. Z resztą, rzućcie okiem na zdjęcia. Fakt, że było dość ciasno, ale łóżko przynajmniej nie było za krótkie i mogłem spokojnie wyciągnąć nogi. Do tego były telewizorki (których chyba nikt nie włączył, bo i po co) i… jednorazowe kapciuszki! Tak, żeby nie siedzieć cały czas w buciorach, zapewniono jednorazowe kapcie. Nie wiem, nie spotkałem się nigdy z czymś takim, ale jest to dość przyjemna i higieniczna rzecz, więc jestem na tak.
W samym pociągu impreza rozpoczęła się zaraz po wyjeździe: otworzyłem sobie piwko, zaczęliśmy gadać ze znajomymi, ktoś puścił muzykę… No, ślicznie. Co mi się podobało, to to, że nauczyciele jak zwykle nie alienowali się w swoim gronie tylko ładnie starali się z nami integrować: w jednym przedziale nawet było jakieś wspólne granie i śpiewanie. Mimo wszystko, w jakieś połowie drogi (koło północy) ludzi zaczęło mulić, więc większość poszła spać.
Wstałem o 7, praktycznie jako ostatni z ludzi z mojego przedziału, ale nie było z tym problemu: dojechaliśmy punktualnie przed ósmą. Google Maps pokazuje, że od Xi’anu do Pekinu jest trochę ponad 1000 km. 12h podróży na nikim, kto jeździ polskim PKP wrażenia nie zrobi, prawda? A przynajmniej było komfortowo i czysto.
Po przyjeździe od razu podzielono nas na trzy grupy (i autobusy). Każda dostała własnego przewodnika i byliśmy niejako niezależni od reszty. Na dworcu takie same tłumy jak w Pekinie, ale to przecież Chiny, nie ma się czemu dziwić. Wsiedliśmy do autobusów i ruszyliśmy w stronę grobowca cesarza Qin Shi (秦始皇).

 

To teraz znowu trochę informacji ogólnych, jeśli nie wszyscy z Was pamiętają, czym jest Terakotowa Armia (兵马俑). Jest to armia 7500 figur z terakoty, czyli wypalanej gliny. Została pogrzebana razem z Cesarzem podczas jego pogrzebu w roku 210 p.n.e. Według wierzeń, miała strzec cesarza i pomóc mu odzyskać władzę po śmierci. Co ciekawe, figury nie są po prostu armią takich samych żołnierzy. Każda z figur ma właściwe tylko sobie rysy twarzy, różnią się też postawą i pełnionymi funkcjami: są żołnierze, oficerzy, konie, a także medycy. Jako, że po jakimś czasie od śmierci cesarza strop runął, wszystko zostało pogrzebane i czekało na odkrycie, które nastąpiło dopiero w 1974 roku,kiedy to chińscy chłopi kopali studnię i natknęli się na to nadzwyczajne znalezisko. Obecnie, Terakotowa Armia jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO i jest uznawana za ósmy cud świata.

 

Cały kompleks składa się z kilku hal, z których największa jest pierwsza i to od niej zaczęliśmy zwiedzanie. Po wejściu faktycznie robi to wrażenie: figur jest cała masa, praktycznie po horyzont, i gdyby wszystko nie było przykryte dachem, to byłoby jeszcze lepiej. Ale wiadomo, środki ostrożności i inne. Już i tak figury straciły kolory (które zachowały się aż do ich odkrycia, a potem pod wpływem kontaktu z powietrzem, zaczęły zanikać). Generalnie ludzi znowu cała chmara i żeby porobić jakiekolwiek zdjęcia, trzeba było się trochę nagimnastykować. Na szczęście, hala jest dość wielka, co sprawiało, że przy barierkach wystarczyło się dobrze poprzepychać i już się było w dobrej pozycji.
Generalnie po jakimś czasie odłączyliśmy się od przewodniczki i zwiedzaliśmy po swojemu. I o ile pierwsza hala robiła całkiem niezłe wrażenie za sprawą mnogości żołnierzy, tak kolejne nie były już takie fajne: ciemno i duszno. Jestem w stanie to zrozumieć, ale w większości przypadków były to puste, odkryte korytarze, bez żadnych eksponatów. Nie byłem jakoś specjalnie poruszony samą wizytą, ale mimo wszystko, świadomość, że widzi się coś, co ma dobre ponad 2000 lat i przetrwało kawał historii, robi swoje.

Po zakończeniu zwiedzania ruszyliśmy w stronę autobusów, od trochę innej strony, niż skąd przyszliśmy: minęliśmy więc ogromną liczbę sklepów z pamiątkami, futrami, stanowiskami do zrobienia sobie zdjęcia z kopiami figur, a także takich, gdzie można było się za jednego przebrać. Do tego napotkałem jeden z najtrudniejszych chińskich znaków, które było mi widzieć: mianowicie znak biáng. Może komponenty nie są jakoś specjalnie skomplikowane, ale ich ilość robi wrażenie. A to tylko jedna sylaba i nazwa klusek… Swoją drogą, to w słowniku go nie mogę znaleźć, na komputerze jako normalnego znaku, nawet na wikipedii go nie ma. Kto wpadł na pomysł narysowania takiego potworka? Nie wiem. Dlatego wrzucam obrazek.

 

Po powrocie do autobusu ruszyliśmy na obiad do restauracji: żarcia trochę było, ale jakoś generalnie wolę to z Pekinu, to tutaj było średnio smaczne: może poza wołowiną, która była taka jak powinna. No i makaronem biangbiang właśnie.
Po obiedzie czekała nas kolejna atrakcja: Wielka Pagoda Dzikich Gęsi: obiekt już o wiele młodszy (pierwotnie zbudowany w latach 649-683 n.e.) od Terakotowej Armii, ale mający też swój urok. W 1556 roku Chiny nawiedziło trzęsienie ziemi, które zniszczyło trzy kondygnacje, obecnie zostało ich siedem, plus cała konstrukcja jest pochylona o kilka stopni. Ogrody wokół pagody i niektóre eksponaty całkiem przypadły mi do gustu, z resztą zdobienia (m.in. pysk czerwonego smoka, którego widzicie na jednym ze zdjęć) jest całkiem przyjemny w odbiorze. Nie brakło też modlących się ludzi i takich, którzy palili kadzidła w odpowiednim do tego miejscu.
Po wyjściu z Pagody, ruszyliśmy z jedną z nauczycielek pooglądać fontannę z posągami, nawet postaraliśmy się strzelić sobie fotkę oddającą ich pozycje. Niestety, kolega drugi od lewej nie mógł pojąć, że ma się odwrócić tyłem do obiektywu. W ogóle chyba nie rozumiał, że naśladujemy te posągi. Ale to nic. Po jakimś czasie siedzieliśmy już w autobusie jadąc do hotelu.
W hotelu standard całkiem niezły: dwuosobowe pokoje, herbatka i wygodne łóżka. Dostaliśmy godzinę i mieliśmy zbierać się na ostatnią atrakcję tego wieczoru. Ale o tym już jutro lub w piątek, bo dzisiaj mam jeszcze trochę do zrobienia, a w sumie mi się przedłużyło.

 

Do usłyszenia!

Komentarze

2 komentarze

  1. taro-bun
    taro-bun 2014-05-21

    Fajna relacja! W tym roku też jadę do Xi'an, więc teraz wiem czego mogę się spodziewać ;) 12h pociągiem to nie tak źle. mam już za sobą podróże po 20 kilka godzin i też się jakoś dało przeżyć ;]

    • Ke Wei
      Ke Wei 2014-05-26

      Cześć! Jasne, że 12h jest znośne, tym bardziej jak można się wyspać ;) Miasto ma całkiem fajny klimat, zwłaszcza wieczorem :)
      Tak w ogóle: jak do mnie trafiłaś :)?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline