Press "Enter" to skip to content

Xi’an cz. 2 – Jak coś zjeść, to u Huiów!

Dzisiaj wracamy do Xi’anu!
Zostawiłem Was ostatnio w pokoju hotelowym, chwilę przed wyjściem na 回民街, czyli ulicę mniejszości etnicznej Hui.
Według przewodniczki jest to jedno z najbardziej znanych miejsc w mieście. Kim
są Huiowie? Otóż jest to muzułmańska grupa etniczna, zamieszkująca cały obszar
ChRL, jednakże jest ich tylko 9 milionów. Posługują się na co dzień dialektem
dominującym w miejscu ich zamieszkania. Uważani są za potomków perskich i
arabskich kupców, którzy zaczęli się osiedlać w okresie dynastii Tang (IX-Xw.)
oraz islamskich żołnierzy armii mongolskich z dynastii Yuan (XIIIw.). Następnie
oczywiście nawracali miejscową ludność na islam i żenili się z chińskimi
kobietami [za Wikipedią].

Czemu 回民街 jest tak
popularna? Otóż można sobie pojeść! Nie dość, że Xi’an ma swój makaron
biangbiang (o którym pisałem w poprzednim wpisie), to Huiowie też sprzedają
najróżniejsze pyszności. Właściwie to wszystko kwestia gustu, bo ja świńskiej
racicy nie ruszę. W Pekinie (i pewnie w całych Chinach) można kupić kurze łapki
do jedzenia, ale tego też nie ruszam. No, ale raciczki były. Albo pieczone
jaja. Cokolwiek to znaczy. Swoją drogą: jadłem już skorpiona i jaszczurkę, a
brzydzę się racicy. Dziwny ze mnie gość. Było też sporo innych rzeczy, które
pewnie zobaczycie na zdjęciach.

Przed wyjściem, przewodniczka wycieczki dała nam po 40元 „kieszonkowego”, więc można było sobie zjeść i
nawet nie trzeba było wydawać swojej kasy. Śmieszna rzecz, ale cieszy. A,
zapomniałbym! Spotkaliśmy się z dziewczynami z naszego roku z Uniwersytetu
Gdańskiego, które studiują w Xi’anie! Z sześciu przyjechały tylko trzy, ale i
tak super było je zobaczyć po dobrych trzech miesiącach nie widzenia się.

Wyposażeni w kasę i przewodniczki, ruszyliśmy na podbój muzułmańskiej
dzielnicy. Pierwszym punktem programu było zjedzenie czegoś słodkiego:
dziewczyny polecały banana w panierce smażonego na głębokim tłuszczu. Bez
udziwnień, po prostu banan na gorąco. Poszliśmy w jakąś bramę osiedlową
sprawnie go oszamać: przy okazji zaczepiła mnie jakaś dziwna chińska kobieta,
ale właściwie tylko złapała mnie za ramię. Nie powiedziała nic i zupełnie nie
wiedziałem o co chodzi. Sprawdziłem portfel: był na swoim miejscu.
Po bananach ruszyliśmy w dalszy podbój: mijaliśmy stoiska z
najróżniejszymi rzeczami, ale uznaliśmy, że najpierw pochodzimy, a potem zjemy
coś konkretniejszego. Na 回民街 pełno było
nie tylko stoisk z żarciem, ale także pamiątek. Generalnie, nie lubię taszczyć
złomu do domu, bo potem jest tylko problem, żeby się z tym przemieszczać, więc
odpuszczam sobie z góry kupowanie figurek, czy innych „ciekawych” rzeczy. Co
prawda urzekły mnie żabki (do których dodawany był wałeczek, więc przesuwając
go po ich grzbiecie, można było wytwarzać prawdziwy dźwięk żab), ale nadal się
nie skusiłem. Zostały tylko pocztówki, które kupiłem, ale nie miałem kiedy
wysłać, więc wróciły ze mną do Pekinu i czekają na wolniejszy moment, aż w
końcu je wypiszę i puszczę w świat.

Co jeszcze dobrego z jedzenia? M. postanowiła kupić sobie coś, co
wyglądało na smażone na głębokim tłuszczu ciasto. Właściwie, to mi przypominało
brzydko pokrojone, poskręcane faworki. Nawet trochę tak smakowało, ale
konsystencja była inna, bo były twarde i dość chrupiące. Za całą torbę takiego
rarytasu dała bodajże 10元. Na
kolejnych stoiskach mijaliśmy ciasteczka. Skusiłem się i… okazało się, że z
zewnątrz jest niewiadomego pochodzenia ciasto, wewnątrz płynne, ponoć
persymonowe nadzienie. Pychotka, bo lubię słodkie. Ktoś z naszych musiał popić,
bo uznał, że aż nazbyt słodkie.
Ostatnim naszym celem było zjedzenie 肉夹馍, czyli wołowinki w bułce, którą to
dziewczyny dumnie nazywały „hamburgerem z Xi’anu”. Wróciliśmy więc do początku
wędrówki i podeszliśmy do jednego z kilku stoisk z tą potrawą. Tam, kolejka
przez pół ulicy. Do tego wokół zebranych ludzi, facet z megafonem sprzedający
„opakowania”. Za  15元 dostajemy opakowanie (zwykła papierowa torebka,
jak w polskich tanich kebabach) i ustawiamy się w kolejce. 

Oglądam jak chłopak powoli, nie spiesząc się, robi każdemu pojedynczą
kanapkę. Dwie osoby przede mną skończyło się mięso. Więc wyciąga kolejny kawał
z bulionu, zaczyna siekać… Siekać… I siecze. Po jakichś trzech minutach ma już
całkiem sporo „wiórów”, które zaczyna nakładać do kolejnych bułek. Obok niego
siedzi kobieta, wyraźnie niezadowolona z życia. On z resztą też łypie na mnie
spode łba, więc powstrzymuję się z robieniem zdjęć z bliska, nie chcę ściągnąć
na siebie całej społeczności Huiów. Odbieram bułkę. Cholernie gorąca. Dziękuję,
czekam aż reszta też dostanie i ruszamy dalej. Po jakimś czasie zaczynam jeść.
Smakowite, a na dnie było trochę ostrego sosu- tak jak lubię. Nie żałuję i
chętnie bym zjadł jeszcze raz.

Po tym wszystkim ruszamy w stronę głównej ulicy robiąc zdjęcia pięknie
oświetlonym budynkom górującym nad miastem. To Wieża Dzwonu i Wieża Bębna.
Pierwsza biła o świcie, druga oznajmiała koniec dnia. Widok prześliczny, do
tego sprzedawcy latawców (które też swoją drogą są dość śliczne, bo nie jest to
jeden latawiec, jak jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce, tylko dobre
kilkadziesiąt, na jednym sznurku) robią swoje. Posiedzieliśmy trochę przy
fontannie (która niestety była już wyłączona), popatrzyliśmy jak ludzie ćwiczą
jakiś fikuśny taniec i ruszyliśmy dalej główną ulicą, aż doszliśmy do
„najlepszego klubu w Xi’anie” (według naszych polskich dziewczyn) i kolejnego
miejsca, gdzie można było coś zjeść. Wziąłem piwo, bo szaszłyki mnie jakoś nie
przekonują. A piwo też nie byle jakie, bo nazywało się Hans. Bardzo dużo ludzi
tutaj (w Polsce właściwie też) uważa, że mam niemiecką lub w ogóle północną
urodę, więc nie omieszkałem strzelić sobie kilku zdjęć z pasującym w końcu do
mnie piwem.

Dalej już tylko nauczycielki pisały, żeby wracać prędko do hotelu, bo
się martwią. I że trzeba wstać z rana, bo przecież dalej jedziemy zwiedzać.
Przed północą byliśmy „w domu”. Szybki prysznic i spać, mimo że upał
niemiłosierny, a wiatrak w pokoju wiele nie dawał. Ale to nic, powtarzałem
sobie, nic to, może jutro będzie chłodniej. 

Było? O tym napiszę w kolejnym wpisie, bo czas mnie goni, w tygodniu
mam trzy kolokwia i trzeba też mieć jakiś czas na prywatne życie. Mam nadzieję,
że kwestię Xi’anu skończę w tym tygodniu, najpóźniej w piątek. Zobaczymy jak
wyjdzie. Tymczasem do usłyszenia!

Komentarze

One Comment

  1. taro-bun
    taro-bun 2014-05-26

    ile pyszności! uwielbiam jeść, więc Chiny to dla mnie jedzeniowy raj haha
    chociaż na raciczkę i łapkę też się raczej nie skuszę :p

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline