Press "Enter" to skip to content

Xi’an cz. 3 – Czy mury miejskie dadzą radę najeźdźcom z Zachodu?

Zapraszam Was z powrotem do Xi’anu, dawnej stolicy Chin. Przepraszam,
że dopiero dzisiaj, ale miałem te piekielne kolokwia, a teraz czasu wcale nie
mam więcej, bo 14-go piszę HSK i trzeba w końcu się przygotować. Ale w miarę
możliwości możecie się czegoś nowego spodziewać niebawem. Właśnie, od razu małe
ogłoszenie parafialne: uznałem, że wszyscy moi znajomi mają pewnie dość spamu
na Facebooku związanego z notkami na blogu, więc założyłem specjalnego fanpage’a
mu poświęconego. Po prawej stronie, zaraz pod Archiwum możecie od razu go sobie
„zalakować”. Pewnie będą tam docelowo lądować też rzeczy, które nie nadają się
na bloga, a które mimo wszystko mogą Was zainteresować. Zapraszam.

Ostatnio skończyłem na pójściu spać. Wstaliśmy więc koło godziny
siódmej (niektórzy imprezowali, mi już nogi odmawiały posłuszeństwa, więc
poszedłem spać; zestarzałem się chyba). Na pierwszym piętrze zjedliśmy szybkie
śniadanie: typowy szwedzki stół, były jakieś sajgonki, sałatki, jajka… No
właściwie co kto chciał, nawet toster i chleb tostowy! I dżem! I masło! Nie
jadłem takich specjałów od trzech miesięcy, więc chętnie się skusiłem.

 

 

 

Chwilę po śniadaniu trzeba było zabrać swoje rzeczy i zdać pokoje, więc
wskoczyłem tylko na górę po mój wcześniej spakowany plecak i już siedziałem w
autobusie. A potem okazało się, że jednak idziemy na piechotę, bo do murów miejskich
jest rzut beretem. I był, szliśmy najwyżej piętnaście minut. A same
fortyfikacje? Mi się podobały. Są ponoć jednymi z najlepiej zachowanych murów
obronnych w Chinach. Pierwsza ich wersja powstała jeszcze przed rozpoczęciem
naszej ery, w 194 roku. Obecna wersja pochodzi z lat ’70 XIVw., z czasów dynastii
Ming, a w ich obrębie znajduje się tylko 14km2 przestrzeni. Ściany
mają prawie 14km długości, 12 m wysokości i 15-18m u podstawy.
Weszliśmy przez bramę i wspięliśmy się po niewysokich schodach na górę.
A tak, w którą stronę nie spojrzeć, na horyzoncie tylko niekończący się mur. I
inne budynki miejskie oczywiście. I jak to w Chinach: te starodawne przeplatają
się z nowoczesnymi wieżowcami. A na dziedzińcu widać było kilkunastu mężczyzn
ćwiczących z mieczami.

 

 

Jako, że mury można obejść
wokół, udostępniono także rowery do wypożyczenia. I byłby to bardzo ciekawy
pomysł, ale mieliśmy zbyt mało czasu, żeby cokolwiek z tym począć. Zajęliśmy
się więc spacerowaniem i robieniem zdjęć. Co jakiś czas mijaliśmy znajomych,
więc była też okazja do strzelania wspólnych zdjęć, mam nawet jedno „słodziaszne”
z nauczycielką. Było dość gorąco, więc po jakimś czasie za lepszą opcję
uznaliśmy poszukanie jakiegoś cienia i doczekanie tej połowy godziny do momentu
zbiórki. Z resztą, większość wycieczki tak uczyniła. Mieliśmy już opuszczać
obiekt, kiedy okazało się, że czas na jedno z przedstawień, które udało mi się
sfilmować. Jakość jest okropna, bo: a) jak zawsze, aparat; b) musiałem to
jeszcze mocno skompresować, żeby móc w ogóle wrzucić na youtube (który, jak już
pewnie wiecie, z Chinami się nie lubi).

 

Po murach ruszyliśmy do autokaru, którym ruszyliśmy do 陕西历史博物馆, czyli muzeum prowincji Shaanxi. Nie wiem,
czy już kiedyś pisałem, ale generalnie nie przepadam za muzeami. Wolę
autentyczne obiekty historyczne, lub właśnie przedstawianie historii w sposób „żywy”,
niż patrzenie na eksponaty w gablotach. Zdjęć nie robiłem, bo nie było
właściwie czemu. Dorwał mnie jeden z nauczycieli, więc łaziliśmy razem, co
chwilę mi tłumaczył co jest do czego i generalnie nie było aż tak źle: o mało
co nie spóźniliśmy się do autokaru, ale warto było, bo suche oglądanie zabytków
może być trochę nudne.
Po muzeum kolejna restauracja: tym razem, tak jak podczas śniadania,
szwedzki stół. Nie było już specjałów Xi’anu (mówię o makaronie), a raczej dość
pospolite potrawy. Niektóre nazwałbym wręcz Fast-foodowymi (bo jak nazwać
nabite na patyczki nuggetsy nazwane „Taiwan chicken nuggets”?). Ale to nic,
usiadłem sobie z A. i nauczycielami przy jednym stole i pochłonęły nas rozmowy.
Jako, że nauczyciele w naszej szkole są młodzi (większość z nich nie ma jeszcze
trzydziestu lat), to i jest z nimi jak pożartować i nie są sztywnymi belframi.
Największą radość miał facet, z którym chodziłem po muzeum: uznał, że nauczy
mnie kilku użytecznych zwrotów, których w książkach raczej nie uświadczę.

 

 

 

 

 

Potem opiekunka mojej grupy i nasza nauczycielka od kursu podstawowego
postanowiły nauczyć mnie czegoś w swoich dialektach. O ile 东北话 czyli dialekt północno-wschodni nie
sprawił mi problemu, tak dialekt z okolicy 湖南 (Hunan) był dla mnie praktycznie niewypowiadalny.
Ale co się naśmialiśmy, to nasze! Generalnie atmosfera była bardzo lekka, nawet
napiłem się z nauczycielem piwa wykonując bruderszafta. Milutko. A,
zapomniałbym. Kiedy już wychodziliśmy, uznał, że jest gorąco, on chciałby zdjąć
koszulkę (miał koszulę i koszulkę), ale za długo zajmie mu pójście do łazienki
więc… Wgramolił się pod stół. Szaleni i pogodni ludzie, polubiłem ich
wszystkich jeszcze bardziej.
I w tym momencie nasza wycieczka mogłaby się właściwie skończyć, bo ostatnią
„atrakcją” był „czas wolny”. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby wysadzono nas
w jakimś ciekawym historycznie miejscu (nie zobaczyliśmy tak wielu rzeczy, było
w czym wybierać), a autokar zawiózł nas w okolice centrum handlowego.
Fantastycznie! Przyjechałem do miasta, które szczyci się swoją historycznością,
a muszę tułać się po centrum handlowym, wokół którego praktycznie nic nie ma. A
w środku też nie za bardzo. Weszliśmy tylko na „targowisko antyków”. Ale co
poradzić, nic nie kupiłem, bo większość to „wierne repliki” i nic poza tym. Na
dodatek nic nie przyciągnęło uwagi, bo wiało tandetą.

 

Po zakończeniu czasu wolnego, pożegnaliśmy się z przewodniczką,
dostaliśmy po zestawie z McDonalda (bo przecież nie będziemy jeść kolacji, a możemy
zgłodnieć!) i ruszyliśmy na dworzec kolejowy. Tym razem nowy. I faktycznie,
wyglądał już praktycznie zupełnie jak lotnisko. Duża przestrzeń, bramki przy
wejściu, nawet odpowiedniki sklepów bezcłowych!
Potem już tylko szybka (bo tylko 5-godzinna) podróż do Pekinu, którą
większość spędziła na rozmowach i zabawach. Niektórzy spali, niektórzy słuchali
muzyki. Ale wiadomo, przy ponad stu osobach, zajmowaliśmy półtora wagonu i było
wesoło. Pod koniec aż żal było wysiadać. W Pekinie autokary zawiozły nas do
domu i… to wszystko.
Jak bym podsumował? Pełnej ceny (1750元, czyli ok. 900zł) bym za tę wycieczkę nie dał.
Ale, że uniwersytet płacił biuru 1000, więc praktycznie większość. Za 750元, gdzie sam bilet powrotny do Pekinu kosztował 500元, myślę, że było warto. Zmieniłbym tylko program,
ominął to bezsensowne centrum handlowe i zawiózł nas na prawdziwe chińskie
targowisko. Albo jeszcze raz na coś w stylu muzułmańskiej ulicy z poprzedniego
wpisu. No, i dwa niecałe dni to naprawdę zbyt mało, nawet żeby zobaczyć miasto
chociaż powierzchownie.
Ale kiedyś wrócę, jak już będę miał worek pieniędzy. Jeśli macie
okazję: jedźcie do Xi’anu: niekoniecznie żeby tam mieszkać, bo nie wiem jak
wyglądają warunki życiowe w tym mieście. Ale na pewno, żeby je zwiedzić, bo
warto. Tymczasem kończę i pozdrawiam Was serdecznie!

Komentarze

One Comment

  1. […] Pociąg miał bardzo dobry standard. Może nie był tak szybki jak ten, którym wracaliśmy z Xi’Anu, ale dawał radę. Podróż spędziłem na słuchaniu muzyki, którą za wszelką cenę chciała […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline